Bezsenność na wulkanicznej Jawie i zabawy ze smokami na Komodo – lipiec/sierpień 2016

Po wulkanicznej Islandii przyszła pora na równie wulkaniczną Indonezję. Tym razem poleciałem sam, z moimi przyjaciółmi, a najbliższa rodzina została w domu… znaczy żona w pracy, a córa na agroturystyce u „dziadków”. Bilety lotnicze Warszawa-Stambuł-Jakarta zakupiłem sporo wcześniej, loty wewnętrzne również, a plan „pod nos”,  znaczy na maila wysłali mi moi bliscy współtowarzysze podróży czyli Edi i Wojtal.

Poglądowa mapka naszej trasy po Jawie

indo 1

 Wyjazd wbrew pozorom wcale nie był łatwy, 18 dni – 11 miejsc noclegowych, a w tym pociąg z „rozkładanymi” fotelami i dwudniowy trek na kratery wulkanów (Bromo, Iljen) noc po nocy… było ciężko, ale daliśmy radę :)

Plan był następujący:

19.07 wieczorem lądujemy w wieczorem w Jakarcie i jedziemy do hotelu busem spod lotniska

20.07 przejazd rannym pociągiem do Bandung, następnie łapiemy transport (taxi), który dowiezie nas na Kawah Putih i pola herbaciane w Ciwidey.

21.07 wracamy do Bandung, a stamtąd na wulkan Tangakuban Perahu.

22.07 przejazd wynajętym busem do Pangandaran.

22 –  25.07 uskuteczniamy „leżing, smażing, drinking” oraz „fakulting” na okoliczne atrakcje – m.in Green Canyon.

25.07 wyjazd do Yogyakarty pociągiem.

25-28 .07 Borobodur wschód słońca, Prambanan zachód, zwiedzanie „Yogji” i przygotowanie przed naprawdę ciężkimi dniami.

28.07 nocny pociąg do Malang i szybki wypad na „plaże południa”

29.07-31.07. wulkan Bromo, krater Iljen, transfer na Bali … a tam niespełnione plany

01.08. wylot na Flores do Labuan Bajo

01-07.08 relaks i dwudniowy rejs na Rincę i Komodo.

07.08 wylot do Polski

Dwa dni przed naszym planowanym wylotem miał miejsce zamach stanu w Stambule… wojna… lotnisko zamknięte, przestrzeń powietrzna zamknięta… może okazać się, że urlopu nici. Całą sobotę przesiedziałem na internecie na czytaniu wiadomości, o tym co się dzieje w Turcji. Na ulicach wojsko, czołgi.. cała armia postawiona w stan gotowości, a my przecież mamy kupione bilety przez Stambuł, pobookowane hotele, loty wewnętrzne… Lecieć, czy nie lecieć, o to jest pytanie?? Na szczęście wszystko się uspokoiło… i z pewną taką dozą nieśmiałości wyruszyliśmy w poniedziałkowe, gorące popołudnie na lotnisko Chopina.

Do Jakarty dolecieliśmy na tyle późno, że mogliśmy z lotniska wziąć busa, który zawiózł nas do centrum miasta, a stamtąd słuchając Wojtala GPS’a ruszyć z buta do pobliskiego hotelu. Przez rondo, pod prąd, zaułkami, uliczkami i niemal kanałami z walizkami i plecakami, spoceni, bo wilgoć okrutna, zatrzymaliśmy się jeszcze po drodze na ceratkowym bazarku, żeby zjeść lokalną zupkę i makaron. Na moje pytanie o piwko… wszyscy miejscowi wybuchnęli śmiechem… o ho mi do śmiechu nie było, bo nic tak nie gasi pragnienia jak zimna pianka. Sporo czytałem, że na Jawie będzie problem z piwem, ale żeby w stolicy był to temat tabu ?? Po dotarciu do hotelu, zapytałem właściciela, gdzie mogę kupić piwo… ten tylko wzruszył ramionami i powiedział, że dziś to jest już niemożliwe…No to wesoło…

Na szczęście mamy tutaj jedną nockę i z samego rana jedziemy na dworzec kolejowy Gambir, by dostać się do Bandung. Bilety na pociąg kupione jeszcze w Polsce przez stronę Tiket.com. Jako ciekawostka, to co otrzymujemy na maila – potwierdzenie, to nie jest wcale bilet tylko voucher, który należy wydrukować na dworcu kolejowym. Koszt biletu 114 000 – razem z prowizją za płatność kartą kredytową (przeliczaliśmy walutę 10 000 IDR = 3 PLN) w klasie najwyższej Eksekutif. Posiadając bilet przechodzimy odprawę taką, jak na lotnisku. Na dworcu należy zameldować się około pół godziny przed planowanym odjazdem pociągu, a na peron może wejść tylko i wyłącznie osoba posiadająca bilet.

Co do pociągu, bardzo wygodny środek lokomocji, obsługa z nieznikającym uśmiechem na warzy, serwis sprzątający z miotełką kilkukrotnie odwiedził nas podczas naszej 3,5 h podróży i klima nie chodziła na full’a, jak obawiała się większość z nas. Podróż upłynęła błyskawicznie, widoki za oknem zapierały dech w piersiach, a pola ryżowe widziane z okien pociągu to prawdziwy majstersztyk … żałuję tylko, że okna były brudne i przyciemniane odrapaną folią.. dlatego nie mam zdjęć z naszej podróży.

Nigdy nie wynajmuję taxi na dworcach, jednakże tym razem, jak wysiedliśmy w Bandung, to przywitała nas taka ulewa, że nie było innej opcji… nawet, jak samochód podjechał pod samo wejście, to nikt nie chciał zaryzykować zapakowania naszych bagaży do kufra.. bo w ciągu paru sekund byłby maksymalnie przemoczony. Takie deszcze trafiają się tylko w Azji, że po 10 minutach opadów na ulicach tworzą się spore strumienie rwącej wody…

Podana przez taryfiarza cena 350 000 IDR nie podlegała żadnej negocjacji, mogliśmy stać na dworcu i czekać aż przestanie padać, a z drugiej strony 120 zł za 6 osób, gdzie kierowca wozi nas przez całe popołudnie, tam gdzie chcemy, dowożąc  na koniec dnia do zarezerwowanego wcześniej hotelu, wcale nie była taka tragiczna :).

Po drodze do Ciwiday postanawiamy wymienić większą ilość USD/Euro na miejscowe Rupie(cie). W końcu każdy z nas marzył, by choć na chwilę stać się milionerem. Ja swoje 700 USD wymieniłem błyskawicznie, a od znajomego koleś wziął Bucksy i zaszył się w kanciapie… okazało się, że „rozbiłem bank” i na wymianę kasy dla niego zabrakło już lokalnej waluty. Bankier wsiadł więc na motorek i w tej ulewie pojechał do jakiegoś „bogatego” bankomatu. Po 20 minutach wrócił z walizeczką nowiutkich banknotów i mogliśmy ruszać dalej :)

Pierwszy punkt programu to Kawah Putih. Wejście 60 000 IDR. Wulkan robi na nas ogromne wrażenie… mroczny, tajemniczy, spowity mgłą… Tafla kwaśnego jeziorka, które wypełnia wulkan, znajduje się ponad 2400 metrów nad poziomem morza, a kolor, który przybiera –  zielony, turkusowy lub biały, zależy od zmieniającego się stężenia siarki. Skały i piasek otaczające jezioro pokryte są siarkowym osadem, a całość tworzy wyjątkowo mroczne wrażenie. Kilka zdjęć z tego miejsca.

DSC_2757DSC_2758DSC_2765DSC_2766DSC_2771DSC_2773Z wulkanu jedziemy pooglądać pola herbaciane w bliskich okolicach CiwideyDSC_2780

DSC_2775DSC_2777DSC_2779W drodze do hotelu, zatrzymaliśmy się jeszcze na miejscowych zupkach.

DSC_2785Spróbowaliśmy zarówno Mie Ayam, jak i Mie Baso… Obie pyszne, takie typowo indonezyjskie, nie robione pod turystów, bo tam po prostu mało kto się zatrzymuje. Pod wieczór (około 17.00 ) docieramy do naszego hotelu Albis.

Po zrzuceniu gratów, postanawiamy rozejrzeć się po okolicy, czyli wyjść przed hotel i wybrać czy idziemy w prawo, czy w lewo… jedna główna szosa i praktycznie to tyle… Idziemy w lewo i po jakiś kilkudziesięciu metrach, trafiamy do miejsca, które nie jest ani kanjpą, ani barem… jakieś stoliki, lada lodówkowa jak za wczesnego Gierka, na półeczce ustawione jakieś chipsy i miejscowe bezalkoholowe napoje. Widzę kilku miejscowych, nerwowo ogryzających swoje kolorowe pazury – tak to prawda, na Jawie sporo mężczyzn ma pomalowane paznokcie i nosi bardzo ozdobne i wielkie pierścienie – sygnety z ogromnymi kolorowymi szkiełkami. Na moje pytanie o piwko wyrywa się jeden młokos i mówi, daj mi kasę, to Ci przywiozę… i pyta o ilość butelek. :) . W Jakarcie piwa nie ma, a na takim zadupiu jest?? hmmm :) . Zamawiamy kilka sztuk, płacimy z góry, koleś wsiada na „komarka” i rusza po naszą grzeszną zachciankę.  Po kwadransie jest z powrotem z zimnymi Bintangami, które zapakowane są w grube, czarne, foliowe worki.

Wieczór zleciał szybciutko, rano otwieram okno i taki oto mam widok ze swojego pokoju :)

DSC_2797DSC_2798DSC_2799

Po śniadaniu przyjechał po nas nasz wczorajszy driver i pojechaliśmy do Bandung. Po drodze zagadujemy o cenę za  fakultet na wulkan Tangakuban Perahu … mówi, że poniżej 500 000 nie zejdzie… zwariował?? Przecież to bliżej, niż wczorajsza trasa Do Kawah Putih i herbatki w Ciwidey. Dojeżdżamy do samego centrum Bandung –  okolic dworca, do hotelu Sovia, gdzie zatrzymamy się na kolejną noc. Zrzucamy graty i idziemy się rozejrzeć, ile taki transport może nas kosztować w piękną słoneczną pogodę :) . Okazuje się, że nikt nie chce jechać poniżej 400 000… :( . W takim razie życzę kierowcom miłego kimania lub gry w karty z kolegami :) . Okazuje się, że najtańszy transport  to BEMO – to taki niby busik z siedzeniami równolegle położonymi  do długości samochodu… Za 300 000 tys. (za 6 osób) nas zawiezie, poczeka i odwiezie pod hotel…fakultet na pół dnia. Pakujemy się, ale im wyżej, tym ciemniej, zaczyna padać, za chwilę już leje… i to leje tak, że podjeżdżając pod górę, czujemy się jakbyśmy płynęli w górę mocno rwącego strumyku… dojeżdżamy, a w zasadzie dopływamy, do miejsca poboru opłat za wjazd do parku… ja rezygnuję z dalszej jazdy, szkoda mi sprzętu, bo leje tak, jakby ktoś z góry wylewał wodę wiadrami…. no cóż, tyle jeszcze wulkanów i pięknych miejsc przede mną, a jak zaleję dziś aparat, to nawet moi najbliżsi nie zobaczą zdjęć… przycupnę sobie pod wiatą, pogadam z miejscowymi i poczekam na powrót moim kompanów podróży :) . Po trzech godzinach wracają uradowani … jak się później okazało, znajomi wjechali ponad chmury i …. żałowałem, że zaufałem pogodzie, bo na „górze” nie padało :) a zdjęcia mieli naprawdę fajne. Jedno z wielu – autorem Wojtal :)

IMG_8000

W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze na królika – potrawę, z której słynie ten region… Jadąc w stronę wulkanu, często mijaliśmy stragany z klatkami z królikami, niestety kierowca nasz, język angielski znał tak samo dobrze, jak my indonezyjski… dopiero siedząc pod wiatą i rozmawiając z miejscowymi dowiedziałem się kilku ciekawostek o tym regionie… porozmawiałem również o transporcie do Pangandaran, dokąd mieliśmy się udać następnego dnia. Okazuje się, ze autobus miejski, owszem odjeżdża z Bandung, ale tylko raz dziennie i o 7 rano z dworca Budiman – cena 75000 IDR/osoba… Ani nie chciało nam się zrywać tak wcześnie rano, ani tym bardziej płacić za taxi, żeby na ten dworzec dotrzeć… podróż też miałaby trwać około 8 h… Dotarliśmy do naszego hotelu w Bandung i poszliśmy się rozejrzeć za prywatnym transportem. Wynegocjowaliśmy cenę 900 000 IDR za naszą „szóstkę” i umówiliśmy się z kierowcą na godz. 10.00 pod naszym hotelem. :) . Następnego dnia, punktualnie o 10.00 wyruszyliśmy na 3 dniowy leżing i plażing do Pangandaran. Na miejsce docieramy koło 15-16. Tym razem śpimy oddzielnie w 3 różnych miejscówkach.

Pangandaran jest popularną miejscowością wypoczynkową, w której obok mnóstwa hoteli, guesthousów,  knajpek i warungów, znajduje się słynna plaża Pangandaran Beach, jedna z najlepszych na Jawie. Ma ona kilkadziesiąt kilometrów długości, szaro brunatny piasek wulkaniczny i ze względu na rewelacyjne fale jest szczególnie popularna wśród surferów.

kilka luźnych zdjęć z tego miejsca

nasza plaża, szeroka, w miarę pusta, na której czuliśmy się jak celebryci… ciężko było przejść swobodnie 10 metrów, żeby nie zostać zatrzymanym i nie być poproszonym o wspólne zdjęcie z lokalesami.. początkowo nas to bawiło, ale po godzinie stało się to mocno męczące…

DSC_2807samochodziki na pedały

DSC_2808DSC_2810

W pobliżu Pangandaran znajduje się Park Narodowy o tej samej nazwie. Główną jego atrakcją jest spektakularny Zielony Kanion, otoczony skalnymi klifami, wypełniony wodą koloru zielonego. Pojechaliśmy tam na pół dniową wycieczkę – spływ na dętkach po kanionie. Zdjęć z tego miejsca niestety nie mam.

Kolejnego dnia popłynęliśmy sobie do wraku statku, który widoczny był z naszej plaży.

DSC_2826DSC_2838

DSC_2837

Generalnie odpoczywaliśmy, plażowaliśmy, popijaliśmy piwko… taki chillout :) wypoczynek przed ciężką pracą, znaczy zdobywaniem wulkanów…

Drugiego dnia spotkaliśmy dziadka, którego prowadził rower… zaciekawiony zaglądam mu do koszyka… i co widzę?? wielkie, zielone, zapiaszczone tygrysie krewetki  Biggrin . Pytam po polsku… za ile ugriluje nam swój dobytek i dostarczy do warungu, gdzie mamy zamiar zjeść zupkę…  na palcach ustalamy cenę i za 30 minut mamy świeżutkie owoce morza.. Biggrin . Nazajutrz również się spotkaliśmy i zajadaliśmy się pysznymi owocami morza.

Trzy dni szybko mijają i na kolejny mamy zaplanowany transfer do Yogyakarty… najpierw busem do miejscowości Kroya, a następnie pociągiem do miejsca docelowego. Cena 200 000 IDR /osoba w tym bilet na PKP.

Wyjechaliśmy znad morza o 9.30, koło 15.00 byliśmy już w Yogya, która przywitała nas deszczem. Wojtal zlokalizował nasz hotel na GPS’ie i stwierdziliśmy, że skoro jest tak blisko, to pójdziemy z buta.

To popołudnie postanowiliśmy przeznaczyć na ogarnięcie fakultetów, rekonesans najbliższej okolicy i oczywiście miejscowe, ceratkowe jedzonko.

Na następny dzień wykupujemy fakultet na wschód słońca na Borobodur – największej buddyjskiej świątyni na świecie. Powstała ona na przełomie VIII i IX wieku ale jakiś czas później w niejasnych okolicznościach została porzucona na pastwę dżungli i zapomniana. Udział w tym miały zapewne liczne erupcje pobliskiego wulkanu Merapi. Dopiero w XVIII wieku Brytyjczycy odkryli świątynię i rozpoczęli powolny proces przywracania jej dawnej świetności. W 1991 roku wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Borobudur jest kamienną konstrukcją postawioną na niewielkim wzgórzu, ma kształt schodkowej piramidy, wysokiej na 36 metrów, z podstawą o boku 123 metrów. Kilka dolnych tarasów ma kształt kwadratu, a górne koła. Na szczycie znajduje się wielka stupa, a na tarasach postawiono kilkadziesiąt małych stup w kształcie dzwonu oraz kilkaset posągów Buddy i płaskorzeźb przedstawiających historię jego życia.

tutaj zdjęcie poglądowe przekroju świątyni

DSC_3004Pół dniowa wycieczka kosztuje nas 400 000 /6 osób + bilet wstępu 400 000/osoba. Jak ktoś nie zamierza zrywać się rano, może kupić bilet combo (na dwie świątynie Borobodur i Prambanan, co jest oczywiście bardziej korzystne cenowo) – 450 000 IDR i jest on ważny przez 2 dni. Samo wejście do Borobodur, bez wschodu słońca kosztuje 260 000/osoba – wpuszczają chyba od godz. 7.30 Biggrin. Wejście do Prambanan to koszt 250 000 IDR.

DSC_2843DSC_2861DSC_2883DSC_2884żeby nie było, że jestem sam Biggrin

DSC_2893DSC_2899DSC_2913z innej strony, taki widoczek

DSC_2916DSC_2917DSC_2920DSC_2935DSC_2938DSC_2963DSC_2992DSC_2994DSC_2998

a tutaj zdjęcia z widokiem na świątynię od zewnątrz

DSC_3009DSC_3005DSC_3013

a tu już widok z hotelu Manohara Hotel Borobudur, który sprzedaje wejściówki na wschód słońca. Będąc rezydentem tego hotelu, mamy również nieograniczoną liczbę wstępów do świątyni Borobodur.

DSC_3017wracając z Borobodur, zatrzymujemy się jeszcze przy Candi (świątynia) Mendut..buddyjska świątynia z IX wieku… kilka luźnych zdjęć z tego miejsca

DSC_3019DSC_3022zdjęcie z wnętrza… ten niebieski kolor połowy posągu to wpadające przez drzwi światło…

DSC_3027DSC_3028tuż przy parkingu jest jeszcze jedna fajna świątynia…. nazwy jednak nie zanotowałem Sad

DSC_3031sklepienie wejścia bardzo kojarzy się ze świątynią Bajon w Kambodży

DSC_3035DSC_3036DSC_3039Na popołudnie mamy zaplanowany fakultet do świątyń Prambanan, największego na świecie kompleksu świątyń hinduistycznych poza granicami Indii. Kompleks powstał w IX w n.e. , jako trzy wielkie czworokąty zawierające 224 świątynie. Najważniejszym punktem jest wewnętrzny kwadrat, który zawiera m.in. najwyższe świątynie poświęcone Trimurti, czyli występującej w hinduizmie Wielkiej Trójcy Bogów: Brahma (Bóg Stworzyciel), Wisznu (Bóg utrzymujący Świat) oraz Śiwa (Bóg Niszczyciel).

Niedługo po powstaniu, świątynie zostały opuszczone, prawdopodobnie na skutek wybuchu pobliskiego wulkanu Merapi. Zapomniane, przez setki lat pozostawały zagubione w dżungli, aż do XVIII wieku, kiedy zostały odkryte przez Brytyjczyków. W 1991 kompleks świątyń został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Zanim jednak wejdziemy do samego Prambanan, po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy kompleksie świątynnym Plaosan.

DSC_3043 to pozostałości po kilku trzęsieniach ziemi… m.in. tym największym w XVI wieku, ostatnie mialo miejsce w 2006 roku, więc raptem 10 lat temu….

DSC_3045DSC_3047DSC_3048DSC_3050

 DSC_3051Samo Prambanan mamy okazję podziwiać podczas zachodzącego słońca Biggrin .

DSC_3053DSC_3059DSC_3060DSC_3062DSC_3066DSC_3067DSC_3068DSC_3071DSC_3073DSC_3075DSC_3082DSC_3097DSC_3103DSC_3111Do kompleksu świątyń Prambanan można również dotrzeć miejskim autobusem TransYogya o numerze 1A. Wysiadamy na pętli i dalej spacerkiem wzdłuż murów idziemy parę minut do kasy biletowej.

Następny dzień w Yogya przeznaczyłem na szwendaczkę z aparatem po mieście…. Yogyakarta jest dużym miastem z półmilionową populacją, kulturalną stolicą Jawy. Mieszkają tu studenci, artyści, organizowane są wystawy, koncerty, przedstawienia. Miasto słynie szczególnie ze sztuki tworzenia batików, które można kupić w każdej z setek galerii.

Główna turystyczna ulica Malioboro

DSC_3126DSC_3127DSC_3129najbliższa okolica naszego hotelu Dafam Fortuna Malioboro

DSC_3130DSC_3131DSC_3138DSC_3140DSC_3142DSC_3144DSC_3148DSC_3152DSC_3154DSC_3155DSC_3159DSC_3165DSC_3171DSC_3177DSC_3179DSC_3181DSC_3191DSC_3168

Kolejny dzień, przed nocnym wyjazdem do Malang, spędzamy na lenistwie… Po południu jedziemy zobaczyć pałac sułtański Kroton i łaźnie Taman Sari. Okazuje się, że zaczęliśmy od d*** strony… zamiast najpierw zwiedzać pałac sułtański, rikszarz zawiózł nas do  łaźni…

dosłownie kilka zdjęć…

DSC_3195DSC_3197DSC_3200DSC_3202DSC_3205O 20.45 odjeżdżamy pociągiem do Malang. Klasa EKSEKUTIF – cena 224 000 (wraz z prowizją za płatność kartą kredytową – bilet kupiony w Polsce na stronie Tiket .com). W Malang na dworcu meldujemy się 4.20… zaspani, delikatnie zdezorientowani łapią nas taksiarze i każdy jest najlepszy i najtańszy… nawet nie mamy siły się targować… :) 50 000 za 3 osoby? pasi…15 zł na nasze…. no targować się nie mamy siły i sumienia… niech zarobią i niech czują się wygrani.

O 4.30 jesteśmy w hotelu, ale dobę mamy zarezerwowaną od godz. 14.00. Już w Polsce zaklepaliśmy sobie fakultet na plaże… okazuje się, że klucze do pokoi dostajemy z marszu… jakież było nasze zdziwienie, bo przecież nikt nie spodziewał się, że w momencie wejścia do hotelu, będą czekały na nas pokoje…  rozsądnie byłoby się wyspać, odpocząć, zregenerować się i nabrać sił przed kolejnymi dniami… wszak czeka nas pobudka o północy i wyjazd kolejno na Bromo , a następnego dnia na Iljen…

Przed godziną 6.00 rano wyjeżdżamy na plaże. Jazda trochę trwała, więc nadrobiliśmy ze snem.  Na samą plażę nie da się dojechać bezpośrednio samochodem, do przejścia jest kawałek.. znak wskazywał 1,3 km, a nam to zajęło z godzinkę, żeby dotrzeć na plażę. Śmialiśmy się, że ktoś chyba pomylił 1 z 7 i do plaży jest 7,3 km  . W połowie drogi, na punkcie kontrolnym dostaliśmy przewodnika, który wskazał nam drogę na różne plaże… Opiekował się on również naszymi śmieciami – torebkami foliowymi i butelkami po napojach. Dziwna sytuacja, ale przyznam ze skoro nie ma innego sposobu na upilnowanie turystów to cóż …Gdy dotarliśmy do plaży okazało się że głównym źródłem zaśmiecania są miejscowi. Niektóre plaże tonęły w śmieciach….

Przez las namorzynowy docieramy do pierwszej plaży…

DSC_3212DSC_3214DSC_3218ścieżka na najsłynniejszą podobno plażę Warna 3…

DSC_3221nie mam żadnego zdjęcia z tej plaży… tak zaśmieconego miejsca nie widziałem do tej pory nigdzie.

Tutaj kolejna plaża

DSC_3226DSC_3228DSC_3234i jeszcze inna plaża…

DSC_3239DSC_3241DSC_3244DSC_3247Wracamy do hotelu, szybki sen i na 23.00 umówieni jesteśmy z kierowcą z miejscowego biura podróży. Wycieczkę wykupiliśmy jeszcze w Yogyakarcie za 600 000 IDR /osoba. W skład pakietu wchodzi transport z hotelu w Malang na Bromo, hotel ze śniadaniem w Banyuwangi, transport na Iljen, prom na Bali i transport naszej szóstki do hotelu w Kucie na Bali. Za bilety wstępu, posiłki i napoje płacimy sami.

Punktualnie o 23.00 wyruszamy spod hotelu, koleś pędzi jak szalony, po drodze opłacamy nasza wycieczkę i o 2.45 meldujemy się na parkingu, skąd w dalszą drogę pojedziemy jeepem. Opłata na terenowy samochód to 100 000 IDR/osoba, a wejście do Parku Bromo Tengger Semeru to kolejne 220 000 IDR.

Wulkan Bromo jest najpopularniejszym i jednym z najłatwiej dostępnych wulkanów w Indonezji. Sam wulkan nie jest może szczególnie piękny, jego górna część została zniszczona podczas erupcji wiele lat temu, za to okolica w której się znajduje, sąsiadujące z nim inne wulkany oraz widok wschodu słońca z jego szczytu robią piorunujące wrażenie. Bromo znajduje się w centralnej części Morza Piasków, płaskiej, wypełnionej piaskiem kaldery wulkanu Tengger, jakieś 3km od wioski Cemora Lawang. Formalnie więc Bromo jest wulkanem wewnątrz wulkanu.

Droga na  szczyt nie jest bardzo wymagająca, jednak te samochody zdecydowanie są  konieczne. W ogóle dotarcie na wulkan nie jest trudne. Nawet do punktu widokowego, z którego chcemy podziwiać wschód słońca. Wystarczy po podjechaniu jeepem, podejść parę metrów, wśród handlarzy, wszelkich różności, kramów i sklepików. Jest bardzo rześko, temperatura oscyluje wokół 0° C, a pomiędzy turystami kręcą się wypożyczający ciepłe zimowe kurtki, czapki , szaliki. Jest godzina 4.00, a spektakularny wschód słońca ma się rozpocząć koło 6.40…. Biggrin . Mamy wiec wystarczająco dużo czasu, żeby sobie pomarznąć, stojąc w ciemności, nie widząc praktycznie niczego… Biggrin . W Egipskich ciemnościach trudno nawet domyślić się gdzie należy ustawić statyw, gdzie jest wulkan…

Wreszcie zaczyna się przejaśniać, pierwsze promienie słońca nieśmiało oświetlają szczyt wulkanu…

DSC_3256DSC_3262DSC_3263fotki cykam co 3 – 5 minut, można więc zorientować się jak bardzo zmienia się światło…

DSC_3264DSC_3274DSC_3276DSC_3277DSC_3278DSC_3283DSC_3293DSC_3295DSC_3301DSC_3306Na wschodzie słońca byliśmy do godz. 7.30, a następnie zeszliśmy do naszego Jeepa i udaliśmy się na dół pod wulkany.

Bromo, to ten, który dymi.

DSC_3326Szczyt Bromo sięga 2392 metry nad poziom morza, ale tylko 133 metry ponad dno kaldery. Samochody zatrzymują się na parkingu, a my do przejścia mamy ok 1 km (można również wypożyczyć konia za 100 000, ale my się jeszcze nasiedzimy w samochodzie, więc wybieramy się na spacerek pieszo ).

DSC_3330DSC_3333tutaj wulkan Batok

DSC_3335 Na szczyt prowadzą 253 betonowe stopnie, które trzeba pokonać na własnych nogach. Jak widać, nie jesteśmy sami Biggrin. DSC_3338DSC_3339chodząc po krawędzi kaldery wulkanu, można zajrzeć bezpośrednio do jego paszczy i obserwować jak zionie dymem… huk jest przy tym niesamowity i delikatnie czuć zgniłe jajka, potocznie zwane siarką Biggrin

DSC_3342DSC_3348DSC_3351Taki trek na wulkan i z powrotem nie powinien zająć więcej niż 40 minut. Wracamy do Jeepa, którego wcale nie jest tak łatwo odnaleźć i za chwilkę jesteśmy już na parkingu, gdzie czeka na nas nasz kierowca. Zaopatrujemy się jeszcze w kilka buteleczek Bintanga i ruszamy w drogę do hotelu w Banyuwangi. Na miejsce powinniśmy dotrzeć koło godz. 17.00.

Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy „rajskiej” plaży Pasir Putih Beach…jej jedyną zaletą jest to, że obok rozlokowały się warungi z owocami morza, sama plaża masakra… a może my mamy inną definicję rajskości ?? Późnym popołudniem docieramy do Hotelu Berlian Abadi. Kąpiel w basenie, szybka kolacja i koło 19.00 kładziemy się spać, wszak pobudkę mamy zarządzoną na 24.00.

Kolejna noc to zdobywanie krateru Kawah Iljen. Jest on bardzo wyjątkowym wulkanem, bo jego krater jest wypełniony kilometrowej średnicy, turkusowego koloru, kwaśnym jeziorem, które jest największym tego typu zbiornikiem na świecie. Wulkan znany jest również z tego, że z otworów na zboczach wypływa siarka bardzo wysokiej czystości i zastyga na świeżym powietrzu.

Trekking na Kawah Ijen rozpoczyna się w osadzie Paltuding, skąd wejście na krawędź krateru zajmuje około 1,5 godziny. Docieramy na parking koło godz. 1.30 w nocy, aut cała masa, każda grupka otrzymuje własnego przewodnika. Płacimy jeszcze za wejście do parku po 150 000 + kolejne 150 000 za możliwość oglądania blue flame’ów – niebieskich płomieni siarki, która zapala się pod wpływem kontaktu z powietrzem. Na zewnątrz bardzo rześko. Ruszamy pełni wigoru… okazało się, że trasa na szczyt to 3 km pod górkę.. i ani razu z górki… non stop, krok po kroku pniemy się w górę Biggrin . Temperatura koło zera… w polarze za ciepło, bo pot leje się nie tylko po czole, ale kapie mi również z nosa, czy spływa po kręgosłupie… co mnie natknęło, żeby targać ze sobą sprzęt… mogłem wziąć telefon i też miałbym super zdjęcia Wink . Jak się rozbiorę do t-shirt’a to czuję przenikliwe zimno… i tak  źle i tak niedobrze. Zatrzymujemy się co chwilę, żeby złapać świeżego powietrza i odpocząć, jak stoimy, to marzniemy, jak pniemy się w górę to jest gorąco… ciemno, nic nie widać, jedynie nasze czołówki dają radę i święcą tym samym natężeniem Biggrin . Po godzince docieramy do, jak się okazuje 2/3 drogi – barku, gdzie można wypić wodę, zamówić ciepłą herbatkę i ruszać dalej w drogę… podobno został jeszcze tylko 1 km do przejścia do kaldery wulkanu…. Piszę celowo podobno, bo nic nie widać i trzeba wierzyć na słowo Biggrin , Podchodzi nasz przewodnik i sugeruje wypożyczenie masek… promocyjna cena 50 000 … chciałem być bystry i wyciągam z plecaka takie chirurgiczne maseczki… Biggrin . Koleś mało ze śmiechu nie padł i mówi, że to nie lotnisko w Azji, tylko sugeruje wypożyczenie tych masek.. na górze będzie drożej Biggrin . Na samej górze, jak powiało siarką, to przez chwilę zastanawiałem się, co ja tu robię… to już nie były zgniłe jajeczka, które naprawdę słodko pachniały przy tym zapachu, który wdzierał się w nasze oczy, nozdrza i wszędzie, gdzie tylko miał szansę dać o sobie znać. Siarka łzawiła oczy, dusiła krążąc niemal w płucach… oj jak dobrze, że się posłuchaliśmy i wypożyczyliśmy te maski… W tym momencie nastąpił odwrót turystów z Japonii i Chin, którzy mieli ze sobą tylko chirurgiczne maseczki… i nagle zrobiło się prawie pusto.

Docieramy na szczyt i okazuje się, żeby zobaczyć blue flame’y, za które zapłaciliśmy dodatkowo 150 000 musimy jeszcze zejść na dół po ruchomych kamolach prawie 600 metrów pionowo w dół… no nic.. damy radę, a jak nie damy to i tak damy…

kilka zdjęć tych niebieskich ogni… w  rzeczywistości wyglądało to troszkę inaczej, ale matryca aparatu przetworzyła obraz na taki, jaki teraz macie okazję obejrzeć…

DSC_3381DSC_3405DSC_3407DSC_3408te niebieskie ognie można obserwować max do godz. 7.00 … potem robi się już jasno.

Jak już udało nam się dotrzeć z powrotem na krater wulkanu, poszliśmy na punkt, umownie zwany widokowym, żeby ogarnąć zarówno całe zielone jeziorko jak i dymiącą siarę…

kilka zdjęć ze wschodu słońca….

DSC_3415DSC_3419DSC_3421DSC_3423DSC_3428DSC_3430zdjęcia robione co 5 – 10 minut podobnie jak na Bromo…

DSC_3436DSC_3442DSC_3445DSC_3450Warto wspomnieć w tym miejscu o ludziach, którzy trudnią się zarobkowym wydobywaniem siarki. W oparach żrącego dymu, robotnicy prymitywnymi narzędziami rozbijają większe fragmenty siarki na małe odłamki, które następnie pakują do wiklinowych koszy połączonych ze sobą kawałkiem bambusa. Tragarze najpierw wspinają się 600 metrów w górę na krawędź krateru, a następnie 3km w dół do najbliższej wioski. Pokonują oni tę trasę 2-3 razy dziennie niosąc na plecach ciężar zwykle przekraczający ich własną wagę. Pracując tak ciężko, w tak szkodliwych warunkach za minimalne wynagrodzenie, tragarze rzadko dożywają swoich czterdziestych urodzin.

a tutaj jedyne zdjęcie człowieka z siarką… ale tak to jest, jak się robi portrety szerokim kątem… Sad

DSC_3454Wracamy na parking… i dopiero teraz widać, jaką trasę pokonaliśmy, żeby wejść na szczyt… Jedziemy do naszego hotelu na śniadanie i dalej w drogę na Bali… Do przeprawy promowej mamy dosłownie 10 minut jazdy, promy kursują co pół godzinki, a płynie się około 40 minut.

Tutaj moje dwa zdjęcia z Bali… z urokliwej drogi południowym wybrzeżem. Zobaczyć tutaj możemy jedne z najpiękniejszych tarasów ryżowych na Bali.

DSC_3462DSC_3463W planach miałem świątynię Tanah Lot czy kolację w Jimbaran… mieliśmy jechać do Kuty 4 godz… jechaliśmy 8 i gdyby nie nasz bystry kierowca, który zabawiał się w rajdowca, to pewnie normalnym tempem dostalibyśmy w ciągu 12 h… z planów nici, nawet następnego dnia rano nie wygłupiałem się w szukanie taxi, bo dotarcie kilku km do Tanah Lot mogłoby zająć ze 3 h w jedną stronę Biggrin . Dziękuję, nie lubię układać sobie urlopu w taxi stojąc w korku Smile .

Jeszcze taka mała dygresja i uwaga z wieczornego spaceru… jak okradli kolesia na wymianie waluty…. wszędzie piszą, że wymieniać kasę tylko w autoryzowanych bankach, a nie w budkach… niczego nieświadomy Australijczyk połasił się na lepszy kurs – na nasze 0,2 zł /za 1 $, położył kasę na blacie, koleś z kantoru przeliczył i wydał plik pieniędzy… okazało się brakuje części kasy… Buda została od razu zamknięta, podbiegło kilku kolesi i poradzili gapiom, żeby się rozeszli…

Następnego dnia 0 14.00 mamy wylot z Denpasar do Labuan Bajo na Flores. Lotnisko na Bali, żeby nie napisać na bani…. nie, nikt z nas na bani nie był, a mimo to, nie chcieli mnie wpuścić do samolotu Sad . Na lot, na Flores miałem wykupione 2 bilety… pierwszy przez siebie, drugi omyłkowo przez Wojtala, bo sam nie mogłem zabookować sobie przelotu powrotnego z Flores na Bali i poprosiłem kolegę o pomoc.  Ten poleciał hurtowo i kupił mi bilet w jedną i w drugą stronę. Trudno świetnie 200 zł nie majątek Biggrin

Docieramy na lotnisko, kolejka jedna na wszystkie loty Wings Air, uśmiechnięty zbliżam się wreszcie do desku, podaję kolesiowi paszport, a ten coś do mnie mamrocze po swojemu i woła koleżankę… ale, że co, mam nieważny paszport, czy powinienem kupić 3 bilety na jeden lot, bo nie kumam…. a może mam 2 miejsca i koleś nie jest na tyle decyzyjny, żeby wybrać mi tą jedną dobrą miejscówkę Biggrin … zaraz podchodzi koleś z kolejki za mną, kładzie bagaże na taśmie i się odprawia… podobno ma samolot ma za 5 minut… spoko… ja do odlotu mam jeszcze godzinkę, to go mogę przepuścić… za chwilę podchodzi kolejny… mówię sorry, ale ja za chwilę też lecę, a koleś z okienka mówi do mnie, że niestety, ale sprzedali za dużą ilość biletów i dla mnie nie ma miejsca… nosz ku**** jak nie ma miejsca ?? Jja mam 2 bilety, a z pewnością 99,9% ma po jednym bilecie…nie ma opcji, najwyżej jedna stewka nie poleci… z drugiej strony jestem na tyle grzeczny, że mogę zająć miejsce obok pilota…. zająłem desk, postawiłem się i powiedziałem… nie odprawicie mnie, to nikt inny nie poleci… zawołali jakiegoś guru z ochrony… tłumacze mu kulturalnie po polsku, bo przecież przysłali barana, co ni w ząb po angielsku (albo tylko udaje), że nie ruszę się z tego miejsca, dopóki nie dostanę boarding karty, tym bardziej, że za dwa dni lecę dalej do Austarlii…  Słowo Australia chyba na niego mocno podziałało, bo za chwilę pojawił się jakiś koleś z masą złota na pagonach i prosi mnie, żeby mu pokazać kolejne moje loty do Australii…. ja na to.. pokaże Ci, jak odleci mój samolot… hahahaha  Biggrin i wtedy będziecie mieli problem… za chwilę przydzielili nam dodatkową ochronę z lotniska, bagaże nadawane trafiły do samolotu razem z nami, nikt niczego nie sprawdzał i zdążyliśmy jeszcze wypić po jednym zimnym piwku Biggrin siedziałem oczywiście sam i miałem sporo wolnego miejsca Biggrin

Generalnie okazało się, że samolot w jest 30% pusty, więc do tej pory nie kumam, po co ta szopka… liczyli na łapówkę??? nie mam pojęcia…

zdjęcie wulkanu na Lombok

DSC_3487i kilka jeszcze fotek z góry

DSC_3488DSC_3490DSC_3513DSC_3519Flores jest średniej wielkości, górzystą, pokrytą bujną roślinnością wyspą. Ma 360 kilometrów długości i szerokość od 12 do 70 kilometrów, a zamieszkuje ją około 1,4 miliona mieszkańców, w 85% wyznania Rzymsko-Katolickiego.

Dolecieliśmy na Flores, grzeje jak zwykle w Indonezji o tej porze roku… wychodzimy przed lotnisko i rzuca się na nas tłum naganiaczy… Pytamy o cenę do naszego Hotelu Sylvia… 6 osób, 7 km drogi, poniżej 100 000 nie ma mowy żeby zejść… jest kilku kolesi, którzy rozmawiają po angielsku, reszta oczekuje, że białas dogada się po indonezyjsku… tak to wcale nie jest żart… wielokrotnie wcześniej podczas wyprawy, czy to w barze, czy na mieście.. lokalesi byli zdziwieniu, że nie rozmawiamy w języku Bahasa Indinesia Biggrin .

W końcu dogadujemy się, z jednym naganiaczem, że oprócz transportu szukamy też dwudniowego rejsu na wyspy Rinca i Komodo zahaczając przy okazji o pobliskie wodne atrakcje… cena sztywna 1,5 bani (miliona od głowy…) no zwariowali…. bierzemy „nagonione” taxi i próbujemy ustawić się z kierowcą odnośnie rejsu, a ten ani be, ni me… ani po angielsku, ani po polsku… i za chwilę bierze telefon, dzwoni do szefa i przekazuje mi słuchawkę… mówię Mister, zmiana planów, dziecko głodne, najpierw lecimy na targ, zjemy rybkę, kupimy piwko i dopiero potem poprosimy do hotelu… Szybki zjazd na dół i jesteśmy w porcie…

kilka zdjęć

ten najbardziej po lewej to nasz driver

DSC_3528DSC_3548DSC_3550w ciągu tych kilku dni spędzonych na Flores, przetestowaliśmy chyba wszystkie kolorowe rybki… bardzo smaczne zresztą.

DSC_3553W międzyczasie biegamy po agencjach i negocjujemy cenę… nikt nie chce zejść poniżej 1,5 miliona… Edzia twierdzi, że czytała gdzieś, że milion to się płaci, ale za kilka osób….  wszyscy nas wyśmiewają Wink . zeszło nam się w porcie ze 3 h.. gość zniecierpliwiony, co chwilę dzwoni do szefa, teraz my udajemy, że nie znamy angielskiego Biggrin . Udaje nam się w końcu znaleźć sporą łajbę z kilkoma kajutami na wyłączność, którą popłyniemy na ten nasz upragniony dwudniowy rejs. Cena – 1 000 000 od osoby+ wejściówki do parku. Gość już dostał cynk, że załatwiliśmy sobie jego konkurencję i jest delikatnie mówiąc.. troszkę wkurzony Biggrin , Cena 300 zł za 2 dni na łajbie z noclegiem, 3 posiłki dziennie i rejs po Rince i Komodo + 3 miejsca na snurki nie jest chyba mocno wygórowana.

Docieramy do hotelu i …. zastajemy taki oto zachód słońca …

DSC_3530Nadchodzi moment naszej dwudniowej wyprawy…. pierwszy dzień będzie stał pod znakiem waranów, a kolejny to eksploracja świata podwodnego. Obieramy kierunek Rinca. Bilet wstępu do obu parków 247 000/os. + opłacenie przewodnika po Komodo 160 000 /6 osób.

kilka widoczków po drodze

DSC_3596DSC_3597DSC_3602Wyspa Rinca jest minimalnie mniejsza od sąsiedniej Komodo, ale równie popularna.

Smoki z Komodo to takie współczesne dinozaury, są największymi żyjącymi jaszczurkami, osiągają do 3 metrów długości i nawet 100 kilogramów wagi. Żywią się głównie padliną, ale zdarza im się również polować na bawoły, jelenie, dzikie świnie, a nie pogardzą również mniejszymi ssakami i ptakami, tym bardziej, że na wyspach aż roi się od zwierzyny…

DSC_3754Dopiero niedawno odkryto, że smoki wydzielają niezwykle silną truciznę, a ich sposób wpuszczania jadu jest bardziej brutalny od metod innych gadów, gdyż sączy się on do ran zadanych podczas walki. Jedno ugryzienie wystarczy, żeby ofiara cierpiała wiele godzin, a czasem nawet wiele dni, zanim umrze. Trzy metrowe potwory mogą pożreć jednorazowo posiłek równy wadze swojego ciała…  Warany to jedyne drapieżniki na archipelagu Komodo. Odgrywają zatem kluczową rolę w ekosystemie. Można stwierdzić, że kontrolują populację innych zwierząt w tym wiekowym ekosystemie…nie zapominajmy,że są też kanibalami i zjadają swoje młodsze potomstwo, które nie zdąży skryć się w gałęziach drzew… i tam przetrwać do 3 roku swojego życia…. Smoki są również bardzo niebezpieczne dla ludzi, mimo, że na to nie wyglądają, na krótkich dystansach potrafią biegać szybciej, niż człowiek i błyskawicznie przyspieszają, potrafią również pływać. Populację smoków w Parku Komodo szacuje się na 5 tysięcy osobników. Pojedyncze sztuki spotyka się również na wyspie Flores i innych wyspach w okolicy.

Dobijamy do brzegu i dochodzimy do siedziby strażników parku. Dwa warany wylegują się tam, jak koty przy stołówce, czekając na jakiś ochłap. W terenie dość trudno je spotkać, tym bardziej, że miesiące czerwiec – wrzesień to okres bunga-bunga… siedzą pochowane w krzakach i ani myślą pozować do zdjęć Biggrin.  Tutaj dorosłe samice spod stróżówki… miały ze 2,5 metra długości.

DSC_3686DSC_3678DSC_3680DSC_3666DSC_3661Podczas godzinnego treku rzeczywiście nie spotkaliśmy żadnego warana. Wracając już do stróżówki, udaje nam się zobaczyć kilkuletnią młodzież. Dzieciaki do trzeciego roku życia siedzą na drzewie i odżywiają się głównie ptakami, jajkami i innymi gadami… Nie schodzą z drzew z obawy, żeby samym nie być zjedzonym przez dorosłe osobniki…

DSC_3701DSC_3707DSC_3720w drodze na Komodo… jeden widoczek…

DSC_3744wysiadamy przy plaży i idziemy na spotkanie z przewodnikiem….

Tutaj ta sama śpiewka, okres bunga-bunga, warany pochowane o krzakach i raczej nikła szansa na ich zobaczenie… mogą uaktywnić się koło 16.00, ale gwarancji nikt nie daje… może pójdziemy na plażę?? i tam sobie na nie poczekamy??

DSC_3753nagle za plecami naszego przewodnika – opowiadacza pojawia się smoczek… Biggrin

DSC_3761DSC_3778DSC_3781DSC_3785zmierza ku plaży, na której mieliśmy na nie beztrosko poczekać Biggrin

DSC_3813tutaj nasz przyjaciel na plaży… co prawda rozlokował się po drugiej stronie molo niż my chcieliśmy…. ale będą też fotki smoczka, który zaanektował „naszą” plażę.

DSC_3790Skoro są warany ( te duże już widzieliśmy zarówno na Rince jak i Komodo), to spadamy na chwilowy – godzinny trek w poszukiwaniu tych młodych (moje marzenie zobaczyć młodego smoczka na drzewie ) . Podobno bardzo ciężko je zobaczyć….

są różne trasy, my wybieramy taki godzinny spacerek…

DSC_3796DSC_3803na drodze można spotkać takie znaki…

DSC_3805a tu już młodzian na drzewie

DSC_3809DSC_3811wracamy, a tam na plaży smok… Przewodnik sugerował nam, że spotkanie warana na plaży graniczy niemal z cudem… Do dziś się zastanawiam, czy w naturze Indonezyjczyków leży mówienie nieprawdy, czy po prostu mieliśmy takie szczęście…

DSC_3819DSC_3828DSC_3842DSC_3843DSC_3846zdaję sobie sprawę, że już przeginam z tymi zdjęciami jaszczurów,ale z drugiej strony, jak się leci tyle kilometrów…. to warto pokazać te smoki z każdej strony, żeby inni mieli możliwość zastanowienia się, czy rzeczywiście warto tam lecieć… Lol

DSC_3881DSC_3882DSC_3889noc spędzamy na łajbie…kilka kiczowatych zdjęć

DSC_3919DSC_3924DSC_3927Rano pogoda płata nam figla… jest pochmurno, nawet zaczyna delikatnie kropić… koło 8.00 dobijamy do Pink Beach…ja rezygnuję ze snurków, już raz miałem „przyjemność” oglądać świat podczas pochmurnej pogody w Tajlandii w parku AngThong… wrażenia nijakie… więc robię tylko z łódki dwa zdjęcia tej różowej plaży…

DSC_3939DSC_3940Kolejny punkt to Padar…. nie było go w planach, ale za dodatkową opłatą 700 000 IDR /6 osób popłynęliśmy na ten rajski punkt widokowy…

tu jeszcze widoczek z drogi…

DSC_3941dopływamy i cumujemy…

DSC_3947przed nami dwudziestominutowy trek na punkt widokowy…. upał niemiłosierny, zabieramy butelki z wodą i wspinamy się na górę…

DSC_3955DSC_3957

DSC_3956cała nasza paczka, wraz z częścią obsługi statku

DSC_3965DSC_3969Cumujemy przy na chwilę przy „Manta Point” , zdjęć podwodnych  niestety nie mam…. ale musicie uwierzyć na słowo, że manty widzieliśmy  Biggrin . Za chwilę przepływamy koło kolejnej rajskiej wysepki… na przystanek nie mamy już niestety czasu…  teraz z perspektywy czasu żałuję, bo pogoda w tym momencie była zacna… natomiast na Kanawa Island, gdzie mieliśmy kolejny przystanek, niebo zaszło chmurami i świat podwodny już nie wyglądał tak atrakcyjnie,jak się tego można było spodziewać… Rafa przy wyspie Kanawa to podobno najpiękniejsze miejsce w okolicach Flores…

tutaj wspomniana wysepka

DSC_3972DSC_3980DSC_3985Po drodze na Kanawę

DSC_3987dopływamy…wstęp na wyspę 50 000. Zdjęcia tylko z brzegu, gdyż nie miałem aparatu podwodnego… Sad

DSC_3990DSC_3992Rafa zacna, ale czy warto płacić dodatkowo 50 000 ?? Mnie się na Kelor chyba bardziej podobało… pewnie to zasługa światła i słonka… O samym Kelor w późniejszej części…

Kanawa była ostatnim punktem naszego programu, wracamy do portu… Tutaj kilka luźnych zdjęć z hali portowej…jednego wieczoru kupiliśmy kilka steków tuńczyka, które nam później ugrillowano…

DSC_3575DSC_3579DSC_3581DSC_3583DSC_3998DSC_4003DSC_4006DSC_4011Po pysznej, rybnej kolacji, wracamy do hotelu w takich oto okolicznościach przyrody…

DSC_3558DSC_3559Na ostatni nasz pełny dzień pobytu rezerwujemy sobie łajbę na 6 godzinną wycieczkę na wyspę Kelor… cena 700 000/6 osób w tym banany… arbuza i piwko organizujemy we własnym zakresie…

Koło 8.00, po śniadaniu przyjeżdża po nas kierowca i zawozi do portu. Rejs trwa nieco ponad godzinkę, tak więc na miejscu mamy 3,5 h na snurki..

dopływamy….

DSC_3600DSC_4016nasza łajba… na plaży początkowo jesteśmy sami… bo Ci.którzy cumowali przy brzegu, właśnie zdążyli odpłynąć.

DSC_4025wspinamy się na punkt widokowy…

DSC_4031dopływają jeszcze 3 inne łódeczki, ale wcale nie odczuwa się tłoku Biggrin

DSC_4033DSC_4034relaks, snurki, ostatnie opalanie, piwko…

DSC_4028Muszę przyznać, że w tym miejscu bardzo przydał się mój dry bag, w który zapakowałem nasze aparaty i bezpiecznie dopłynąłem z nimi do brzegu… wyskakiwaliśmy do wody w miejscu, gdzie stała nasza łajba… prąd był w tym miejscu dość mocny i raczej nie udałoby się dopłynąć do brzegu, w jednym ręku trzymając aparat…

Po powrocie do portu w Labuan Bajo próbujemy odprawić się elektronicznie na lot z Labuan Bajo przez Denpasar do Jakarty, ale oczywiście jest to niemożliwe… Postanawiamy zatem podjechać na lotnisko, żeby uniknąć sytuacji, jaką mieliśmy przed przylotem na Flores… Na lotnisku wcześniejsza odprawa okazuje się prawie niemożliwa. W Informacji kierują nas na poziom -1, tam z kolei kierują nas na poziom 0…  typowa spychologia…  i jeszcze nikt nie gada po angielsku… w końcu w okienku linii wymuszam na obsłudze wydrukowanie nam kart pokładowych… Ci prowadzą nas do hali odlotów, uruchamiają komputer i po godzinie zabaw w „ciuciubabkę”, mamy pewność, że następnego dnia odlecimy kolejno na Bali, a stamtąd do stolicy Indonezji Jakarty :)

ostatnie kiczowate zdjęcie z naszego hotelu

DSC_4045następnego dnia po śniadaniu wyruszamy w 32 h podróż przez Denpasar, Jakartę, Stambuł do Warszawy…

KONIEC

 

About the Author: