Kanada – zachodnie wybrzeże od Vancouver do Jasper i Banff – 3500km wśród dzikiej natury – czerwiec/lipiec 2017

Nie ma to jak zacząć letnie wakacje od „K”. A literka „K” kojarzy się z „kurde długim lotem”, albo „kurczaki” z dużym przesunięciem czasu, jak mawia moja Znajoma :)  … czemu nie zacząć wakacji od A,  ale skoro ferie zimowe były na „B” względnie „M”*, to wakacje letnie idealnie pasuje, żeby zacząć od K, względnie od „C”…  dobra nie mieszam dalej… lecimy do Kanady, względnie Canady i to jeszcze na jej zachodnie wybrzeże  :) . Tutaj znowu ciśnie się na usta literka K… „kurczaki” – daleko :) , – 9 godzin do tyłu…

*”B” to Birma , „M” to Mjanma :) czyli „B” = „M”

Wyjazd na zachodnie wybrzeże Kanady wiąże się przede wszystkim z możliwością obcowania z naturą. Miałem jakieś tam wyobrażenie gdzie lecę, ponieważ planując podróż i ustalając swój program, przeglądałem masę zdjęć  u wujka Googla, ale to co zobaczyłem na miejscu, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.  Wysokie góry, w dolnych partiach zalesione, a w wyższych skaliste, lub jeszcze pokryte śniegiem, bądź czapą lodowca, niezmierzone połacie zdrowych lasów, bajecznie urokliwe jeziora, o szmaragdowej barwie wody czy ogromne wodospady przepuszczające tony wody. Takie warunki upodobało sobie do życia wiele gatunków zwierząt, którym tutaj nikt nie robi krzywdy.

Bilety na mailu, trasa poniekąd uzgodniona z towarzyszami podróży – „R” czyli „R”odziną :) . Jeszcze tylko należy wyrobić eTA – każdy podróżujący do Kanady  ma obowiązek posiadania eTA (Electronic Travel Authorisation – elektroniczna autoryzacja podróży). Otrzymanie eTA jest procesem krótkim (zajmuje kilka-kilkanaście minut) i odbywa się drogą internetową. Należy wypełnić znajdujący sie na stronie www ambasady Kanady wniosek dostępny wyłącznie w języku angielskim lub francuskim  i odpowiedzieć na kilka zaje**** prostych pytań 😀 .  Wniosek ten przypisany jest do paszportu, ważny przez 5 lat, a kosztuje 7 CAD – płatność kartą kredytową.

Fajnie,  że  „R” ma w Vancouver „R”  :)   (dla czytających wieczorem lub zmęczonych robotą, napiszę, wprost – fajnie, że moja rodzina ma w Vancouver rodzinę, u której możemy przenocować kilka nocek :) , pozajadać się pyyyyysznymi owocami morza i pozwiedzać, ponoć  najpiękniejsze miasto na świecie – Vancouver i zgubić Jetlag, przed wyruszeniem w trasę po BC oraz A :) (British Columbii i Albercie).

W Vancouver postanowiliśmy odwiedzić Stanley Park, stare miasto Gastown, Chinatown, Capilano Park, Granville Island, Deep Cove, spenetrować jakieś mole z ciuchami i generalnie powłóczyć się po mieście bez celu. Na to mieliśmy przeznaczone 3 dni po przylocie, oraz 4 dni przed odlotem do Polski… reasumując bardzo luźny plan.

Jak wypożyczyliśmy  furmankę to plan był już w miarę „sztywny” :)

  • 28 czerwca: w drodze do Whistler, zatrzymamy się przy Shannon Falls, następnie Brandywine Falls, a w Whistler wjedziemy jedną z najdłuższych wiszących kolejek gondolowych na świecie „Peak 2 Peak” .
  • 29 czerwca: wyjazd do Blue River na safari w celu podglądania miśków, przejazd przez Park Wells Gray.
  • 30 czerwca: w drodze do Hinton ( o wiele tańsze noclegi niż w P.N Jaspar) spacerek pod najwyższy szczyt kanadyjskiej części Gór Skalistych – Mt. Robson, w okolicach Jasper zerkniemy na Pyramid i Patricia Lake.
  • 1 lipca: będąc w P.N Jasper, poświętujemy 150 lecie niepodległości Kanady w miasteczku o tej samej nazwie, a następnie przejedziemy kanionem Maligne do jeziora Medicine i zaliczymy rejs stateczkiem po jeziorze Maligne :) .
  • 2 lipca: przejazd Icefield Parkway, po drodze zatrzymamy się przy wodospadach Athabasca i Sunwapta, następnie wjedziemy na lodowiec Athabasca, odbędziemy trek Parker Ridge Trailhead, by spojrzeć z góry na lodowiec Saskatchewan. Nocleg w Lake Louise.
  • 3 lipca: podjedziemy pod jezioro Lake Louise, jeziorko Moraine, powspinamy się do jeziora Mirror, a następnie odwiedzimy lodowiec Peyto, oraz pospacerujemy kanionem Johnston.
  • 4 lipca: Banff i okolice, a tam pospacerujmy nad Minnawanka Lake, podjedziemy pod wodospad Bow, zobaczymy Tunnel Mountain, a w dalszej drodze podjedziemy pod wodospad Takakkaw i cykniemy parę zdjęć nad jeziorem Emerald.
  • 5 lipca: Golden i okolice, wjedziemy Gondola Express i może uda nam się zobaczyć wilki :) .
  • 6 lipca: powrót do Vancouver (ponad 700 km)
  • 7 lipca: prom na Vancouver Island i nastęonie pojedziemy na zachodnie wybrzeże wyspy do Ucluelet, a tam pospacerujemy trasą Wild Pacifik Trail.
  • 8 lipca: inny odcinek trasy Wild Pacifik trail, a w drodze do Victora pospacerujmy po Cathedral Grove.
  • 9 lipca: Victoria – stolica regionu British Columbia i Butchart Gardens, wieczorem prom do Vancouver.

Całość trasy szacujemy na 3500 km.

 

Mimo, że nie lubię miast, to myślę, że warto dać Vancouver szansę.  Po pierwsze, uważane za najpiękniejsze kanadyjskie miasto, a w międzynarodowych rankingach „Top best cities to live” już od wielu lat plasuje się na trzeciej pozycji po Melbourne i Wiedniu. Trudno się jednak dziwić, skoro panuje tu łagodny klimat, miasto położone jest w pięknej scenerii – nad brzegiem oceanu i w sąsiedztwie wysokich gór, których szczyty nawet w lecie pokryte są sporą warstwą białego puchu. Miasto tętni życiem z powodu wielu ciekawych wydarzeń kulturalno-rozrywkowych, a wielokulturowość obrazuje, że każdy czuje się w tym miejscu fantastycznie.

Pierwszą atrakcją jaką zdecydowaliśmy się odwiedzić w Vancouver jest park Capilano.  Można do niego dojechać liniowym autobusem, jak i również bezpłatnym shuttle, który jedzie co 20 minut z położonego w centrum miasta – Canada Place. Cena wejścia 45 CAD dorosły, 16 dolców dziecko (mając ulotkę, którą bezpłatnie wzięliśmy z informacji turystycznej, dostajemy 1 CAD rabatu na głowę 😀 ). Tutaj wejście do parku  – pośród indiańskich totemów i rękodzieł ówczesnych mieszkańców tych ziem.

DSC_8389

DSC_8393DSC_8395Główną atrakcją tego miejsca jest wiszący most Capilano Suspension Brigde o długości 137 metrów oraz o wysokości 70 m, nad rwącą górską rzeką o tej samej nazwie. Trafiliśmy tutaj w niedzielę, nie był to chyba najlepszy pomysł 😉 .  Zdjęcie poniżej wydaje się temu zaprzeczać, ale stanąłem po prostu na środku mostu i udawałem głuchoniemego 😉 . Kolejne zdjęcie potwierdzi ten fakt.

DSC_8400DSC_8405DSC_8403Po przejściu przez most można wysłuchać prelekcji Rangerów o zwierzętach żyjących w okolicznych puszczach, prezentują oni również występujące tu ptaki.

DSC_8409DSC_8418DSC_8426Po drugiej stronie wiszącej „kładki” sporą atrakcją jest Treetops Adventure, czyli ścieżka składająca się z siedmiu wiszących mostów zawieszonych pomiędzy ogromnymi sosnami i cedrami liczącymi około 1300 lat. Niektóre mostki są dłuższe, inne krótsze, wysokości też różne, przy czym najwyższe na poziomie 30 metrów nad ziemią.

DSC_8435DSC_8443Moja córa w „cydrze” 😉

DSC_8461Trzecią – najnowszą atrakcją tego parku jest oddany w 2011 toku – Cliffwalk. Jest to ścieżka biegnąca wzdłuż kilkudziesięciometrowego klifu opadającego do dna rzeki, składająca się z mostków, kładek, schodków i platform widokowych.

Następna atrakcja odwiedzona przez nas w Vancouver to Stanley Park. Zanim jednak tam dotrzemy, postanawiamy zrobić sobie spacer po centrum miasta i poszukać odpowiedniego przystanku autobusowego. Kilka pstryków…

DSC_8510DSC_8513DSC_8533DSC_8535Park Stanley’a to trzeci co do wielkości park na świecie. Zajmuje on najdalej na zachód wysuniętą część półwyspu, na którym leży Vancouver. Rozległy teren parku stanowi ulubiony cel spacerów, zarówno dla mieszkańców, jak i przybywających tu gości. Obejmuje obszary dziko rosnącej zieleni, a także części pieczołowicie pielęgnowane przez ogrodników, gdzie pośród alejek rosną najrozmaitsze kwiaty, krzewy i drzewa, m.in. endemiczne gatunki, typowe dla tego regionu świata, jak np. świerk Douglasa (od nazwiska Davida Douglasa – szkockiego botanika), czy czerwony cedr północnoamerykański. Odwiedziliśmy też specjalne miejsce w parku, gdzie – na wolnym powietrzu – zgromadzono bogatą kolekcję totemów indiańskich, ilustrujących dużo starszą tradycję i historię tych ziem, niż tylko ostatnie stu pięćdziesięciolecie. Jako dygresja, dodam, ze 1 lipca tego roku mieliśmy okazję świętować razem z miejscową ludnością 150 lecie niepodległości Kanady. Z tej okazji, wszystkie wstępy do parków narodowych w 2017 roku były bezpłatne :) .  Teraz już zapraszam na spacer po parku…

Nie wiem skąd moja Młoda ma taki nawyk grzebania w rzeczach osobistych 😉

DSC_8538

DSC_8542DSC_8552DSC_8554DSC_8556DSC_8561DSC_8586DSC_8590Wszystkie ławki w parku są z dedykacją i wspomnieniem życia jakiejś osoby zasłużonej dla miasta Vancouver.

DSC_8599DSC_8603Tego dnia, mamy jeszcze ochotę odwiedzić China Town. Po wyjściu z parku i trzy kilometrowym spacerze wzdłuż wybrzeża, wydaje mi się, ze jesteśmy już niedaleko 😀 ….

DSC_8614Niestety jeszcze musimy podjechać kilka przystanków autobusem, bo dłużej dreptać już nam się po prostu nie chce 😉 .

Chinatown to dzielnica założona pod koniec XIX wieku,  przez ludność chińską, która przyjechała tutaj do pracy w lokalnych kopalniach. Wybudowała oni także linię kolejową Trans-Canada. Aktualne Chinatown to trzecie co do wielkości miasto w Ameryce Północnej, po Nowym Jorku i San Francisco, jednakże bardzo odbiegające od tych, które widzieliśmy już w Azji… w Bangkoku, Kuala Lumpur czy Singapurze.

DSC_8619DSC_8621Zupełnie nie przypomina swojego azjatyckiego klimatu – połączenia bajzlu z pierdolnikiem 😀 .

DSC_8623DSC_8624Wszędzie czysto, mocno ucywilizowane  nie tego się spodziewaliśmy… Wracamy zatem na późny obiad do „R” . Jako ciekawostka – tak wyglądają miejskie autobusy – bagażniki rowerowe są z przodu pojazdu, żeby dwukołowce nie zajmowały miejsca w środku.

DSC_8631Wreszcie przychodzi długo wyczekiwany 28 czerwca – dziś wypożyczamy furę i ruszamy w trasę 😀 . Jedziemy z samego rana do Hertz’a, gdzie mamy zaklepanego Jeepa Compasa. Podjeżdżamy pod wypożyczalnię ale żadnego Jeepa nie ma… Okazuje się, za zamiast wspomnianego Compasa, przygotowany jest dla nas 7 miejscowy Dodge Journey z ogromnym bagażnikiem – fajnie, nie będzie trzeba zawsze układać walizek, wystarczy je powrzucać bez zbędnego ładu i wszystko się zmieści. Oto nasza rakieta na kolejne 11 dni podróży.

DSC_8640Jako ciekawostka – każdy stan w Kanadzie na tablicy rejestracyjnej ma jakieś hasło przewodnie – dla British Columbia jest to Beautiful British Columbia, dla stanu Alberta – Wild Rose Country. Samochody w Alberta rejestracje mają tylko z tyłu.

Dzisiejsza trasa to tylko 125 km – jedziemy do Whistler, zatrzymując się po drodze przy ciekawszych miejscach.

28 czerwiec

Pierwsza atrakcja to Shannon Falls wysoki na ponad 350 metrów wodospad. Wiele się naczytałem, że znalezienie miejsca na malutkim parkingu często graniczy z cudem, trzeba uzbroić się w cierpliwość i po prostu czekać, aż ktoś wyjedzie. Nam udaje się znaleźć miejscówkę na naszą furmankę, praktycznie z marszu, znaczy „z podjazdu” :) … Krótki spacerek, zaledwie kilkaset metrów i już możemy podziwiać ten piękny wodospad, którego woda z wielkim impetem i hukiem rozbija się po drodze o skały… zdjęcie robione pod światło… :(

DSC_8657DSC_8651

 Vis a vis wodospadu widok na ośnieżone szczyty i lasy…

DSC_8658Kolejna atrakcja to Brandywine Falls – Tutaj z parkingiem nie ma problemu. Wystarczy przejść pół kilometra, by znaleźć się na platformie nad wodospadem Brandywine i jeszcze kilka metrów, by oczy mogły się nacieszyć panoramą widokową na turkusowe jezioro Daisy i zaśnieżone wierzchołki gór Garibaldi.

DSC_8673

DSC_8678Dojeżdżamy do kurortu Whistler – tutaj parking dla samochodu na dobę kosztuje 23,5 dolca – szoook  :) . Kwaterujemy się w hotelu i idziemy rozkminić wjazd na jedną z najdłuższych wiszących kolejek gondolowych na świecie „Peak 2 Peak”, która łączy góry Mount Whistler i Mount Blackcomb. Bilet dla rodziny 2+1 to koszt 155 CAD. Kierujemy się do kasy biletowej i już za chwilkę siedzimy w wagoniku Whistler Village Gondola – trasa dwudziestominutowa.

DSC_8704DSC_8707DSC_8713Następnie wychodzimy z wagoniku i musimy podejść do Peak Express (10 minut spokojnym spacerem).

DSC_8716Młoda zalicza jeszcze podium,

DSC_8718

 DSC_8719DSC_8720DSC_8722Wsiadamy na „tapczany” – Peak Express i jedziemy dalej w górę :)  – 10 minut do Top of The World Summit.

zdjęcia z  samej góry

DSC_8734DSC_8735tam, w samym dole, te miniaturowe punkciki to domki Whistler :)

DSC_8736DSC_8752DSC_8754organizator zamieszania, we własnej osobie 😉

DSC_8762DSC_8766Wracamy na „tapczanach” do poprzedniej lokalizacji…  zdjęcia tego, co mieliśmy za plecami jadąc na górę :) .

DSC_8767DSC_8771DSC_8775Następnie przesiadamy się na jedną z najdłuższych wiszących kolejek gondolowych na świecie „Peak 2 Peak”, która łączy góry Mount Whistler i Mount Blackcomb. Niektóre wagoniki mają szklaną podłogę, ale do nich jest kolejka, a i nie kursują one tak często jak zwykłe gondole. Zresztą jesteśmy już troszkę głodni, a ceny na górze po prostu zabijają :D. Jedno zdjęcie w połowie trasy z Mount Whistler do Mount Blackbomb.

DSC_8795Po 20 minutach meldujemy się na drugim szczycie, kilka pstryków

DSC_8808DSC_8810i zjeżdżamy na dół wyciągiem krzesełkowym Polar Coaster Express … po drodze widzimy przechadzającego się miśka – Black Bear 😀

DSC_8836Po przesiadce na inny wyciąg krzesełkowy (Wizard Express) widzimy jeszcze w oddali parę niedźwiedzi, ale są one zbyt daleko, żeby złapać na nich ostrość na wyciągu. Musicie więc uwierzyć na słowo, że spotkanie Black Beara, wcale nie jest takie trudne w niższych partiach gór i na polanach. Ostatni zjazd z Mount Blackbomb czy z Mount Whistler odbywa się o 17.30 i warto się nie spóźnić na tą godzinę, w przeciwnym razie czeka Was spacer na dół wśród Miśków :) . Na całość trasy, bez pośpiechu od momentu kupna biletów na dole, trzeba przeznaczyć przynajmniej 2,5 godziny…

Jeszcze kilka zdjęć z samego kurortu Whistler…

DSC_8692DSC_8837DSC_8839DSC_8840DSC_8855DSC_8862i następnego dnia samego rana pora wyruszyć do Blue River – całość trasy około 530 km.

29 czerwca

29 czerwca: Po wczesnym śniadanku ruszamy w trasę, wiedząc, że do przejechania mamy sporo kilometrów, a i pewnie napotkamy na trasie jakieś atrakcje, przy których można by zrobić przerwę w podróży. Pierwszy taki postój robimy przy jeziorach Joffre. Trasa do niższego jego poziomu to zaledwie 50 metrów od parkingu…

DSC_8874Odległość do jeziora położonego wyżej w górach to około 3 km, a tego najwyżej – 4 km w jedną stronę, więc rezygnujemy, bo przed nami jeszcze kawał drogi. Nazwy tego poniższego jeziora niestety nie pamiętam…

DSC_8878Kolejną miejscem, gdzie się zatrzymujemy to parking przy jeziorze Seton. Widok na „rozlewisko” prosto z parkingu.

DSC_8885DSC_8887i dalej po drodze jeszcze jeden widok w okolicach Kamloops…

DSC_8888Późnym popołudniem docieramy do Blue River, dziś śpimy w motelu przy głównej trasie w kierunku do Jasper.

DSC_8892Następnego ranka planowaliśmy safari na niedźwiedzie, a że w okolicy naszego noclegu jest to jedyna atrakcja, postanawiamy zrobić rekonesans i podjechać do firmy, która organizuje taki fakultet. http://riversafari.com/  – opcje są dwie – w poszukiwaniu miśków możemy wybrać się łódką lub Jeepem, jest to godzinna wyprawa, a koszt identyczny 100CAD dorosły, dziecko połowa stawki. Akurat wracają osoby, które brały udział w takiej wycieczce, pytamy o wrażenia, oczywiście wszyscy zadowoleni, widzieli niedźwiedzie, ale niestety nie „jedzą one z ręki” 😉 . Postanawiamy odpuścić sobie ten fakultet, tym bardziej, że wdzieliśmy miśki z podobnej odległości  w Whistler, a wydawanie 250 dolców, niekoniecznie nam się uśmiecha 😉 .

30 czerwca: Wydawać by się mogło, że skoro odpuszczamy ranne safari, to dłużej pośpimy 😉 . Nic bardziej mylnego 😀 , mimo że trasa nie należy do najdłuższych, bo liczy raptem nieco ponad 300 km do naszej kolejnej norki, to jednak szkoda czasu na długi sen… wyśpimy się w Vancouver, albo w samolocie podczas lotu do Europy 😉

poglądowa mapka dzisiejszej trasy

30 czerwca

Wyjeżdżamy z samego rana, a za oknem takie krajobrazy…

DSC_8896Nagle przed nami wyłania się najwyższy szczyt kanadyjskiej części Gór Skalistych – Mt. Robson (3954 m n.p.m.),

DSC_8909podjeżdżamy na parking i idziemy do centrum informacji turystycznej.

DSC_8910Okazuje się, ze jest tu tyle ciekawych tras turystycznych, że spokojnie można by w tym miejscu spędzić kilka dni 😀 , a my mamy raptem kilka godzin 😉 . Decydujemy się wybrać na trek do jeziorka Kinney, ale najpierw musimy podjechać na inny parking.

DSC_8914Porzucamy furmankę, uzbrajamy się w sprzęt do fotografowania i w drogę 😀 . Trasa jest lekka, łatwa i przyjemna, całość zajmuje nam 3 godzinki . Kilka zdjęć ze spaceru…

DSC_8919DSC_8928

DSC_8955

DSC_8933DSC_8936Docieramy do celu – widok na  Jezioro Kinney, położone 980 metrów nad poziomem morza.

DSC_8943DSC_8945Nad samym jeziorem jest masa miejsc do piknikowania – ławek i stołów, jednakże są one oddzielone od siebie krzakami i drzewami, co powoduje, że jest tu bardzo intymnie i można cieszyć w samotności z piękna otaczającej nas przyrody.

DSC_8949My niestety mamy tylko orzeszki ziemne i wodę, nie będziemy zatem zabierać komuś miejsca, kto ma kanapki i termos z herbatą… 😉 . Wracamy tą samą trasą na parking i ruszamy zatem dalej… Na moment zatrzymujemy się nad jeziorem Moose, ale nie robi ono na  nas większego wrażenia, szczególnie po tym co widzieliśmy już dzisiaj. Za chwilę wjedziemy do stanu Alberta, a to wiąże się z przesunięciem czasu o 1 godzinę do przodu 😀 . Zamiast – 9 h w stosunku do Polski, będziemy już „tylko”  -8 :) .

DSC_8958Lecimy dalej…

DSC_8959aż dojeżdżamy w końcu do miasteczka Jasper. Początkowo tutaj szukaliśmy noclegów, ale ceny norek szybko zweryfikowały nasze plany. Naszą bazą będzie Hinton dziesięciotysięczna osada, położona kilkadziesiąt kilometrów w kierunku Edmonton.

Park Narodowy Jasper to nie tylko najbardziej na północ położony park w Górach Skalistych, ale najbardziej dziewiczy i największy. Jego powierzchnia zajmuje 10.878 km kwadratowych i obejmuje obszary górzyste, doliny i liczne jeziora polodowcowe.
Sceneria parku jest tak samo imponująca jak w innych częściach Gór Skalistych, jednak większa część parku jest trudno dostępna dla ruchu kołowego i pozostała jeszcze w swej nietkniętej i nieodkrytej formie. Spotkać tu można całą masę dzikiej zwierzyny – łosie, jelenie, renifery, kozice, po niedźwiedzie czarne i Grizzly.
Jasper P.N. przez wielu został już okrzyknięty jako najpiękniejszy park Rocky Mountains i przyznaję się bez bicia, że od kilku tygodni i ja jestem jego fanem. Jemu i okolicom poświęcimy trochę czasu na eksplorację, ale dziś tylko krótki rekonesans i atrakcje z najbliższej okolicy miasteczka o tej samej nazwie.

Jutro odbędą się tutaj uroczystości związane z 150 rocznicą odzyskania przez Kanadę nieodległości. Teraz tylko dwa „strzały”…

DSC_8960DSC_8961 i jedziemy nad jeziorko Patricia…

DSC_8964DSC_8965Dosłownie „rzut beretem” jest jeszcze jezioro Pyramid… Oba jeziorka doskonałe na rodzinne wypady. Latem można tu łowić ryby, pływać łódką i kajakami, żeglować, surfować lub piknikować na brzegu, a zimą na zamarzniętej tafli jeziora uprawiać można sporty zimowe – jeździć na łyżwach i na nartach.

DSC_8974Na nocleg jedziemy do Hinton – tą trasę będziemy przemierzać jeszcze kilka razy, gdyż w tym miasteczku mamy wykupione dwie noce…  kilka zdjęć z drogi…

DSC_8985 DSC_8986

DSC_8995DSC_8996DSC_8998

Wokół drogi spotkać można niczym nie wzruszone młode łosie.

DSC_89881 lipca i poglądowa mapka (zaczynamy w Econo Lodge i kończymy ten dzień w tym samym miejscu)

1 lipca

Tego dnia jedziemy do Jasper. O godz. 11 mają rozpocząć się wszelkie uroczystości związane z obchodami dnia niepodległości –  czyli tzw. Canada Day. Postanawiamy pojechać wcześniej rano, żeby znaleźć gdzieś jakieś miejsce do parkowania. Przed samą imprezą będzie z pewnością spory tłok a i większość ulic w centrem będzie zamknięta. Tego dnia pogoda nas nie rozpieszcza, tak jak do tej pory było zawsze słonecznie, tak tym razem na niebie zbierają się ciężkie chmury, które zapowiadają deszcz… po drodze jeszcze mieliśmy taką niespotykaną jak na nasze warunki przygodę… z lasu nieoczekiwanie wybiegł niedźwiedź, który zaliczył bliskie spotkanie z vanem poprzedzającym nasz dyliżans… samochód stracił oko zwane potocznie reflektorem, mordka zwana zderzakiem wypięła się z całości twarzy i wyglądała jak po walce z bokserem. A misiek odbił się tylko i pobiegł przez drugą stronę jezdni do rzeki… i zaszył się w krzakach… tym razem zdjęć niedźwiedzia z bliska jeszcze nie mamy :) ,  za to dysponuję kilkoma zdjęciami z poranka w Jasper… 😀 .

DSC_9012DSC_9015DSC_9019Im bliżej godziny „0”, tym więcej ludzi, wszędzie pełno flag z charakterystycznym czerwonym liściem klonowym na białym tle, masa osób poprzebieranych, wyczuwa się atmosferę święta.

DSC_9010w tym miejscu punktualnie o 11 wciągnięta zostanie na maszt flaga Kanady i zaczną się oficjalne obchody, przemówienia oficjeli i innych ważnych osób…

DSC_9020DSC_9028DSC_9023Jedyny problem, to taki, że zaczyna padać, a za chwilę już porządnie leje. Postanawiamy jechać dalej, w końcu mamy na dziś zaplanowane inne atrakcje, a parady, czy przemówienia to niekoniecznie „nasze klimaty”. Mamy nadzieję, że skoro są tutaj „wszyscy”, to przy atrakcjach turystycznych, jakie mamy zamiar dziś obejrzeć, będzie w miarę pusto. Przed dalszą drogą kupujemy w Jasper bilety na rejs po jeziorze Maligne oraz na kolejny dzień na Glacier Adenture na konkretną godzinę. Okazuje się, że lepiej się w takie bilety zaopatrzyć wcześniej, gdyż jest to najbardziej oblegana atrakcja tego rejonu i zdobycie biletu z marszu, na miejscu pod lodowcem graniczy z cudem… :) . Za 2 bilety 2+1 płacimy 370 dolców :) .

Opuszczamy Jasper i kierujemy się w stronę kanionu Maligne, którym to chcemy dotrzeć do jeziora Medicine, a następnie na końcu trasy do jeziora Maligne, żeby udać się po nim w rejs statkiem. Po przejechaniu kilku kilometrów zaczyna tak lać, ze wycieraczki ledwo co nadążają, żeby zbierać wodę. Przy Medicine nawet się nie zatrzymujemy, w sumie żadna strata, będziemy przecież wracać tą samą drogą, a prognozy pogody sugerują, ze to przejściowy deszcz i po południu ma się wypogodzić… Ciekawostką jest, że jezioro Medicine latem wypełnione po brzegi wodą, zimą prawie całkowicie znika z powierzchni ziemi i zostaje z niego tylko mały strumyczek. Wyjaśnienie tego fenomenu znajduje się „poniżej dna”, gdyż jest ono jak wanna bez korka. Rzeka Medicine, która je zasila przepływa pod spodem unikalną siecią podziemnych korytarzy. Jezioro zaczyna wypełniać się dopiero wiosną w czasie śnieżnych roztopów, a jeśli chodzi o jego nazwę, została ona nadana przez Indian, którzy nie widzieli żadnej różnicy między medycyną białych i czarną magią. Dla nich znikające zimą jezioro oznaczało obecność złych duchów i omijali je z daleka.

Po drodze pozdrawiają nas owce kanadyjskie – dziko żyjące w górach :)

DSC_9032DSC_9036Docieramy do jeziora Maligne, na parkingu pełne obłożenie…

DSC_9042Rejs w dwie strony trwa w sumie półtorej godziny, w tym 20 minutowy pobyt na przeciwległym brzegu jeziora, stateczki pływają co pół godziny. Początkowo pogoda nie napawa optymizmem…

DSC_9056ale z każdą chwilą coraz bardziej się wypogadza…. ruszamy :) . Jezioro o długości 22 km rozciąga się malowniczo od okolic wyspy Spirit aż do kanałów wodnych pod lodowcem Coronet. Jego średnia głębokość wynosi 35 m. Jezioro znajduje się na wysokości 1 670 metrów nad poziomem morza.

DSC_9058DSC_9064DSC_9068DSC_9073DSC_9078kilka zdjęć z przeciwległego brzegu Maligne Lake

DSC_9082DSC_9084DSC_9096Wracamy z powrotem, pogoda piękna, zatrzymamy się teraz nad jeziorem Medicine. Tutaj widać je z oddali…

DSC_9121a tu jezioro Medicine w pełnej krasie z otaczającymi go górami…

DSC_9130DSC_9138DSC_9141Mamy jeszcze trochę czasu, zrobimy zatem sobie spacerek po kanionie Maligne… tuż przed wjazdem na parking, widzimy sznur samochodów wzdłuż głównej drogi… okazuje się, że na poboczu gapiom przygląda się misiek – czarny niedźwiedź. Z krzaków dobiegają głosy „go away, go away” … wygląda to tak, jakby jego braciszek postanowił urozmaicić swoją dietę i załatwić do żarcia bardziej przemysłowego 😀 . Stoimy tak dobre 10 minut, ale akcja się wcale nie jest rozwojowa…  słychać tylko jakieś krzyki i trzaski w oddali 😀 . Kilka zdjęć i ruszamy ku kanionowi.

DSC_9151DSC_9153Kanion Maligne, to tak naprawdę jest wąwóz rzeczny. Podziwiamy jak zaczarowani niezwykłą siłę natury, woda wyżłobiła w skalnej ścianie korytarze głębokie na 50 metrów. Jest kilka tras, można zwiedzić cały kanion, można tylko część, my wybieramy się na 1,5 h spacerek. Zapraszam do galerii z tego wąwozu…

DSC_9158

DSC_9160DSC_9161

DSC_9166DSC_9167DSC_9170DSC_9172

Wracając do Hinton, na nocleg ponownie spotykamy młodego łosia… i zastanawiamy się, czy aby przypadkiem to nie był ten sam, którego widzieliśmy dzień wcześniej 😉 .

DSC_91852 lipca:

2 lipca

Dzisiaj z Hinton, wcześnie rano, udajemy się najpiękniejszą drogą widokową Kanady, Icefield Parkway, nazwaną przez nas Panoramą Lodowców – na południe do Lake Louise. Na godzinę 12.15 musimy dotrzeć do Columbia Icefield – od naszej norki to raptem 180 km, ale na ten dystans przeznaczamy 4 h…  będziemy zatrzymywali się co chwilę w punktach widokowych, poza tym mamy do obejrzenia 2 wodospady Athabasca i Sunwapta. Przed Jasper zatrzymujemy się jeszcze na kilka sekund przed jeziorkiem…

DSC_9186Mijamy miasteczko Jasper i… wjeżdżamy na najpiękniejszy odcinek naszej trasy po Kanadzie. Tu jest naprawdę pięknie! Przez cały czas towarzyszą nam „szare granity”, wysoko wznoszące się nad dolinami, po których wije się droga. Wokół nas przełęcze i lodowce. A od czasu do czasu pośród zarośli udaje nam się wypatrzeć jakiegoś zwierzaka. Pomimo tego, że droga ciągnie się na odległość 230 km, o nudzie podróżniczej nie ma mowy. Moja głowa raz na lewo, raz na prawo, współtowarzysze podróży krzyczą na mnie, żebym trzymał się swojego pasa ruchu, a ja jak zahipnotyzowany po prostu nic nie słyszę… Zachwycam się tylko zastanym stanem pięknej przyrody (skoro wróciłem i piszę relację, znaczy się dałem radę 😀 ) . Widoki na skalne urwiska, kaniony, spadające w przepaść wodospady oraz lodowce są cudowne!

Około 10.000 lat temu, region ten pokryty był ogromnymi lodowcami, które wyrzeźbiły szerokie doliny, otoczone stromymi górami. Dziś już tylko pomiędzy ostrymi krawędziami szczytów można wypatrzeć warstwy lodu.

Zapraszam na to, co zastaliśmy dziś… znaczy drugiego lipca 2017 roku 😀

DSC_9190Za dosłownie chwilę widzimy znaki kierujące na wodospad Athabasca. Tylko jedno zdjęcie, bo z tego co się zorientowałem, najlepiej przyjechać tu po południu.. 😀

DSC_9203 Wodospad nie jest wysoki, ma raptem 23 metry wysokości, ale jest jednym z najpotężniejszych w Kanadzie. W skale złożonej z twardego kwarcytu i miękkiego wapnia, rzeka wyrzeźbiła różne formy – małe kaniony i „gary olbrzyma” (wielkie doły), zobaczymy zatem, jak wygląda ten mały kanion…  Trochę przypomina mi Ostaš – Horní labyrint w Czechach  😀 .

DSC_9213jedziemy dalej do Sunwapta Falls – odległość niewielka 24 km… kilka „strzałów” z drogi :)

DSC_9219DSC_9221Docieramy na w miarę pusty parking, kilka kroków i już jesteśmy przy wodospadach Sunwapta -jako ciekawostka znajdują się w miejscu połączenia dwóch „wiszących” polodowcowych dolin.

DSC_9226obrót za siebie…

DSC_9231i jedziemy dalej…. w końcu czas goni nas 😀 … Krajobraz Icefield Parkway w całej swojej pięknej okazałości…

DSC_9232DSC_9233DSC_9237DSC_9238DSC_9243wiewiórka ziemna, których zresztą wszędzie pełno, spotkana na jednym z parkingów :)

DSC_9248DSC_9250DSC_9252DSC_9254DSC_9255DSC_9257DSC_9258Dojeżdżamy w końcu do największego pola lodowego w Górach Skalistych – Columbia Icefield – Grubość warstwy lodu osiąga tu 300-360 metrów, która jednakże z roku na rok zmniejsza swoją wartość o 5-10 cm. Jęzor lodowca Athabasca „spływa” tu prawie do samej drogi. Widok jest taki, jak widać na zdjęciu 😀 .

DSC_9262Przy centrum Colombia Icefield, przez dobry kwadrans szukamy miejsca na parkingu, ten jest olbrzymi, ale samochodów wydaje się być jeszcze więcej niż miejsc.W końcu udaje się znaleźć małą dziurkę dla naszej rakiety… Mając wcześniej kupione bilety, idziemy zarejestrować się w punkcie obsługi klienta.  Widok na parking i lodowiec

DSC_9267I teraz hit…na lodowiec pojedziemy autobusem 😀 . Ale czego to ludzie nie wymyślą, żeby turyście zapewnić wrażenia i przede wszystkim złoić z niego kasę. „Zrobimy z ciebie zdobywcę! Zawożąc Cię na lodowiec autobusem…”! tak, dobrze czytacie… autobusem… Tego to jeszcze nie było! Jeszcze helikopterem to można zrozumieć, ale autobusem??? Czy nie ciekawi sam fakt, jaki to musi być autobus, żeby mógł jeździć po lodzie? Organizacja jest niesamowita. Po sprawdzeniu biletów przechodzimy na perony i zostajemy załadowani do zwykłego autobusu, który dowieźć ma nas bliżej lodowca. Kierowca po drodze śpiewa, zabawia nas żarcikami o swojej babci, wplatając w nie geologiczne ciekawostki. Po paru minutach jesteśmy na kolejnym peronie – stanowisku – tym razem już przy samym lodowcu i tam przesiadamy się do maszyny na sześciu ogromnych kołach. Oto Ice Explorer! :)

DSC_9288Zapakowanym po brzegi Ice Explorerem zjeżdżamy ze stromej góry, przejeżdżamy przez lodowcowy strumyczek i wreszcie suniemy po lodzie.

DSC_9273DSC_9276DSC_9281Pod wielkimi kołami lód przewija się zdecydowanie za szybko i już po chwili docieramy do wielkiego parkingu na środku lodowca. Tu wysiadka, 40 minut tak zwanego czasu wolnego na biegankę (nie mylić z biegunką, choć można mieć niezłą sraczkę będąc w takim miejscu :) ) po lodzie, parę zdjęć, selfie, uśmiechów do obiektywu i już pakujemy się z powrotem. Co tu dużo mówić, rozrywka zapewniona, czas wypełniony, ale jakoś nie czujemy się jak zdobywcy. Zapraszam do galerii :)

DSC_9293DSC_9294DSC_9296DSC_9302DSC_9303

DSC_9304DSC_9308DSC_9316DSC_9323Wracamy…

DSC_9329DSC_9331ale to jeszcze nie koniec atrakcji… docieramy naszym „sześciokołowcem” na miejsce dojazdu autobusów, wracamy do bazy i przed nami kolejny punkt programu –  Glacier Skywalk. Przesiadamy się w inny autobus i jedziemy ku potężnej platformie widokowej zawieszonej nad ogromną przepaścią. Jednak to, co czyni ją wyjątkową, to jej szklana podłoga. Spaceruje się więc po tej przezroczystej tafli, widząc pod stopami prawie trzystumetrową przepaść. Zdjęć samej podłogi nie mam, bo musiałbym fotografować czyjeś stopy 😀

Na te atrakcje, przy założeniu, ze mamy kupione bilety wcześniej, trzeba przeznaczyć przynajmniej 2,5 h….

ludzi tłum, kilka zdjęć

DSC_9341DSC_9343DSC_9348i jedziemy dalej. Panorama lodowców na każdym swoim odcinku jest niesamowita… Opuszczamy P.N. Jasper i wjeżdżamy do P. N. Banff, objętego również ochroną przez UNESCO. Jest to najstarszy park narodowy Kanady, założony w 1885 roku, obecnie zajmuje powierzchnię 6700 km kwadratowych.

DSC_9360DSC_9362DSC_9364DSC_9365Po przejechaniu niecałych 9 km, widzimy tłumek aut na parkingu :) , ciekawe co tu dają 😀 . Zatrzymujemy się, podchodzimy do informacji „za szybką”, oglądamy zdjęcia i decydujemy się na spacerek pod górę. Parker Ridge Trailhead – tak brzmi dumna nazwa tego szlaku. Jak dotrzemy na szczyt wzniesienia, będziemy mogli podziwiać lodowiec Saskatchewan. Z informacji wynika, że 2 h wystarczą nam na zrobienie kilku zdjęć i powrót na parking 😀 . Początek niezbyt stromy…DSC_9369

DSC_9367ale im dalej w „las”, tym bardziej stromo.

DSC_9372DSC_9375tam na dole widać naszą zaparkowaną furmankę :)

DSC_9376Wspinając się na szczyt, spotykamy narciarzy, zagadujemy ich… mówią, że widoki nieziemskie, a i warunki do szusowania super :) . Ufff jesteśmy wreszcie na górze

DSC_9386DSC_9391Nie wiem, gdzie Ci kolesie widzieli super warunki do szusowania, ale ad widoków mieli rację :) .

DSC_9393DSC_9396DSC_9401DSC_9402DSC_9404Dzisiejszy, pełen wrażeń dzień, zakończymy noclegiem w miasteczku Lake Louise. Ten urokliwy kurort leży nad brzegiem najpiękniejszego z górskich jezior Kanady – Lake Louise, w którego tafli odbija się lodowiec Victoria. Ale zanim tam dotrzemy, do przejechania mamy jeszcze ponad 100 km.

DSC_9408Jesteśmy na górze, by za chwilę jechać szosą, którą widać na dole…

DSC_9409DSC_9410DSC_9415Z racji tego, że się ściemnia, ominiemy dziś jezioro i lodowiec Peyto , jezioro Bow…. wrócimy tutaj jutro :)

DSC_9430Pod wieczór docieramy do naszej norki w Lake Louise.

DSC_94353 lipca:

3 lipca

W planach mamy wyjazd wcześnie rano na parking, a następnie podejście na punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama na pokryty śniegiem szczyt odbijający się w tafli jeziora Lake Louise – jeden z najbardziej znanych widoków Gór Skalistych. Wyjeżdżamy koło 9:00, a do przejechania mamy raptem 3 km. Wjazd do jednej z atrakcji – jeziora Moraine jest już zamknięty, ze względu na pełne obłożenie na parkingu, a jezioro Lake Louise również nie wygląda tak, jak tego oczekiwaliśmy :( . Na jeziorze, można wypożyczyć sobie kajaki – jak dobrze pamiętam – „promocyjna” cena oscyluje w okolicach 100 dolców za godzinę 😀 .

DSC_9437Jako ciekawostka – Lake Louise, jezioro lodowcowe, usytuowane jest bezpośrednio na linii wielkiego podziału – rozgraniczenia zlewisk do dwóch oceanów. Wszelkie wody z okolicznych gór, spływające w kierunku wschodnim mają swe ujścia do Atlantyku, natomiast płynące na zachód – docierają do Pacyfiku.

Jeszcze jedno zdjęcie i wracamy… przyjedziemy tutaj następnego dnia, ale jako, że śpimy 100 km od Lake Louise, to budzik tym razem nastawię na 5 rano :) .

DSC_9446Wyjeżdżamy z Lake Louise i jedziemy w kierunku Jasper.

DSC_9452Dojeżdżamy nad jezioro Bow… dziś jest chyba wyjątkowo wietrznie, zatem nici z lustrzanego odbicia wierzchołków gór w tafli jeziora…

DSC_9454DSC_9459z tego miejsca widać kolejny lodowiec -Peyto.

DSC_9463Osiągając najwyższy punkt drogi – Przełęcz Bow, wys. 2068 m. n.p.m. docieramy do kolejnej atrakcji – nad jezioro Peyto. Patrzymy na nie z góry… i jesteśmy zachwyceni.  Jego kolor wydaje się być jakimś nieporozumieniem… błędem, albo  żartem Matki Natury :) .

DSC_9465DSC_9468W Dolinie Bow znajdujemy kolejny cud – Kanion Johnston. Jego obecny stan, to dzieło 8 tysięcy lat przebiegu naturalnych procesów. Mosty zawieszone w skałach pozwalają zejść do samego jego serca i odkryć tam sześć różnych wodospadów… Zapraszam na krótki spacer :) .

DSC_9477DSC_9482DSC_9484

 DSC_9487DSC_9492

To była ostatnia atrakcja tego dnia, nocleg mamy zaplanowany w miejscowości Canmore, a jutro z samego rana wyruszamy ponownie do Lake Louise.

4 lipca:

4 lipca

Pobudka i wyjazd o 6 rano i tym razem mamy nadzieję, że droga do Moraine Lake będzie otwarta.  Trasa 90 kilometrów, którą mamy do pokonania mija błyskawicznie… Moraine Lake w Banff National Park jest chyba najbardziej charakterystycznym i najczęściej fotografowanym jeziorem w Canadian Rockies. Jest po prostu nieprawdopodobnie piękne! Żeby była jasność – wszystkie szczyty okalające jezioro to 3-tysięczniki!

DSC_9500DSC_9504Wracając koło godziny 8.00, droga do Moraine Lake jest już zamknięta, porządkowi nikogo nie wpuszczają, czekając aż opustoszeje trochę parking pod jeziorkiem… miejsca jest tutaj bardzo mało do parkowania, wąska górska „szosa” bez pobocza powoduje, że nie ma możliwości, żeby zaparkować samochód wzdłuż drogi… Jak przyjechaliśmy tutaj koło godziny 7.00 z trudem znaleźliśmy wolne miejsce. Co innego, jeśli chodzi o parking nad Lake Louise…

DSC_9538Robimy drugie podejście pod jezioro Lake Louise i tym razem mamy przed oczami widok, który znałem ze zdjęć z internetu…

DSC_9519DSC_9521Przy brzegu jeziora usytuowany jest hotel Chateau Lake Louise – jeden z najlepszych hoteli w Kanadzie, a już na pewno najpiękniej położony.

DSC_9537Stąd prowadzi wiele pieszych tras turystycznych, również na sam lodowiec Victorii, pod którym bije źródło Lake Louise. Ja wybieram się do jeziora Mirror, a dziewczyny idą do hotelu na kawę i lody. Marsz zaczyna się bardzo spokojnie, podążam brzegiem jeziora, aż do jego przeciwległego brzegu i od tej pory jest już ostro pod górę… w sumie do przejścia 2,6 km… ale moim zdaniem zdecydowanie warto się powspinać :) .

DSC_9526DSC_9528

DSC_9532Nie minęła godzina i już dzwonią do mnie z dołu, gdzie jestem…  :) ??  A gdzie ja mogę być? Spokojnym tempem wracam, choć kusiło mnie pójść dalej szlakiem, by dotrzeć do lodowca Victoria, ale to trasa na parę h w jedną stronę… teraz z perspektywy czasu trochę żałuję, że nie namówiłem reszty na taki spacerek, tym bardziej, że byliśmy tutaj w Lake Louise praktycznie w 2 dni… Trudno, świetnie, nie można mieć wszystkiego. Na dziś mamy jeszcze zaplanowane atrakcje w Banff – kurorcie znacznie większym od Jasper (przejeżdżaliśmy przez to miasteczko o 6:15) ale priorytetem były jeziora Moraine i Lake Louise.

DSC_9586DSC_9590

Na pierwszy ogień idzie jezioro Minnawanka – w sumie to jesteśmy na tyle rozczarowani, że nawet nie chce mi się wyciągać aparatu. Tu już prawdopodobnie pojawił się syndrom przesytu.. jak coś nie jest bardziej zachwycające, od poprzedniego miejsca, to traktujmy tę atrakcję po „macoszemu”. Widoki „tyłka nie urywają”, krótki spacer brzegiem jeziora i jedziemy dalej. Zatrzymujemy się przy wodospadzie na rzece Bow, który  stanowił naturalne tło do filmu „Rzeka bez powrotu”, w którym grała M. Monroe.

DSC_9553DSC_9562Banff szczyci się wyjątkowym hotelem – Fairmont Banff Springs z 1923 roku – który ma przypominać szkocki zamek.

DSC_9568DSC_9572DSC_9570widok z okien na góry i rzekę…

DSC_9577Wjeżdżamy jeszcze na Mountain Tunnel. Na sam jego szczyt, z którego roztacza się panorama na miasto Banff i jego okolice, nie mamy ochoty wchodzić, zadowalamy się widokiem z miejsca, gdzie można podjechać samochodem…

DSC_9589Spadamy stąd 😀 . Po raz kolejny miastom mówię NIE… choć kusi mnie jeszcze Hong Kong 😀 . Dzisiejszy, jak i kolejny nocleg mamy zaplanowany w Golden. Mijamy Lake Louise i wjeżdżamy do P.N Yoho. „Yoho” w języku Indian Kri, zamieszkujących te tereny, oznacza coś w stylu naszego „ale tu zaaaajebiście” 😀 .

W miasteczku Field znajduje się centrum informacyjne parku. P. N. Yoho, który utworzony został w 1886, więc jest tylko o rok młodszy niż najstarszy z kanadyjskich parków – Banff. Pierwszą atrakcją, jaką dziś zobaczymy, będzie drugi co do wielkości wodospad Kanady – Takakkaw Falls. Skręcamy na drogę Yoho Valley Road …

DSC_9593DSC_9594Jest to bardzo wąska i kręta dróżka, z trudem mijamy się z samochodami jadącymi z przeciwka, a „ekipa z tyłu” co chwilę pyta, czy rzeczywiście to dobry pomysł, żeby jechać nad wodospad 😀 . Zdjęć z samej drogi niestety nie mam… musicie uwierzyć uwierzyć na słowo, ewentualnie sprawdzić naocznie 😉 .  Po kilku, podobno długich minutach, meldujemy się na parkingu… z oddali widać ten ponad 400 metrowy wodospad.

DSC_9606Takakkaw w języku Indian Kri oznacza „to jest piękne”. Jeśli chcecie podejść blisko, to trzeba się ubezpieczyć w płaszczyk przeciwdeszczowy.

DSC_9609

DSC_9615Nie zależy mi zbytnio na zamoczeniu aparatu, więc obserwuję wodospad z pewnej odległości… co nie znaczy, że zrobienie zdjęcia na statywie jest takie proste. Mgiełka wody dosięga mnie nawet tutaj…

DSC_9623wracamy do głównej drogi…

DSC_9600i kierujemy się do słynnego jeziora Emerald. Emerald Lake, którego nazwa wcale nie jest przenośnią i które to nie pozostawia nikogo obojętnym, położone jest raptem kilkanaście kilometrów od wodospadu Takakkaw. Rzeczywiście, kolor jeziora jest szmaragdowy. Ech, ci Kanadyjczycy… Nie dość, że mają najwięcej jezior na świecie, to jeszcze takie cudne!

DSC_9632DSC_9637DSC_9635Można wypożyczyć kajaczek, posiedzieć w knajpce… i generalnie miło spędzić czas… Woda w jeziorze lodowata, ale widzieliśmy „morsów”, którzy zażywali kąpieli 😀 .

DSC_9633Skąd bierze się ten kolor, w tym i innych jeziorach w regionie? Otóż razem z roztopami śnieżnymi, spływa ze skał pewien rodzaj osadu nazywany mączką skalną lub lodowcową. Może on znajdować się w formie zwięzłych drobinek lub drobno startego pyłu, który mąci wodę w górskim strumieniu (nazywa się ją wtedy mlekiem lodowcowym). Gdy taka mączka osadza się na dnie jeziora, jego kolor w słoneczne dni wydaje się być turkusowy („mleczno lazurowy”) – podczas gdy w pozostałe dni brudnoszary. Jezioro Emerald jest znane jeszcze z innego powodu – nad nim znajduje się jedno z najważniejszych na świecie stanowisk paleoekologicznych. Chodzi o łupki z Burgess – ilość i stan zachowanych skamieniałości jest wyjątkowy, a datowane są na ponad 500 milinów lat wstecz.

Wracając drogą do głównej szosy zatrzymujemy się przy Natural Bridge (naturalnym moście). Wcześniej znajdował się tu wodospad, ale z wielką siłą rwąca rzeka – końcu nazwa jej – Kicking Horse River do czegoś zobowiązuje 😉  , znalazła sobie ujście gdzieś w szczelinach i z czasem wydrążyła przesmyk.  Aktualnie zamiast wodospadu mamy naturalny most… Dwa zdjęcia …

DSC_9644DSC_9648i jedziemy do naszej nory w Golden.

DSC_9642Okazuje się, że obok naszej norki jest sklep z piwem… 😀 . A dlaczego o tym piszę?? Otóż w Kanadzie spożycie procentów jest wysoce restrykcyjne. Po pierwsze żaden sklep spożywczy, supermarket czy inny hipermarket nie ma na półkach napojów wyskokowych – nawet piwa … nic, zero, nigdy… Jeśli nie możecie sobie tego wyobrazić to dla pewności sprecyzuję: żeby kupić głupie piwo, które doskonale gasi pragnienie i odpręża po całym dniu „harówki” to naprawdę trzeba się „nabiegać” 😀 , ewentualnie zaopatrzyć się w nie z wyprzedzeniem. Jak przychodzi nagła chęć na zimną piankę, to praktycznie nigdy jej w pobliżu nie ma… Sprzedażą wyskokowych trunków zajmują się specjalistyczne sklepy Liquor Store, zwane przeze mnie potocznie „lakiernią” 😀 . Sklepy takie są czynne na ogół w dni powszednie, w weekendy i święta zostają knajpy 😉 … Wchodząc do sklepu, jeśli wyglądasz na osobę, która przyjęła wcześniej choćby jednego browarka, to nie ma szans, żebyś  kupił drugiego… Prawie zawsze proszony jesteś o pokazanie dokumentu ze zdjęciem i nieważne, choćbyś był emerytem i nie masz przy sobie dokumentu, to możesz obejść się smakiem… Ceny piwa w takim przybytku wahają się od 2 dolców za 0,5 l puszkę (promocja), do nawet 4-5 CAD. Na Żywica czy Tyskie trzeba poświęcić 4 dolce 😀 . Przeważają piwa eksportowane, typowo kanadyjskich raczej nie widziałem, zresztą Kanada to nie jest kraj, który ma jakieś piwowarskie tradycje, więc zawsze zdawałem się na marki europejskie.

5 lipca:

5 lipca

Dziś zamierzamy poświęcić czas na penetrację okolic Golden. Wczoraj przy piwku i przy pomocy wujka „Gugla” zaczerpnęliśmy kilka informacji o miejscowych atrakcjach. Pierwszą z nich jest sanktuarium wilków http://www.northernlightswildlife.com/. Tak, jak obawiałem się panujących tam warunków, to po wejściu do  tzw. „środka”,  wszystkie moje obawy zniknęły. Wilki są naprawdę zdrowe, personel jest troskliwy i kompetentny, a zwierzęta często przebywają  w lesie,  gdzie można odbyć z nimi spacer. Generalnie wszystko wygląda naprawdę OK.

DSC_9679DSC_9681DSC_9696Co pół godziny odbywa się prelekcja, na której dowiemy się wielu ciekawych informacji o różnych rasach wilków, ich życiu, historii, pochodzeniu i przyzwyczajeniach. Wstęp dla osoby dorosłej 12 CAD, dziecko do 12 lat połowa stawki.

DSC_9699Kolejna atrakcja to Golden Express Gondola czyli wyciąg „tapczanowy” na najwyższą w okolicy górę. W Banff darowaliśmy sobie taką atrakcję, a w Golden postanowiliśmy skorzystać, gdyż mieliśmy tutaj spore prawdopodobieństwo spotkania niedźwiedzia Grizzly. Atrakcja dla rodziny 2+1 kosztuje około 120 dolców.

Na samej górze podziwiamy niesamowite widoki na Rocky Mountains…

DSC_9733DSC_9734DSC_9741DSC_9749Znajduje się tu też najwyżej położona restauracja w Kanadzie z widokiem na Góry Skaliste.

DSC_9751Zjeżdżając na dół, zauważamy miśka Grizzly 😀 . Jest on na tylko daleko, że jakość zdjęcia pozostawia wiele do życzenia, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.

DSC_97226 lipca:

6 lipca

Tego dnia mamy do pokonania ponad 700 km do Vancouver. Przejeżdżamy przez P.N Glacier – deszczowy las, który charakteryzują bardzo stare ponad 800 letnie drzewa, pada w nim bardzo często, a temperatura tu panująca jest raczej stała, dlatego okres wegetacyjny trwa tu cały rok. Następnie „przedzieramy” się przez P. N. Mount Revelstoke, który porastają gigantyczne ponad tysiącletnie cedry. Po południu docieramy do „R” w Vancouver.

7 lipca:

7 lipca

Tego dnia przeprawiamy się na wyspę Vancouver. Prom z Horseshoe Bay Terminal do Nanaimo na wyspie, zarezerwowany sporo wcześniej – koszt dla 2+1 + rakieta = 100 dolców. Na zachodnie wybrzeże do naszej noclegowni w Ucluelet mamy do pokonania niecałe 200km. Droga prowadząca przez góry ze wschodu na zachód wyspy jest bardzo wąska, zakręty często mają po 180°  i powodują, że muszę jechać bardzo powoli. Tym razem nie będziemy zatrzymywali się w punktach widokowych, zrobimy to jutro, gdyż będziemy jechali tą samą drogą do stolicy British Columbii – Victorii. Dziś chcemy zrobić sobie spacerek jedną z kilku tras Wild Pacific Trail. Szlak Dzikiego Pacyfiku jest połączeniem trzech scieżek, które łączą się w cudowną trasę o długości 8,4 km. Mapka poglądowa, wraz z opisami tras.

Przechwytywaniea

Po zakwaterowaniu, decydujemy, że dziś odbędziemy sobie krótki spacerek. Szlak Lighthouse Loop (ten po prawej stronie mapki) to świetne miejsce na początek w naszym wypadku. Długość trasy wynosi 2,6 km, a charakteryzuje się ona niesamowitymi widokami na ocean i niezliczoną liczbą pokręconych drzew. Na wejściu jak i w trakcie wędrówki napotykamy na tabliczki, żeby nie zbaczać ze szlaków, a psy należy trzymać wyłącznie na smyczy, gdyż zdarzały się przypadki, że zostały one atakowane przez watahy wilków. Żyją tu również niedźwiedzie, łosie a nawet pumy. Trasa raczej po płaskim terenie, lekka łatwa i przyjemna. Zapraszam…

DSC_9773DSC_9774DSC_9777

 Ta roślina nosi nazwę Skunk Cabbage – czyli śmierdząca kapusta. DSC_9783A tutaj wspomniane przeze mnie wcześniej „powykręcane” drzewa.. DSC_9787DSC_9792DSC_9794Co paręset metrów ustawione są ławeczki, gdzie można w ciszy pogapić się na ocean. DSC_9797mijamy latarnię morską DSC_9801DSC_9810Terrace Beach,

DSC_9821z Big Beach, na którą podjechaliśmy nie mam żadnych zdjęć… po prostu, szkoda mi było „kliszy” i na dziś kończymy atrakcje.

8 lipca:

8 lipca

Tego dnia zrobiliśmy kolejny spacerek Szlakiem Dzikiego Pacyfiku – trasę dłuższą,ale obfitującą w mniejszą ilość atrakcji… a może po prostu już nam się wszystko przejadło?? Albo zobaczyliśmy do tej pory takie miejsca, że Wild Pacific Trail nie zrobił już na nas takiego wrażenia?? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, gdyż mam tylko kilka zdjęć z trasy… na mapce powyżej – od czwartego kilometra Ancient Cedars na siódmym kilometrze kończąc. Do parkingu, gdzie porzuciliśmy furmankę dotarliśmy już zwykłą drogą.

DSC_9806DSC_9823DSC_9824DSC_9835tzw. aleja starożytnych cedrów (Ancient Cedars) i jeden z jego przedstawicieli

DSC_9838po drodze mijamy całą masę skrzypów…

DSC_9840Jedziemy jeszcze na Long Beach w okolicach Tofino, do mekki surferów… bynajmniej nie po to, żeby popływać 😉 …

DSC_9842Fajna mgiełka znad oceanu otacza całą plażę :) .

DSC_9843DSC_9845W drodze do stolicy BC – Victorii zatrzymujmy się jeszcze na chwilkę nad rzeczką…  nieopodal krzaczka 😉

DSC_9849DSC_9856i następnie przy Cathedral Grove. Krótki szlak – pętla prowadzi przez las gigantycznych drzew. Największe z nich mają po 800 lat, mierzą 75 m wysokości i około 9 m w obwodzie. Tych najstarszych drzew pozostało tutaj niewiele, gdyż większość  lasu spłonęła ponad 350 lat temu. Zapraszam do galerii..

DSC_9866

 DSC_9869

DSC_9872DSC_9873DSC_9875DSC_9881DSC_9889hmmm 😀

DSC_9891

DSC_9892W drodze do stolicy British Columbii  – Victorii, co chwilę stoi patol policji z radarem…  trzeba jeździć przepisowo, a mandaty są naprawdę wysokie. Dla nas to obrazek niecodzienny, tym bardziej, że zrobiliśmy już ładnych parę kilometrów po Kanadzie i nigdzie nie było widać, żeby w krzakach czaiły się psy 😉 . Kwaterujemy się w hotelu w centrum miasta i resztę dnia spędzamy na zakupach.

9 lipca:

9 lipca

Victoria, jako stolica prowincji British Columbia – pełni ważną rolę administracyjną. To też nic dziwnego, że centralną budowlę miasta stanowi okazały gmach parlamentu. W pobliżu parlamentu znajduje się skwer konfederacji – taki kącik poświęcony wszystkim prowincjom Kanady: po środku fontanna a po obu jej stronach – rozmieszczone oficjalne symbole wszystkich 10 prowincji i 3 terytoriów Kraju Klonowego Liścia. Poza tym skwerem, na rozległych, wypielęgnowanych terenach zielonych otaczających parlament zwraca uwagę sporych rozmiarów sekwoja, zasadzona pod koniec XIX wieku. Przed drzewem można przeczytać tablicę informującą, że jest to „oficjalna choinka prowincji, która rok rocznie w grudniu jest dekorowana tysiącami światełek świątecznych”. Blisko tej sekwoi, przed parlamentem stoi – jak przystało na Victorię – pomnik królowej Victorii.

DSC_9893DSC_9894DSC_9896

Właściwie, w Victorii wszystko jest blisko, zwłaszcza w zwartym centrum miasta. Krótki nawet spacer pozwoli zapoznać się z najważniejszymi obiektami stolicy, a także da możność odczucia spokojnej, bardzo spokojnej atmosfery tego miasta, leżącego gdzieś na wyspie, z dala od zgiełku, tłumów, pośpiechu i zawirowań wielkich metropolii.

DSC_9895DSC_9897DSC_9900DSC_9901Z tych ważniejszych budowli, poza parlamentem, warto wymienić królewski hotel ”Empress”(oddany do użytku w roku 1908), w którym zatrzymuje się królowa Elżbieta lub członkowie brytyjskiej rodziny królewskiej, kiedy goszczą w Victorii… Ten hotel wybierają również na miejsce noclegu inne ważne osobistości, przybywające do Victorii.

DSC_9903i jedziemy dalej…

DSC_9939 do Ogrodów Butchart. taka dygresja – bilety wstępu 2+1 kosztują 71 bucksów. Od roku 2004, w 100-lecie istnienia tych ogrodów, zostały one mianowane narodowym punktem historycznym Kanady. Kilka faktów 😉

Wszystko zaczęło się od pomysłu Jennie Butchart, która chciała upiększyć dawny kamieniołom wapienny, dostarczający surowca do pobliskiej fabryki cementu jej męża – Roberta Pim Butchart’a. Ogrody zajmują powierzchnię ponad 22 hektarów. Dzięki zamiłowaniu do przyrody, a także wzbogacaniu zbiorów o ciekawe gatunki kwiatów i drzew, przywożonych z dalekich podróży po świecie, przez lata wzrastała atrakcyjność ogrodów. Obecnie pozostają one nadal własnością rodziny Butchart, która zatrudniając oddanych ogrodników, dba o podtrzymywanie dzieła swoich przodków.

Ogrody rzeczywiście są starannie wypielęgnowane. Widać nie tylko profesjonalizm, ale i dużo serca wkładanego w całą przestrzeń ogrodów. Pobyt w nich to prawdziwa przyjemność. Poruszając się w tej magicznej krainie kwiatów i drzew spotykamy różne kompozycje na klombach, wzdłuż alejek, czy tez bardziej specjalistyczne sektory, jak skalny wzgórek, ogród różany, japoński czy włoski. Jest tu również kilka stawów, jest skwer z indiańskimi totemami, są fontanny, z których najbardziej imponująca tryska wodą do wys. 21 metrów w górę (zbudowana na 60-lecie ogrodów, przez wnuka państwa Butchart – Iana Rossa)… Są również dwie restauracje, kawiarnia i sklep nie tylko z pamiątkami, lecz i z nasionami. Zapraszam do galerii :)

DSC_9904DSC_9905DSC_9906DSC_9907DSC_9910DSC_9911DSC_9914DSC_9915DSC_9920DSC_9925DSC_9931DSC_9932DSC_9935DSC_9937DSC_9943DSC_9944DSC_9949Wieczornym promem z wyspy Vancouver – Swartz Bay Terminal do Tsawwassen (bilety kupione wcześniej via internet 2+1 + rakieta cena 100 dolców) docieramy na kanadyjski ląd 😀

DSC_9952DSC_9955DSC_995610 lipca (PONIEDZIAŁEK) hehe 😀 – zdajemy brykę i wreszcie trochę luzu… idziemy  sobie pograć w kulki 😀

DSC_9964DSC_9966DSC_9967a potem kraby…

DSC_9969Chyba już nigdy nie powiem, że nie lubię poniedziałków 😀

11 lipca: ten dzień poświęcimy na „szwendaczkę” po Vancouver. Odwiedzimy stare miasto Gastown – najstarszą dzielnicę miasta (starówka sprzed 100 lat – na warunki amerykańskie to kawał historii! – upamiętnia ona kolorową przeszłość Vancouver z czasów kliperów i handlu z Orientem. Duże zainteresowanie wzbudza 19-wieczny zegar parowy, który co 15 minut wygrywa kuranty, a jednocześnie puszcza kłęby pary.

DSC_9975

DSC_9977Miejscowa Milicja 😀

DSC_9979Na granicy Gastown i Chinatown znajduje się unikalny, bardzo wąski dom, podobno odnotowany w księdze rekordów Guinessa.

DSC_9980DSC_9981pomnik Johna „Gassy Jack’a” Deighton’a – ważnej i barwnej postaci z końca XIX w.

DSC_9982i kilka strzałów z okolic…

DSC_9983DSC_9984DSC_9985DSC_9986DSC_998712 lipca: to już nasz przedostatni dzień w Kanadzie. Tym razem odwiedzimy niedużą wysepkę Granville Island. Główną jej atrakcją jest wielka hala targowa, w której kupić można wszelkiego rodzaju lokalne, bardzo świeże produkty spożywcze począwszy od warzyw i owoców, poprzez kiełbasy, sery, ryby świeże i wędzone, w dawnym stylu słodycze i pieczywo oraz mnóstwo innych apetycznych rzeczy.

DSC_9988DSC_9989DSC_9990DSC_9991DSC_9992DSC_9993Ceny wszystkich produktów bardzo wysokie, nawet jak na warunki kanadyjskie…. ale skoro na parkingu stoją takie bryczki…

DSC_9994nie ma się czemu dziwić…

na koniec ostatnie zdjęcie

DSC_9999KONIEC :)

About the Author: