Etiopia i jej dolina Omo – styczeń 2015

Wstęp będzie krótki… tak samo jak cała moja wyprawa

Do Etiopii, a szczególnie jej południowej części, ciągnęło mnie od dłuższego czasu po obejrzeniu kilku reportaży i pokazów zdjęć. Żona nie była zachwycona tym kierunkiem i odwlekała wyjazd w te rejony do tego stopnia, że dojrzałem by na taką wyprawę wybrać się bez niej… i zobaczyć to, co pewnie nie będzie już możliwe za klika następnych lat.

Plan był następujący: Addis Abeba w pigułce, Adadi Maryam – monastyr bliźniaczo podobny do najsłynniejszych z tego samego okresu na północy kraju w Lalibelli, następnie po drodze jezioro Chamo i rejs po nim, plemiona  Konso, Dorza, Tsemey, Benna, potem HIT PROGRAMU P.N Mago gdzie żyją Mursi ( to ci z talerzami w ustach i z kałachami na plecach), następnie plamiona Hamer i w miarę możliwości zobaczenie obrzędu inicjacji, kolejne wioski plemion Karo, Dasnenech, Erbore. w powrotnej drodze P.N Awash, Swayne, karmienie hien + bazar w Harare.

Pierwszy dzień czas zacząć… po wymianie kasy na ichniejsze Birry, w hotelu Hilton, wyruszamy na łowy fotograficzne…Ale jeszcze chciałbym wspomnieć o takiej ciekawostce… żeby dostać się do środka hotelu, przed jego wejściem przechodzi się praktycznie taką samą kontrolę jak na lotnisku przed strefą wolnocłową- prześwietlanie bagażu na bramkach, przejście przez bramkę bezpieczeństwa oraz wyjęciem wszelkich metalowych gadżetów z kieszeni, jedyna różnica nie musimy wyrzucać swoich napoi… Spotkaliśmy się jeszcze z takimi procedurami wielokrotnie przed wejściem do różnych restauracji – podróże kształcą. A dziwi to tym bardziej, ze kałachy są ogólnie dla miejscowych za odpowiednią cenę.

Jako pierwszy punkt programu zwiedzamy Muzeum Narodowe, ale ze sam mocno muzealny nie jestem, ograniczyłem się tylko do zzybkiego zobaczenia Lucy  – szkieletu naszego pra… pra przodka sprzed 3,2 miliona lat. Gnaty nie powalają, ale być w Addis  i nie zobaczyć  47 z 207 odnalezionych kości, to trochę byłoby to niezręczne… zresztą w muzeum jak się później okazało jest tylko replika tych kości… oryginały naszego pra pra przodka schowane w jakiś pilnie strzeżonych sejfach…

 

DSC_2865

DSC_2867

następnie wizyta w katedrze Św. Trójcy z grobem cesarza Helje Selasje i praktycznie możemy jechać do celu mojej wyprawy, czyli plemion z południa kraju…

DSC_2818

 P.S mocno kościelny i wierzący też nie jestem, ale grób cesarza chciałem zobaczyć…

DSC_2819

a w kościele akurat trafiliśmy na pogrzeb

DSC_2830

DSC_2831

 DSC_2838

DSC_2841

DSC_2842to jeszcze kilka strzałów ze spaceru po ulicach Addis Abeby – stolica w pełnej krasie…  na ulicach widać straszną biedę

DSC_2900DSC_2909DSC_2910DSC_2912DSC_2913DSC_2929DSC_2918DSC_2932DSC_2934bardzo rzuca się w oczy uśmiech na twarzach miejscowych, niezależnie od tego, czy jest to dziecko czy dorosły… ale takich portretów będzie w dalszej relacji sporo więcej

DSC_2881DSC_2887Następnego dnia, przy takiej oto muzyce, wyruszamy na południe w kierunku Arba Minch, które będzie naszą bazą wypadową do kilku plemion południa.

Po drodze dwa zdjęcia z okolic, które mijamy… typowe zabudowania dla Etiopii.

DSC_2935DSC_2937zatrzymujemy się jeszcze koło wykutego w skale monastyru Adadi Maryam.. jest to jeden z najbardziej historycznie znaczących kościołów tego kraju, a jego położenie określa się jako najbardziej na południu wykuty w skale monastyr w Etiopii. Został zbudowany w okresie panowania cesarza Lalibala (1180 do 1220), czyli w czasach gdy powstawały świątynie Lalibelli, a opuszczony w XVI wieku. Przypadkowo odnaleziony w czasie panowania cesarza Menelika II.
tu przed bramą główną…

DSC_2938a tutaj już sam monastyr widziany z powierzchni ziemi

DSC_2942

DSC_2943i kilka ujęć z wnętrza

DSC_2950

DSC_2952DSC_2953i jeszcze kilka pstryków z okolic monastyru…

DSC_2956DSC_2957DSC_2960DSC_2961tego dnia jedziemy jeszcze do Tiya – dla mnie gruzy porozrzucane na polu, ale wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO…

Pomniki – stele pokryte symbolami, które w większości są trudne do odczytania, są pozostałościami dawnej kultury Etiopii, której wiek nie został jeszcze precyzyjnie określony.
dosłownie dwa strzały z tego miejsca…

DSC_2968DSC_2972

i jedziemy dalej, wszak tego dnia mamy zaplanowane dostać się do Arba Minch (około 500 km na południe od Adis)

i kilka widoczków po drodze…

DSC_2984DSC_3001mamy XXI wiek, a tutaj odbywa się młócenie zboża… krowy (zebu) gonione są kółko po zmłóconym zbożu, w ten sposób ciężkie ziarno opada na glebę, a lekkie siano można w następstwie zebrać i nakarmić bydło. W Etiopii wszelkie produkty wykorzystywane są w 150 %….

DSC_2975miejscowy fan grupy T. Love

DSC_3009i kicz  na koniec dnia

DSC_3016Następnego dnia z samego rana wypływamy na safari po jeziorze Chamo, ale zanim tam dojedziemy kilka pstryków z drogi…

DSC_3021DSC_3025DSC_3032

DSC_3037Jezioro Chamo położone jest na wysokości około 1200 m.n p.m. na terenie Parku Narodowego Nechisar i Wielkiego Rowu Afrykańskiego. Mamy nadzieję na spotkanie licznych krokodyli, hipopotamów, ptaków – w tym orłów, marabutów, pelikanów…
kilka ujęć z safari

DSC_3049miejscowe łabędzie czyli pelikany

DSC_3142DSC_3143

DSC_3153identyczne „jaszczury” widziałem na Borneo

DSC_3093DSC_3089trafiła się też czapla

DSC_3095w oddali orzeł

DSC_3109 spotkaliśmy tylko jednego hipcia, który wynurzył się dosłownie na moment…

DSC_3111w jeziorze pełno jest krokodyli… upał, żar leje się z nieba i nawet nie ma jak wyskoczyć z łódki i się wykąpać…

DSC_3160ptaszek polujący na rybkę.. „zawieszony” jakby w powietrzu

DSC_3166i miejscowi, który narażają swoje życie, zarzucając sieci  na ryby w jeziorze pełnym krokodyli i hipopotamów

DSC_3173ten chłopak brodzi, idzie nastawić sieci, a w rzece sporo krokodyli i hipciów… o wypadek nietrudno, ale jak się nie ma co do garnka włożyć, trzeba liczyć na szczęście…

całe safari po jeziorze trwało ok 2 godzin, widoki naprawdę super, pełno zwierzaków, tylko czemu tak gorąco w styczniu ??

po rejsie jedziemy na lunch, by po południu wybrać się w góry do wioski Chencha, którą zamieszkuje plemię Dorze.
kilka widoków po drodze

typowe widoki dla południowej Etiopii, choć im dalej ” w las” tym mniej asfaltu

DSC_3180DSC_3184miejscowe modelki

DSC_3187DSC_3192DSC_3193głównym środkiem transportu do prze(wożenia)noszenia towarów są ludzkie nogi…

DSC_3195urocza dziewczynka

DSC_3199DSC_3201DSC_3202DSC_3205

trochę Was pokatuję porterami, a to dopiero początek wink

DSC_3207po safari na jeziorze Chamo na lunch dojeżdżamy do Arba Mich, tam przed wejściem do knajpy oczywiście kontrola osobista jak na lotnisku i prześwietlanie bagażu big_smile

ceny w birrach 20 birr = 1 USD… ja dzieliłem sobie cenę na 5 i wychodziła mi w przybliżeniu cena w PLN’ach
karta z daniami regionalnymi – Injera w różnych postaciach

DSC_3208Bożenka – pierwsza pozycja po prawej stronie karty to takie mięsko w stylu podeszwy zabarwione brązowym sosem…

że też nie mam żadnego zdjęcia injery, widocznie byłem na tyle głodny, że zapominałem o aparacie smiech

a sama Injera to taki jakby naleśnik o średnicy do 50 cm, struktura gąbki. Wypieką się ją z teffu – zboża będącego podstawową rośliną uprawną w Etiopii. Powstaje z mąki zmieszanej z wodą, którą odstawia się najpierw na parę dni aby sfermentowała, stąd ciasto ma lekko kwaskowaty smak. Ciasto wylewa się później na blachę umieszczoną nad paleniskiem albo umieszcza w piekarniku elektrycznym.
W knajpie do placka dostajemy różne sosy: z mięsem lub bez. Taki sos dostajemy w oddzielnej miseczce i wylewamy go na środek placka. Spożywamy posiłek w taki sposób, że odrywamy rękoma małe kawałki naleśnika i nabieramy nimi dodatki.

do lunchu obowiązkowo piwko… cena w okolicach 25 Birr za butelkę 0,5 l, piwko bardzo smaczne

DSC_3211

a tutaj kelnerka w typowym stroju Dorze

DSC_3213DSC_3221po lunchu jedziemy odwidzieć plemię Dorze… kilka pstryków z drogi

DSC_3242DSC_3239Dorze to mała grupa etniczna zamieszkująca strefę Gamo Gofa władająca jednym z kilkudziesięciu dialektów w Etiopii. Plemię słynie z niezwykłych domów w kształcie takiej czapki z zaokrąglonego stożka wyplatanych z bambusowych tyczek i pokrytych liśćmi fałszywego bananowca… chaty osiągają wysokość nawet 15 metrów, w środku palenisko, łóżko oraz miejsce dla bydła…

chata z zewnątrz

DSC_3250

DSC_3251zaglądam do środka…

DSC_3252

po prawej za ścianką, zagroda dla bydła

DSC_3264

po lewej łóżko a na wprost spiżarnia

DSC_3265

tutaj kobieta przędzie sznurek z fałszywego bananowca – bylina wygląda identycznie jak bananowiec, ma ciemnoczerwoną łodygę każdego liścia i nie rodzi bananów…

DSC_3266miejscowa piękność

DSC_3267tutaj dziewczyny wypiekają kolczo – chlebek z pulpy pozyskiwanej z łodygi tego fałszywego bananowca – część miękka to pulpa, a włókna to wspomniany sznurek…

DSC_3275i pulpa, z której robi się chleb oraz sznurek

DSC_3277DSC_3278na miejscu okazało się, że można również wynająć domki na nocleg, cena jak na warunki Etiopii całkiem spora – 10 USD. Apartament od środka

DSC_3280

miejscowe dzieciaczki

DSC_3292oczywiście handelek – „bawełna” czyli fałszywy bananowiec made in Dorze – Etiopia..

DSC_3295i jeszcze kilka ujęć z wioski

DSC_3312fajna czekoladka

DSC_3315młócenie zboża w XXI wieku

DSC_3318i miejscowa manufaktura, gdzie powstają te wszystkie kolorowe pamiątki

DSC_3320DSC_3321dredy to znak charakterystyczny mężczyzn plemienia Dorze

DSC_3330DSC_3337wracamy do Arba Minch i jeszcze kilka zdjęć z drogi.

takie autobusy często można spotkać na drogach południowej Etiopii.

DSC_3333kobieta, która na plecach dźwiga tobołek z chrustem

DSC_3341tego dnia a w zasadzie wieczoru wybrałem się jeszcze do klubu z muzyką dla miejscowych w Arba Minch. Przewodnik nie chciał mnie puścić, twierdził, że to niebezpieczne, ale jak się uprę, to nie mocnych smile… zdjęć niestety nie mam, bo aparatu nie zabierałem… NIESTETY…
Sam tańczyć nie lubię, ale popatrzeć z chęcią jak ktoś wywija to jak najbardziej,te kocie ruchy, takie zwinne, no po prostu rewelacja. Było bardzo bezpiecznie, fajna uśmiechnięta młodzież tylko dziewczyny takie trochę nastawione na bliższą znajomość wink

Kolejnego dnia o 6.00 pobudka i wyjazd w kierunku Jinka, skąd już rzut beretem do naszego jednego z gwoździ programu czyli Mursich. Następny nocleg zaplanowany mamy na campie, zero infrastruktury, zero normalnych dróg, zero hoteli.. również sieć komórkowa jeszcze tam nie dotarła.

po drodze widzimy akacje a na nich jakieś dziwne tuby – okazuje się, że są to „dzikie” ule dla pszczół, które składają tam miód… te tuby to oczywiście zawieszają miejscowi.

DSC_3342DSC_3343pszczelarki

DSC_3345droga – typowy krajobraz

DSC_3347DSC_3352w drodze do Jinka, przed miejscowością Konso, natrafiamy na dziewczynki z plemienia o tej samej nazwie

DSC_3357DSC_3358„rewers” głowy

DSC_3360Lud Konso znany jest przede wszystkim z uprawy pól tarasowych oraz budowy drewnianych stel. W 2011 roku krajobraz kulturowy Konso został wpisany na listę światowego dziedzictwa Unesco. Sama ludność trudni się pszczelarstwem oraz uprawą bawełny.

 jeszcze kilka zdjęć z drogi

DSC_3367DSC_3388DSC_3392DSC_3393uprawa roli

DSC_3394pralnia, umywalnia i wodopój w okolicach wiosek Konso

DSC_3374DSC_3377Dojeżdżamy w końcu na lunch do miasteczka Konso. Slalom między krowami, kozami i innym bydłem jest troszkę uciążliwy i nie wiadomo, co nagle wyskoczy przed maskę samochodu i nie spowoduje dłuższego postoju… w Etiopii każde potrącenie bydła przez kierowcę, skutkuje wypłatą na rzecz poszkodowanego (właściciela bydła) sporym odszkodowaniem i nie ma tu znaczenia, że kierowca nie zawinił…
jest tak gorąco – temperatura na zewnątrz w naszej nowej Toyocie wskazuje + 37, że nie mam ochoty na ciepłą „siorbę” znaczy zupę, zadowolę się raczej zimną pianką big_smile

ale najpierw zdjęcie kawiarni, kawka podobno rewelacyjna

DSC_3406

a tu moja „siorba”

DSC_3407

nagle słyszę jakieś śpiewy i tańce – wygląda to na jakąś manifestację

DSC_3413DSC_3414DSC_3416okazuje się, że to protest z powodu zbyt niskich dopłat Unii Afrykańskiej dla najbiedniejszych.

„Grand” Hotel w Konso, patrząc z późniejszej perspektywy kolejnego noclegu.. ten hotel brałbym w ciemno.

DSC_3421Zanim ruszymy dalej, musimy troszkę przeczekać, aż tłum się rozładuje. Po paru chwilach ruszamy dalej… kilka luźnych portretów z drogi.

DSC_3424DSC_3427DSC_3441DSC_3449

i widoków z drogi

DSC_3496targ

DSC_3433DSC_3492DSC_3495W drodze na camp, odwiedzamy jeszcze plemię Tsemey. Ludność ta zamieszkuje półpustynne rejony Doliny Omo, trudni się uprawą roli -głównie sorgo, proso, bawełna jak i również wypasem bydła.

Tak jak plemienia Hamer, chłopcy Tsemey, aby stać się mężczyznami i móc założyć rodzinę, muszą przejść obrzęd inicjacji – skoków przez byki. Opiszę dokładnie taką uroczystość, na której miałem szczęście być, przy okazji pobytu w wiosce plemienia Hamer. W przeciwieństwie do innych plemion w Etiopii,  u Tsemay organizowane są wesela.

zawijamy się do wioski zamieszkanej przez ludność Tsemay.. zaczynają się płatne, pozowane zdjęcia – koszt 1-2 birry

DSC_3450DSC_3451DSC_3452DSC_3453DSC_3454DSC_3456DSC_3461

DSC_3462

DSC_3458DSC_3481DSC_3486z campu w Jinka mam tylko dwa zdjęcia.
prysznic, z którego nie skorzystałem, bo nie zabrałem ze sobą kaloszy i kibelek – wolałem krzaczki.

DSC_3499DSC_3500

i jeszcze syn właściciela campu…

DSC_3501

Zabrałem sporo różnych gadżetów dla dzieciaków. Do szkoły nie chodzą, więc zrezygnowałem z długopisów czy flamastrów, ale piłeczek, baloników, fujarek czy miśków mojej córy miałem 1/3 walizki. Wszystko się rozeszło… nie zabierałem t-shirtów, teraz trochę żałuję, bo były miejsca, gdzie ludziom ubrania by się przydały. Rozdałem kilka swoich użytych już koszulek, ale jak jechałem na południe nastawiony byłem, że nie należy plemion ubierać w T-shirty, dla nich pusta plastikowa butelka po wodzie to skarb, a dziecko za balonika czy piłeczkę dałoby się pokroić..

Następnego dnia rano wyruszamy do plemion Mursi… jednego z gwoździ programu, do przejechania 40 km, trasa zabierze nam 2 godziny…
najpierw podjeżdżamy jeszcze pod sklep po napoje

DSC_3510by za chwilę ruszyć w drogę – tu taka umywalnia, myjnia i wodopój w jednym…

DSC_3515wjeżdżamy do P.N. Mago, gdzie żyją plemiona Mursi

DSC_3525za niezapowiedziane zdjęcie z samochodu można było oberwać kamieniem…

DSC_3530DSC_3531DSC_3532DSC_3533Mursi liczy zaledwie 5000 członków i jest to jedno z ostatnich afrykańskich plemion, których styl życia nie zmienił się od tysięcy lat. Mieszkają w chatach skleconych z gałęzi i liści. Uprawiają kukurydzę i sorgo.

Wielu mężczyzn ginie w walce z sąsiednimi plemionami o dostęp do pastwisk i wodę. Pojedynki to zresztą jedno z ich głównych zajęć. Młodzieńcy szlifują swe umiejętności w donga, czyli pojedynkach toczonych między sobą. Jedyną używaną bronią są długie na trzy metry kije, których falliczne zakończenie jest synonimem męskości. Do walki stają nago. Stosują wojnę psychologiczną, pokrywając  skórę groźnie wyglądającymi wzorami. Pojedynki są krwawe, wiążą się z dużym ryzykiem uszkodzenia ciała, a nawet śmierci walczących. Gdy któryś z pojedynkujących się świadomie lub przez przypadek zabije konkurenta, musi jednak liczyć z poważnymi konsekwencjami. Sprawca nieszczęścia jest skazywany na banicję,  jego majątek jest konfiskowany, a jego rodzina przekazuje rodzinie zabitego młodą dziewczynę jako rekompensatę.

Kobietom z plemienia Mursi, wkraczającym w dorosłe życie, rozcina się dolną wargę i umieszcza się w niej gliniany krążek. Z czasem zamienia się krążki na coraz większe, mogące osiągać średnicę około 35 cm. Im większy krążek w wardze kobiety, tym jest ona atrakcyjniejsza w oczach plemienia i tym więcej krów jest skłonny oddać jej rodzinie mężczyzna, chcący się z nią ożenić. Czasami mężczyźni toczą walki o wybrankę na śmierć i życie.
Nie wiadomo dokładnie skąd wziął się zwyczaj umieszczania glinianego krążka w wardze kobiety, ale prawdopodobnie owa forma samookaleczenia stosowana była z obawy przed łowcami niewolników, którzy porywali afrykańskie kobiety i wywozili je do haremów. Według innych poglądów krążek miał odstraszać złe duchy, mogące przedostać się do wnętrza człowieka przez usta. Jednak najbardziej rozpowszechniona jest opinia, że kobiety Mursi wyglądają właśnie tak, aby nie budzić pożądania mężczyzn z innych plemion afrykańskich. Mursi nie znają pocałunków – właśnie z powodu owych krążków. z czasem krązek zaczyna przeszkadzać i kobiety wybijają sobie dwie dolne jedynki…

zdjęcie wioski

DSC_3536Aby rozładować trochę napięcie podszedłem do wodza wioski, uścisnąłem jego dłoń i z uśmiechem na twarzy trzy razy stuknęliśmy się ramionami… to taki przyjazny gest w Etiopii. Koleś trochę poczuł się zaskoczony i zbity z tropu… następnie, bez protestów z jego strony, zrobiłem sobie z nim zdjęcie (to ten z żółtym naszyjnikiem).

DSC_3554zdjęcia z wioski płatne 5 birr za osobę – ilość ujęć danej osoby nie ma znaczenia… po całej „szopce” kasa jest zbierana przez szefa plemienia i za pieniądze kupowany jest alkohol i karabiny kałasznikow

DSC_3538DSC_3540to moje zdjęcie zdobyło nominację na najlepsze zdjęcie podróżnicze FotoGlob – Kolosy 2015 w Gdyni ( więcej w zakładce O MNIE )

9DSC_3544DSC_3547DSC_3550DSC_3551DSC_3556od tej dziewczyny zakupiłem sobie krążek na pamiątkę – koszt 50 Birr… zdjęcie z krążkiem tej damy kilka ujęć wyżej big_smile

DSC_3562DSC_3563jeszcze troszkę zdjęć samej wioski

DSC_3565DSC_3568DSC_3566DSC_3572

tutaj ktoś był przed nami… dziecko dzierży lizaka, ale folijka albo nie smakuje, albo dziecko nie wie, co się z tym robi… piszę całkiem poważnie, kierowca dla żartów dał w jakiejś wiosce długopis, najpierw przyglądali się z każdej strony a potem rozkręcili i zaczęli dmuchać w miejsce, gdzie był wkład…

DSC_3573DSC_3576DSC_3578DSC_3577

DSC_3585w drodze powrotnej do Jinka spotkaliśmy jeszcze atrakcyjną dziewczynę

DSC_3596chciałem sfotografować jej miejsce intymne.. ale było szczelnie zakryte przez metolowe krążki…kostki to najbardziej intymne miejsce kobiet wielu plemion

DSC_3597DSC_3599zatrzymujemy się jeszcze w sklepie po napoje…

DSC_3611Wracamy na camp, gdzie jemy lunch, pakujemy nasze manatki, namioty i wyruszamy do krainy Hamerów… na kolejny camping.

Na kolejny nocleg docieramy po południu… dziś nam nic już się nie chce -otwieramy piwka, pełen relax, rozpalamy ognisko
Jeszcze tylko widok na okolicę – nasz camp położony jest nad samym brzegiem rzeki – wyschniętej rzeki… tutaj miejscowi kopią w dnie koryta studnie, skąd pobierają wodę.

DSC_3616baniaki pakują na taczkę i do szałasu, znaczy domu-  często parę, paręnaście kilometrów w wielkim upale

DSC_3619DSC_3622a wieczorem ognisko

DSC_3625Następnego dnia jedziemy do Omorate, skąd przeprawimy się na drugą stronę rzeki Omo na spotkanie z plemieniem Karo.
po drodze mijamy wioski..

DSC_3644zatrzymujemy się na chwilę by pooglądać sępy

DSC_3659DSC_3662mijamy liczne termitiery

DSC_3668bezustannie podróżujemy bezdrożami…

DSC_3680by po 1,5 godziny jazdy w kurzu dotrzeć nad brzeg rzeki Omo…

DSC_3686w oczekiwaniu na łódkę

DSC_3689taką dłubanką będziemy się  przeprawiać na drugą stronę – łódka wyrzeźbiona jest z całego pnia drzewa.

DSC_3695nasz kapitan

DSC_3685kilka słów o plemieniu, które za chwilę spotkamy…
Najprawdopodobniej jest to najmniejsza grupa etniczna nie tylko w dolinie Omo, ale i w całej Etiopii. Jego liczebność wynosi około tysiąca osób, plemię zamieszkuje podobno tylko trzy wioski i jest zagrożone wyginięciem.

Karo wyróżniają się różnobarwnymi wzorami, którymi przyozdabiają ciała, najczęściej za pomocą kolorowej glinki. Zdobienia u mężczyzn są bogatsze niż u kobiet. Lud Karo inspiruje się przede wszystkim naturą. Członkowie tego plemienia słyną również z przekuwania dolnej wargi. Kobietom nacina się skórę w różnych miejscach ciała, po czym zasypuje się rany popiołem. Blizny powstałe na skutek tego zabiegu są najprawdopodobniej symbolem przynależności kobiety do męża i plemienia.

Nad Omo bydło i kozy są tożsame z bogactwem i prestiżem społecznym. Jeżeli mężczyzna nie posiada swojego stada, nie może się ożenić, bo nie ma czym zapłacić za żonę. W czasie suszy panuje głód, wówczas można krowę sprzedać na targu i kupić zboże lub ściągać krew i mleko i w ten sposób przeżyć najtrudniejszy okres.
Poza krowami i kozami, które są tutaj niezwykle ważne, ale niezwykle trudne w utrzymaniu ze względu na muchy tse – tse, podstawą utrzymania są pola uprawiane dzięki Omo. W porze obfitych opadów rzeka niesie ogromne masy wody, które spływają do niej z okolicznych gór i centralnej wyżyny. Nadmiar wody zalewa brzegi i w ten sposób nawadnia i użyźnia znajdujące się tutaj pola. Ludzie Karo wychodzą wówczas na użyźnione pola i patykami robią w błocie małe dziurki w które następnie wrzucają ziarenka kukurydzy lub sorgo. Robią to tak samo od wieków, bo ta technika była już stosowana w starożytnym Egipcie na polach nad Nilem.

za zdjęcia oczywiście płacimy… z tego co kojarzę, po 3 Birry / osoba dorosła – ilość zdjęć nieograniczona…

nestor rodu

DSC_3706kilka strzałów z samej wioski i ludności Karo

DSC_3710DSC_3714DSC_3718

DSC_3712DSC_3729DSC_3727DSC_3731DSC_3733DSC_3738DSC_3740DSC_3744DSC_3756DSC_3747DSC_3746

i jeszcze rzut okiem na chałupki

DSC_3734DSC_3758po godzinie musimy wracać, bo plan tego dnia jest mocno napięty… targ Hamerów i gwóźdź programu inicjacja u Hamerów.

Docieramy na targ Hamerów w Dimeka, czasu nie mamy za wiele, ale ja gadżeciarz nie jestem, więc tylko parę zdjęć miejscowej ludności

DSC_3770DSC_3780DSC_3786

DSC_3787DSC_3797DSC_3791Tutejsze kobiety, w odróżnieniu od Karo czy Mursi, słyną ze swej urody. Na wszystkich głowach takie same fryzury –  setki niewielkiej długości kosmyków posklejanych gliną w kolorze ochry i tłuszczem.  Odziane w skóry bydląt, z metalowymi obrożami na szyi,  przyozdobione w spiralne bransolety i mnóstwo kolorowych koralików. Hamerscy mężczyźni nie ustępują kobietom pod względem urody i ozdób. Gdy zabiją wroga lub niebezpieczną zwierzynę, na ich głowach pojawia się wielki, wspaniały kok, któremu towarzyszy strusie pióro. Każdy z tutejszych mężczyzn ma przynajmniej trzy imiona. Jedno ludzkie, drugie kozie a trzecie bydlęce, co ma pokazywać, jaką wagę w ich społeczności przywiązuje się do hodowli, bez której ich egzystencja byłaby prawie niemożliwa.

Okazuje się , że plemiona Karo i Hamer są ze sobą spokrewnione, chociaż dumni Karo nie chcą przyznawać się do swoich sąsiadów. O ile Karo jest najmniej liczebnym plemieniem w dolinie Omo, o tyle 30-tysięczna populacja Hamerów czyni z nich plemię najliczniejsze.

DSC_3774DSC_3788DSC_3785DSC_3792DSC_3776Plemię Hamer prowadzi półkoczowniczy tryb życia, zajmują się głównie hodowlą bydła, uprawą sorgo, kukurydzy i fasoli. Hamerowie w większości są wyznawcami tradycyjnych religii animistycznych, choć część została nawrócona na Islam… Dlaczego o tym piszę? Chciałbym w kilku zdaniach przedstawić sam przebieg inicjacji – wejścia w dorosłość jednego sympatycznego młodzieńca…

Każdy młody chłopak, aby wykazać, że jest już zdolny do wypasania bydła, jest gotowy do założenia rodziny i poślubienia pierwszej żony, musi wcześniej poddać się temu ceremoniałowi. Kandydat jest wtedy w rodzinie traktowany inaczej, zwalnia się go z większości domowych obowiązków, a dodatkowo otrzymuje lepsze jedzenie. Gdy wreszcie nadejdzie ten wyjątkowy dzień, ludność z całej okolicy przybywa, by oglądać to wydarzenie. Ustawia się wtedy kilkanaście byków obok siebie, a przyjaciele skaczącego – tylko ci, którzy w przeszłości zaliczyli próbę – pilnują, by byki stały jeden za drugim w taki sposób, by ich grzbiety tworzyły jednolitą powierzchnię. Zadanie polega na tym, że młodzieniec musi przebiec po grzbietach byków dwukrotnie w każdą stronę. Jeśli uda mu się przejść przez próbę zwycięsko, to po ofiarowaniu rodzinie kandydatki wkupnego (najczęściej są to krowy i karabiny kałasznikow) będzie mógł poślubić dziewczynę. Jeśli zaś spadnie, nie ożeni się, stając się tym samym miejscowym pośmiewiskiem.

Hamerowie są ludźmi szalenie przesądnymi. Gdy członek plemienia nie przejdzie próby „skakania przez byki”, może to być zwiastunem nieszczęść czekających wkrótce jego rodzinę. Podobnie jest, jeśli komuś urodzą się bliźniaki lub dziecko z nieprawego łoża. Może to zwiastować suszę czy choroby, dlatego też noworodki takie często pozostawiane są w buszu.

Zanim młodzieńcy sprawdzą się w biegu, muszą przejść obrzęd poprzedzający inicjację: przez kilka godzin z rzędu chłoszczą kobiety ze swojej wioski… w etiopskim plemieniu Hamer bicie kobiety to sprawa honoru… tak zostaje się prawdziwym mężczyzną, tak zostaje się żoną… Ta rytualna chłosta u Hamerów ma bardziej głęboki sens niż nam się wydaje – przynajmniej dla nich. Dla nas jest to niepojęte, bo żyjemy zupełnie inaczej. Znam obyczaje Hamerów dość gruntownie i nadal nie rozumiem i nadal jest to dla mnie okrutne i straszne ale tam…. czasami gwarantuje przetrwanie rodziny, klanu, plemienia, dlatego nie oceniam.

Pocieszające jest to, że udział kobiet w tej ceremonii jest w tej chwili dobrowolny. Kobiety, które nie zgadzają się na biczowanie, są równie poważane w tej społeczności jak te, które to robią.
Jednym z najważniejszych aspektów dlaczego to robią jest chęć przeżycia jej i jej dzieci.
Biczowanie jest jakby rodzajem kredytu udzielonego bratu. Hamerki mają zwykle mężów znacznie starszych od siebie (kobiety wychodzą za mąż mniej więcej w wieku 17 lat, wiek mężczyzn, którzy się żenią to powyżej 30), wcześnie zostają wdowami, a że nie mogą powtórnie wyjść za mąż, automatycznie stają się głowami rodzin, które muszą wykarmić. Jest to bardzo trudne zadanie dla samotnej kobiety w Afryce. Przecież taka kobieta ma jeszcze sporą gromadkę dzieci do wychowania. Może ona wówczas zwrócić się do swojego brata o pomoc. Jej blizny mają mu przypomnieć o tym, jak to kiedyś ona cierpiała i poświęcała się dla niego. Teraz on musi jej pomagać i wziąć za nią i jej dzieci odpowiedzialność.

Hamerzy też nie potrafią pojąć, że można w życiu być singlem i przeżyć. W Afryce (tej o której tu mówimy) tylko duża rodzina gwarantuje przeżycie. Nikt samotny sobie nie poradzi. Dla nich to nie do pojęcia, jak my żyjemy, jak mamy w takim przypadku „strasznie”…

a teraz kilka zdjęć z imprezy – inicjacji…

DSC_3803DSC_3806DSC_3809DSC_3814

DSC_3816imprezie towarzyszą różne śpiewy, tańce

DSC_3817DSC_3822DSC_3823DSC_3828DSC_3832DSC_3834DSC_3835DSC_3839DSC_3842DSC_3840DSC_3847

Część gości dopiero się schodzi, wszak sama inicjacja odbywa się dopiero po zachodzie słońca.

DSC_3867DSC_3904DSC_3854DSC_3883DSC_3893spora ilość gość siedzi pod daszkiem i czeka na zachód słońca, z nieba leje się żar, koło godz. 16.00 było prawie 40 stopni w cieniu…

DSC_3897DSC_3971DSC_3975DSC_4057i jeszcze kilka luźnych zdjęć

DSC_3899stopy

DSC_3912DSC_3914mężczyzna z piórkiem, które świadczy o zabicie dużego zwierzęcia

DSC_3918DSC_3951a oto młodzieniec, który wieczorem będzie już pełnoprawnym mężczyzną i dla którego tutaj jesteśmy

DSC_3920kobieta po chłoście

DSC_3940DSC_3956DSC_3997DSC_4032DSC_4026DSC_4021ostatnie skupienie przed wejściem w dorosłość

DSC_4049DSC_4051DSC_4058wychodzimy poza wioskę na Clou programu…

DSC_4059mężczyźni prowadzą  zebu poza wioskę, gdzie odbędzie się inicjacja

DSC_4065najmłodsi chyba wiele z tego nie zobaczą…

DSC_4078DSC_4082DSC_4085Nasz bohater… wskakuje z ziemi na grzbiet krowy, przebiega po wszystkich zwierzakach, zeskakuje na ziemię i potem powrót… i tak 2 razy w każdą stronę.

DSC_4101DSC_4103Od tej chwili, ten sympatyczny chłopak staje się mężczyzną, po zaliczeniu udanej próby przebiegnięcia przez byki. Wszyscy się cieszą….

Na koniec imprezy portret sympatycznego wyluzowanego pana

DSC_4091

Kolejnego dnia odwiedzamy plemię Erbore, (gdzieniegdzie można spotkać nazwę Arbore), którego dziewczyny słyną z pięknych piesi big_smile,  moim zdaniem to najładniejsze i najbardziej barwne plemię, mam na na myśli zarówno urodę jak i koraliki.

DSC_4141

DSC_4140DSC_4143Lenon ?? zwróćcie uwagę, jakieś wszyscy mają chude nogi

DSC_4147

wreszcie coś dla płci męskiej, wspomniane koraliki smiech

DSC_4148DSC_4150

DSC_4155DSC_4157DSC_4161

DSC_4171DSC_4172

DSC_4174DSC_4176DSC_4179DSC_4185

DSC_4186i jeszcze zdjęcie wioski

DSC_4158Następnego dnia opuszczamy namioty i udajemy się w drogę powrotną do Arba Minch, a więc do cywilizacji. Koniec ze spaniem na ziemi.

kilka strzałów z drogi

DSC_4199DSC_4202DSC_4210DSC_4215DSC_4218najsmaczniejsze według mnie piwo etiopskie

DSC_4237

DSC_4250Zbaczamy z głównej drogi w kierunku P.N. Senkelie, który zamieszkuje największe w kraju skupisko endemicznych bawolców Swayne`a oraz liczne antylopy. Tych pierwszych niestety nie udaje nam się zobaczyć.
W pewnym momencie obserwujemy bardzo dziwne/fajne zjawisko… nagle na ziemi powstaje takie małe tornadko, które przemieszcza się w jakimś kierunku, by za chwilkę zniknąć aby za moment pojawić się w innym miejscu… to zdjęcie zupełnie nie oddaje klimatu…

DSC_4252antylopy

DSC_4258DSC_4261gniazda ptaków – błyszczaków rudobrzuchych

DSC_4269DSC_4284DSC_4280zanim dojedziemy do hotelu,mamy jeszcze w planach wizytę nad jeziorem Ziway, widoki po drodze…

DSC_4303DSC_4318Bynajmniej nie jest to skup butelek… Dla większości mieszkańców pusta butelka po wodzie to skarb. W Etiopii puste butelki można kupić w sklepach, bo na pełną wielu ludzi nie stać.

DSC_4322Późnym popołudniem dojeżdżamy nad jezioro Ziway.

Marabuty

DSC_4329DSC_4342DSC_4354DSC_4351i na koniec kicz

DSC_4360Następnego dnia po drodze do Harar odwiedzamy park narodowy Awash, który w 1980 roku został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

DSC_4366DSC_4387Mamy okazję obserwować Oryxy w ich naturalnym środowisku.

DSC_4373DSC_4376DSC_4377wielbłądy

DSC_4381DSC_4383DSC_4386oraz antylopy Kudu

DSC_4393Dojeżdżamy nad wodospad, gdzie w pobliskiej lodgy, gasimy pragnienie zimnym piwem. Żar leje się z nieba, termometr w samochodzie pokazuje +37 stopni C.

DSC_4397Zastanawia mnie fakt, czemu ostatnią noc spędziliśmy w jakiejś dziurze, zamiast przyjechać tutaj na nocleg…safari koło godz. 11 mija się przecież z celem…

Wyjeżdżamy z parku w kierunku Harar…  Ufortyfikowane miasto w 2006 roku zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Od X do XII wieku osada stanowiła odrębne państwo-miasto, a w XVI posiadała status niezależnego emiratu. W drugiej połowie XIX w wyniku podbojów Menelika II, Harar włączono do Etiopii.

Typowe etiopskie zabudowania na wschodzie kraju…

DSC_4465DSC_4488Wspomniany wcześniej czat, roślina o działaniu narkotycznym, którą żyją praktycznie wszyscy „tambylcy”, i która rozwiązuje ich „problemy”.

DSC_4538Wjeżdżamy do Harar, który uważany jest za duchowe centrum etiopskich muzułmanów. Według niektórych wyznawców islamu, jest to czwarty pod względem świętości ośrodek po Mekce, Medynie i Jerozolimie.

DSC_4558DSC_4559DSC_4590DSC_4476

DSC_4553Mamy możliwość zapuszczenia się po zakamarkach głównego targu, czyli miejsca, gdzie można poznać prawdziwy klimat miasta… szwendamy się między straganami i wąskimi uliczkami, obserwując życie mieszkańców.

DSC_4565

DSC_4569Muzułmanie, co prawda nie są chętni do pozowania, ale kilka zdjęć udało mi się zrobić.

DSC_4579DSC_4581DSC_4599DSC_4615DSC_4619Przechodzimy przez bramę i pokręcimy się jeszcze trochę po starówce…

DSC_4628

DSC_4639Wejście na czyjąś posesję

DSC_4641

miejscowe SPA

DSC_4661kawka dla spragnionych

DSC_4636portrety z serca miasta

DSC_4644DSC_4657DSC_4691DSC_4696DSC_4701DSC_4711DSC_4717DSC_4719DSC_4725DSC_4726DSC_4708DSC_4728

Bardzo często na ulicy można spotkać bezdomnych…

DSC_4662a zaraz obok eleganckie samochody

DSC_4663wychodzimy ze starego miasta

DSC_4720

Harar to także jedyne miejsce, gdzie od wieków trwa pakt ludzi z hienami, co wieczór można obejrzeć spektakl karmienia hien…
Miejscowy szaman codziennie wieczorem nawołuje zwierzaki, które zbiegają się z okolicy na świeży posiłek. Każdy, kto chce, może pokarmić hieny z ręki… nie zdarzyło się, żeby dzikie a zarazem oswojone hieny zrobiły komuś krzywdę…

DSC_4748DSC_4744DSC_4751

Na tym kończy się moja wyprawa….jeszcze na koniec krótkie podsumowanie.

Turystyka na południu Etiopii dopiero zaczyna co raczkować, wszystko jest tam jeszcze prawie dziewicze, trudno doszukać się komercji. Jedynie plemiona Mursi nauczyli się mówić fyfbyra… co oznacza five Birra (5 Birr za zdjęcie).

Mocno daje się we znaki brak wody, szczególnie w hotelach, gdy wieczorem chce się wziąć prysznic. Zdarzało się, że po namydleniu, zabrakło wody na spłukanie się pod prysznicem.

Aby zminimalizować ryzyko jakiegoś zatrucia pokarmowego, stosowałem następujące reguły: rano na czczo 50 gram alkoholu 70%, powtórka przed snem, żel antybakteryjny używany tak samo często jak aparat fotograficzny, zawsze po myciu rąk wodą bieżącą, (czy to w knajpie czy w hotelu) odkażałem ręce takim żelem. Do mycia zębów tylko woda butelkowa, żadnych surowych warzyw, owoce tylko takie, które można obrać ze skórki – 2 tygodnie na takie wariactwo można sobie pozwolić, żeby zobaczyć ten piękny kawałek naszej planety.

Drogi w południowej Etiopii to oddzielny rozdział. W przeważającej ilości szuter lub dziurawy asfalt, czy wręcz piach. Trasa 200-300 km zajmowała często po 8 godzin jazdy, wszędzie, za każdym zakrętem stada bydła:  kóz, krów, zebu czy osłów, w miasteczkach dzikie tłumy ludzi. Pieszy w Etiopii nie istnieje – taki  przykład w Addis Abebie, jak kierowca widzi czerwone światło, to wręcz przyspiesza przed przejściem i trąbi…

Zatrzymując się w szczerym polu na 3 minuty na „pipi stop”, w przeciągu niecałych 2 minut jesteście okrążeni przez sporą grupkę dzieciaków.

Przebywając dłużej w dolinie Omo łatwo zauważyć, że nie ma tam ludzi starszych. Trudno spotkać osobę, która przekroczyła pięćdziesiąty rok życia. Brak nawet najprostszej kultury medycznej, trudne warunki życia spowodowane suchym klimatem i ciągłymi upałami powodują, że dożycie sędziwego wieku staje się prawie niemożliwe. I na koniec nasuwa się takie pytanie…

Czy należy „uszczęśliwiać” tamtejsze plemiona, wprowadzając nowoczesną technikę, medycynę, elektryczność, budując drogi, kanalizację, a tym samym niszcząc ich sięgającą tysiącleci kulturę, czy może na odwrót – trzeba zostawić ich samym sobie, mając świadomość, że żyją jeszcze na świecie ludzie nieskażeni przez nowoczesną cywilizację?

 

About the Author: