KL, Cameron Highlands, świątynie Angkor i „relaks” w AoNang – luty 2016

Przed moim ostatnim wyjazdem do Afryki w sierpniu 2015 roku, pojawiła się bardzo kusząca oferta biletów lotniczych Turkish Airlines do Malezji… długo się nie zastanawiając, wcisnąłem guziczek „kup teraz” i w taki oto sposób miałem zaplanowane ferie zimowe. „Miałem zaplanowane” to bardzo górnolotne stwierdzenie… raczej ten nieoczekiwany zakup biletów spowodował niemały ból głowy . Wiedziałem, że wyprawa do Namibii, Botswany i Zimbabwe pochłonie majątek, więc na ferie zimowe miałem silne postanowienie zaciśnięcia pasa…  bilety są, zwrócić nie można… wrócimy z Afryki i zobaczymy na co nas będzie stać Biggrin

We wrześniu 2015 rozpoczęliśmy planowanie – budżet 10 000 PLN na 3 osoby na 16 dni, w tym już kupione wcześniej bilety lotnicze…

Plan, który rodził się w bólach ostatecznie wyglądał następująco:

29.01 przylot wieczorem do Kuala Lumpur,

zakwaterowanie w http://hotel99.com.my/pudu/

30.01 zwiedzania miasta,

31.01 wycieczka na Cameron Highlands – wzgórza herbaciane,

01.02 wylot Air Asia do Kambodży – Siem Reap i tam pobyt do 05.02 – zwiedzanie świątyń Angkoru,

zakwaterowanie w http://www.popularboutiquehotel.com/

05.02 wylot Air Asia do Krabi i pobyt do 11.02 w AoNang (Tajlandia); relaks na plażach

zakwaterowanie w http://www.redgingerkrabi.com/

11.02 wylot do kraju przez Kuala Lumpur.

Dwa dni, przed oficjalnym rozpoczęciem długo wyczekiwanych przez moją córę ferii zimowych, wyruszamy na lotnisko. Przed nami długi lot przez Stambuł do Kuala Lumpur, z kilkugodzinnym stopem w Turcji.  Ze Stambułu  mamy wylot o 1 w nocy i po ponad 11 godzinach w powietrzu lądujmy miękko w stolicy Malezji. Tutaj przywitała nas wielka ulewa, szaro, buro, już prawie robi się ciemno, wszak zegarki czasu miejscowego wskazują godzinę 17.30. Po wyjściu z samolotu idziemy prosto ,w prawo , w lewo, góra, dół…docieramy do kolejki i na następnej stacji wysiadamy w celu odbioru bagaży :) . Odcisk palca, zdjęcie, stempel w paszport i jesteśmy już w Malezji – swoistym kotle kulturowym. Spotkamy tutaj licznych chińskich emigrantów, Hindusów, którzy przybyli za czasów kolonialnych jak i rdzennych Malajów – w większości wyznawców islamu.

Na Kuala Lumpur celowo przeznaczyłem tylko jeden dzień.. poczytałem, pooglądałem i stwierdziłem, że miasto ma niewiele ciekawego do zaoferowania… przynajmniej dla mnie. Chciałem jedynie zobaczyć bliźniacze wieże Petronas, chińską dzielnicę … i hinduskie świątynie Batu Caves, położone kilkanaście kilometrów za miastem… :)

Na naszą szóstkę, na lotnisku czeka kierowca z naszego hotelu, zaklepany wcześniej przez internet. Cena za kurs 160 MYR = ~ 160 PLN. Początkowo braliśmy pod uwagę dotarcie kolejką do naszego hotelu, ale jak się okazało, że z lotniska do głównej stacji KL Sentral jednorazowy bilet kosztuje 50 MYR/osoba , to taka cena za taksówkę okazała się nie lada promocją. Samo lotnisko położone jest o kilkadziesiąt kilometrów od centrum miasta.  Po dobrej godzinie docieramy do naszej norki, kwaterujemy się, regulujemy rachunek za noclegi i transport. Okazuje się, że w hotelu działa też miejscowa agencja turystyczna…. suma summarum na jutro mamy wynajętego busa z kierowcą, który obwiezie nas po wszystkich głównych atrakcjach Kuala łącznie z hinduistyczną świątynią Batu Caves :). Cena 50 MYR /osoba :) . Kontakt: sara@mahaizahtravel.com  http://mahaizahtravel.com/ +60 12 372 6300.

Szybki prysznic i możemy wyruszać w miasto coś zjeść. Hotel99 położony jest w bliskiej odległości od chińskiej dzielnicy i jej głównego serca – Jalan Petaling :)

DSC_9393Jak chińska dzielnica, to wiadomo.. podróbki, ciuchy, żarcie i piwo „wśród” muzułmanów w przystępnej cenie :)

DSC_9394

DSC_9400Następnego dnia umówieni jesteśmy z naszym kierowcą na 9.30 i wyruszamy na podbój stolicy. Na pierwszy ogień Batu Caves – czyli jaskinie skalne, a w nich hinduistyczne świątynie.  Jest to jedno z najbardziej świętych miejsc w Malezji, które przyciąga rocznie całą masę turystów.  Przed wejściem wita nas najwyższy,  43 metrowy, złoty posąg południowoindyjskiego boga Murugana

DSC_9404

Następnie, żeby dostać się do środka, musimy pokonać 272 schody w temperaturze przekraczającej 30° C i wilgotności też powyżej „średniej krajowej” 😉 .

Naczytałem się wcześniej w necie, że na schodach jest pełno małp, które tylko czyhają, aby pozbawić turystę picia, czegoś do jedzenia czy okularów przeciwsłonecznych…nic takiego nie zauważyłem, owszem kilka małpek było, ale na pewno nie były nachalne ani złowrogo nastawione.

Powstanie jaskiń Batu datuje się na około 400 mln lat temu. Najwyższa z nich ma około 100 m wysokości i naturalny otwór, przez który oświetlana jest znajdująca się tam świątynia. Łączna długość jaskiń to 400 metrów. Wstęp bezpłatny.

kilka ujęć z samej świątyni

DSC_9406DSC_9412DSC_9416

DSC_9417DSC_9420DSC_9422DSC_9424DSC_9428DSC_9434DSC_9435DSC_9437DSC_9439

po obydwu stronach od wejścia do świątyni jest pełno sklepików z różnymi pamiątkami, jedzeniem, piciem oraz wszystkim, czego oczekują turyści w takim miejscu :)

Następnie jedziemy pod Pałac Królewski, który można obejrzeć tylko z zewnątrz.

DSC_9446DSC_9440następnie Tugu Peringatan Negara – czyli pomnik narodowy Malezji, upamiętniający śmierć poległych żołnierzy w wojnie w latach 1914-1945.

DSC_9449DSC_9450Kolejnym punktem programu jest wizyta w meczecie narodowym, dostępnym do zwiedzania w godzinach 9-12, 15-17 i 17.30-18.30

DSC_9675Naprzeciwko meczetu, znajduje się stara stacja kolejowa

DSC_9681Następnie udajemy się na Merdeka Square czyli plac Niepodległości, przy którym stoi  budynek Muzeum Narodowego, dawne centrum administracji brytyjskiej czyli budynek Sułtana Abdul Samada oraz Katedra św. Marii.

DSC_9462DSC_9464DSC_9466DSC_9467DSC_9468DSC_9470w oddali między budynkami widać bliźniacze wieże Petronas

DSC_9471Przy samym placu stoi też symbol KL

DSC_9473a zaraz obok wejście do centrum informacji turystycznej, ale na żadną, nawet darmową mapkę nie ma co liczyć :)

Udajemy się za dnia zobaczyć Petronas Twin Towers – do 2004 był to najwyższy budynek na świecie o wysokości 452 metrów. W środku znajduje się wielopoziomowe, ekskluzywne centrum handlowe, z wszystkimi najbardziej prestiżowymi markami na świecie. W budynku znajduje się ponadto galeria sztuki, restauracje i bary oraz filharmonia Dewan, w której odbywają się koncerty Malezyjskiej Orkiestry Symfonicznej. Teraz tylko dwa zdjęcia,wrócimy tu przecież wieczorem na pokaz fontann :)

DSC_9483DSC_9486 Po obiedzie wyruszamy „z buta” pod Petronasy na wieczorny spektakl. Jako, że mamy jeszcze trochę czasu to idziemy na kawkę, lody, soczek, ciacho do galerii pod Twin Towers. Ceny przyjazne – takie jak w CH w Warszawie :)

DSC_9498Punktualnie o 19.30 rozbrzmiewają pierwsze dźwięki muzyki granej przez artystów Malaysian Philharmonic Orchestra i zaczyna się show

DSC_9509DSC_9522DSC_9531DSC_9535DSC_9540

DSC_9546

DSC_9557Po 20 powoli się zwijamy, bo następnego dnia rano o 7.30 wyruszamy na podbój Cameron Highlands.

DSC_9565DSC_9574

Wycieczka wykupiona jeszcze w Polsce w firmie www.kualalumpurtraveltour.com – cena za osobę dorosłą 240 MYR, 9 letnia córa – 200 MYR. W cenie prywatny klimatyzowany, ze sprawnymi pasami :) van z anglojęzycznym kierowcą, bilety wstępu, woda mineralną i obiad po drodze. Może i zdecydowałbym się na wykupienie takiej wycieczki na miejscu w Malezji, ale w kilku źródłach przeczytałem, że na niedzielę ciężko jest znaleźć firmę, która taki trip nam zorganizuje.  A nam akurat pasowała tylko i wyłącznie niedziela.. ponieważ na poniedziałek mieliśmy już zabookowane bilety do Kambodży.

Cameron Highlands to największe, najwyżej położone (1500-1800 m. n.p.m) i najpopularniejsze wzgórza kontynentalnej Malezji. Pokryte są albo tropikalnym lasem, albo wyjątkowo malowniczymi krzakami herbaty, kwiatami, a wśród tego wszystkiego można jeszcze znaleźć plantacje truskawek, ogrody różane, farmy owadów i motyli czy liczne wodospady.

Powszechnie wiadomo, że krzaki herbaty, które rosną wysoko w górach, na odpowiednich glebach, produkują najlepszą jakość liści. Do tego odpowiedni proces zbierania, przetwarzania i mamy doskonały aromat znanego od tysięcy lat napoju.

Punktualnie o 7.30 wyruszamy spod naszego hotelu… Naczytałem się w necie, że droga kręta, każdy wymiotuje… moja żona z córą gotowe były zrezygnować z tej wycieczki, żeby tylko nie „tracić błędnika z oczu” … rzeczywistość okazała się zupełnie inna… drogi rzeczywiście kręte, ale bez przesady… dotarliśmy i wróciliśmy cali i zdrowi :) . Po drodze oczywiście jak to w Azji kupa fakultetów, zanim dotrze się do miejsca docelowego… farma warzywna, pszczele ule, plantacje truskawek, ogrody z motylami, kaktusami… a nuż biały bankomat coś wypatrzy, kupi pamiątkę i zostawi troszkę gotówki :) .

Pierwsze 150km to autostrada, ale potem zaczynają się schody… no może niedosłownie schody, ale zakręty :) … ale tragedii nie ma :) . Po kilkunastu minutach jazdy prawo, lewo, lewo, prawo zatrzymujemy się nad wodospadem Iskandar… na zewnątrz przyjemnie, rześko, temperatura zupełnie inna niż w KL, po prostu przyjemnie… i nawet nie pada. Wszędzie czytałem, że podczas takiej wycieczki deszcz jest nieunikniony?? a może parasol – zaczarowany talizman mojej żony sprawił, że tego dnia mieliśmy piękna i słoneczną pogodę?? Wystarczyło tylko, że żona nie wzięła parasolki w lipcu na Sardynię, a przez pierwszy tydzień deszcz chodził za nami krok za krokiem…  :)

DSC_9586DSC_9591Następnie zatrzymujemy się na lunch, ale tylko jedno zdjęcie, reszta niestety nie kwalifikuje się, żeby je pokazać 😉

DSC_9595Obiadek przepyszny, najlepszy jaki jadłem w Malezji.. a przecież poza tymi dwoma dniami, spędziłem prawie 3 tygodnie na Borneo i odwiedziłem również Langkawi :) . Przepyszne krewetki, curry z warzywami i wołowiną, kurczak w sosie… po prostu miód na podniebieniu. Musicie uwierzyć na słowo :)

Po obiedzie wyruszamy na clou programu do BOH – Sungai Palas Tea Estate, najładniejszej plantacji herbaty w Cameron Highlands. Zwiedzamy tam fabrykę herbaty, gdzie można zobaczyć cały proszę przetwarzania herbacianych liści. Najlepsza herbata rośnie podobno na wysokości 1500-1700 m.n.p.m.

DSC_9614DSC_9620DSC_9624DSC_9627DSC_9629DSC_9630DSC_9633DSC_9635DSC_9643DSC_9656DSC_9662DSC_9666Wracamy pod wieczór i prosimy naszego kierowcę, żeby zamiast do hotelu zawiózł nas pod hinduistyczną świątynię Sri Maha Mariamman. Powstała ona w 1873 roku i początkowo była prywatnym sanktuarium rodziny Pillai…  ktoś zapytam, czemu przytaczam takie fakty? Otóż jak się później okazało, w uroczystości, która miała tego dnia miejsce w tej świątyni, brała udział rodzina Pillai. Raz w roku spotykają się w tej świątyni i w podzięce swojemu Bogu za zdrowie, szczęście i dobrobyt i bycie razem, składają ofiarę i przygotowują paczki z żywnością, a następne rozdają je najbardziej potrzebującym.

DSC_9682

DSC_9685DSC_9688DSC_9694DSC_9696DSC_9697DSC_9703DSC_9704DSC_9705Po obiadokolacji w chińskiej dzielnicy idziemy się jeszcze przejść po Central Market – czyli centrum sztuki i rękodzieła.

DSC_9710DSC_9716DSC_9717DSC_9718w planach mieliśmy jeszcze dotarcie do chińskiej świątyni Sin Sze Si Sze Ya, ale nikt nie jest w stanie wskazać nam drogi.., kręcimy się tak jak gówienko w przeręblu, bo według mapy jaką mamy, świątynia powinna się znajdować właśnie w tym miejscu,gdzie jesteśmy… i nagle okazuje się, że rzeczywiście jest jakieś wejście na podwórko przez bramę, ale teraz jest już nieczynne… Jutro tu dotrę, przed wyjazdem na lotnisko, z nadzieją, że rano będzie świątynia otwarta.

Jak postanowiłem tak zrobiłem… kosztem niejadalnego śniadania w hotelu… do wyboru jeden z 3 zestawów z obrazka i jeśli nie dodało się dużej ilości wzmacniacza smaku (czyt. sosu chili, sosu sojowego ) to danie było o smaku papieru toaletowego :) Zresztą nigdy nie jadłem papieru toaletowego,więc 😉 Napoje woda, landrynkowy barwiony napój, kawa, lub herbata… zero owoców… Generalnie śniadania w hotelu99 były niejadalne.

a tutaj już zdjęcia z chińskiej świątyni Sin Sze Si Sze Ya

DSC_9735

DSC_9730DSC_9728DSC_9731DSC_9732DSC_9734Wracam do hotelu, dopinam walizkę i za chwilę już siedzimy w busie, który zawiezie nas na lotnisko. Wytargowana cena 150 MYR za 6 osób :) w recepcji hotelowej.

Po dwugodzinnym locie lądujemy w Kambodży i zaczyna się Meksyk… na lotnisku :) Trzeba wypełnić druczki, wyjąć z portfela 30$, dołożyć swoje zdjęcie… jak ktoś nie ma zdjęcia, nie szkodzi można uzyskać wizę bez zdjęcia, dodatkowy koszt 2 $ :) . Jedna kolejka żeby zapłacić.. druga kolejka, żeby odebrać paszport z ładną naklejką.. ale żeby była ona warta 30$ to nie powiedziałbym :) . Po półtorej godzinie mamy wreszcie bilet wstępu do Kambodży. Na lotnisku czeka już na nas umówiony wcześniej kierowca tuk tuka – Mr. Soktheen e-mail: soktheen_driver@yahoo.com , tel. +88512702439. Szczerze polecam – super kierowca, przewodnik, zawsze punktualny, z ogromną widzą o zabytkach Angkoru, skromny i zawsze uśmiechnięty. W czasie następnych wszystkich dni na wyposażeniu tuk tuka miał lodówkę z lodem, a w niej butelki z wodą, oraz zafoliowane mokre chusteczki, które nam proponował po każdym wyjściu z kolejnej świątyni.

Jedziemy do hotelu, zrzucamy bagaże i jedziemy jeszcze kupić 3 dniowy bilet – koszt 40$, który będzie upoważniał nas do wstępu na tereny świątyń. W ramach tego biletu mamy jeszcze możliwość wejścia już dzisiaj na zachód słońca… Soktheen proponuje, że zawiezie nas do świątyni Pre Rup, skąd podobno widać fajnie zachodzące słońce. No właśnie.. podobno, bo tego dnia zachmurzenie pełne, słońce próbuje się przebić, ale niestety nie udaje mu się… musimy zadowolić się tylko ładnie ułożonymi kamyczkami…

Tutaj jeszcze mapka poglądowa świątyń

super mapa

Pre Rup w pełnej krasie :)DSC_9742DSC_9743DSC_9745DSC_9748

DSC_9749

DSC_9753DSC_9754Na kolejny dzień mieliśmy zaplanowane świątynie Rolous Group, a następnie oddalone o około 70 km od Siem Reap – Beng Mealea, by zakończyć dzień w Angkor Wat.

Wyjeżdżamy z samego rana i jeszcze przed całym tłumem Chińczyków udaje nam się dojechać do Preah Ko

DSC_9760DSC_9761DSC_9760DSC_9762DSC_9764DSC_9769tutaj główna świątynia z grupy Rolous – Bakong

DSC_9772DSC_9773DSC_9775DSC_9776DSC_9777DSC_9779DSC_9780DSC_9782Ruszamy do Bang Mealea.. wstęp dodatkowo płatny 5$. Świątynia zbudowana w okresie panowania króla Surjawarman II na początku XII wieku, jako hinduistyczna z buddyjskimi motywami.

DSC_9788DSC_9793DSC_9794DSC_9796DSC_9797DSC_9798DSC_9800DSC_9801DSC_9802DSC_9804DSC_9805DSC_9806DSC_9807DSC_9808DSC_9809Wracamy z Beng Mealea, zatrzymujemy się jeszcze po drodze, żeby kupić pieczony ryż z czarną fasolką w bambusie… bardzo smaczna przekąska.

DSC_9814Późnym popołudniem docieramy do głównej i największej świątyni Angkor Wat. Tutaj już się nie uniknąć tłumów, o której godzinie się nie pojedzie, zawsze jest pełno ludzi…

DSC_9818DSC_9822DSC_9824DSC_9827DSC_9828biblioteka

DSC_9830DSC_9831DSC_9836DSC_9837DSC_9841DSC_9846DSC_9847DSC_9850DSC_9851DSC_9854DSC_9860DSC_9864DSC_9867DSC_9871DSC_9875

DSC_9877DSC_9880Tego dnia jeszcze zaplanowany mamy pokaz tańców Apsara w restauracji Koulen http://www.koulenrestaurant.com . Wstęp kosztuje 12 $, bufet z różnorodnym khmerskim jak i międzynarodowym jedzeniem, napoje dodatkowo płatne.  O godzinie 18.00 otwierany jest bufet, a sam show zaczyna się o 19.30 i trwa godzinkę. Kilka zdjęć z pokazu.

DSC_9896DSC_9902DSC_9908DSC_9920DSC_9922DSC_9925DSC_9933DSC_9934Po pokazie i obfitej kolacji ruszamy w stronę hotelu. Na jutro jestem umówiony w Soktheen’em na 4:40 rano, żeby pojechać na wschód słońca na Angkor Wat. Moje dziewczyny smacznie sobie śpią, więc umówiłem, ze wrócę na śniadanko, a potem wyruszymy wspólnie na dalsze zwiedzanie świątyń. Byłem trochę zaskoczony tym ich podejściem do zwiedzania, bo raczej spodziewałem się, że po pierwszym dniu dziewczyny zrobią sobie odpoczynek na basenie, a pozwiedzają ze mną jeszcze trzeciego dnia najciekawsze świątynie.

Punktualnie o 4.40 Soktheen już na mnie czekał… statyw, aparat, latarka czołówka na głowę i ruszamy. Dojeżdżamy pod świątynie przed 5.00, a bramy wejściowe otwierają punktualnie o 5:00. Jest już spory tłum, ciemnica, nic nie widać, tylko poszczególne światełka latarek. Okazuje się, że tego dnia słońce wzejdzie o 6.55… wiec mam 2 h na dobiegnięcie nad jeziorko, rozstawienie statywu i…. czekanie :) . Udaje mi się znaleźć miejsce w pierwszym rzędzie.. statyw opieram jedną nogą w jeziorze, żeby już nikt przypadkiem nie wbił się przede mnie i czekam pierwsze promienie słońca…

DSC_9938 Było tak ciemno, żę rozstawiając statyw, nawet nie widziałem gdzie są świątynie… :)

DSC_9948DSC_9952DSC_9972DSC_9975Korzystając z okazji, że jest rano, idę jeszcze obejrzeć wnętrze głównej świątyni, którą otwierają dopiero o 7:40. Poprzedniego dnia nie było szans się tam dostać, kolejka na 2 h stania, wpuszczają tylko po kilka osób i jak ktoś wychodzi, to mogą wejść kolejne osoby… tym razem byłem pierwszy w kolejce :) .

DSC_9977DSC_9978widok z góry

DSC_9980DSC_9984DSC_9989DSC_9982DSC_9991DSC_9993xDSC_0004płaskorzeźby przedstawiające Apsary

xDSC_0011xDSC_0015

Jadę na śniadanko, zabieram swoje dziewczyny i dziś zrobimy sobie małą pętlę. Wjeżdżamy przez południową bramę „South Gate” – Angkor Thom

xDSC_0017xDSC_0019i docieramy do kolejnej ciekawej świątyni Bayon, w której to znajdują się 54 wieże (prasaty), na których to widnieją wspaniałe kamienne bayońskie twarze. Jest ich dokładnie 216. Świątynia aktualnie podlega renowacji.

xDSC_0022 xDSC_0023tutaj niestety też nie unikniemy tłumów turystów…

xDSC_0024xDSC_0026xDSC_0029xDSC_0037xDSC_0040

xDSC_0043xDSC_0044xDSC_0045xDSC_0047Następnie przejeżdżamy przez East Gate

xDSC_0050xDSC_0054xDSC_0055 i zatrzymujemy się przy Chau Say Tevada,

xDSC_0056xDSC_0057xDSC_0058xDSC_0059xDSC_0060by po drugiej stronie drogi zerknąć jeszcze na świątynię Thommanom.

xDSC_0063Następnie mijamy kamienny most,

xDSC_0069oraz Ta Keo,

xDSC_0071by dotrzeć wreszcie do Ta Prohm. Tutaj wejście, wyjdziemy z drugiej strony, gdzie będzie czekał na nas Soktheen.

xDSC_0072xDSC_0073xDSC_0075xDSC_0078xDSC_0080xDSC_0083xDSC_0087xDSC_0089xDSC_0092xDSC_0109

xDSC_0111xDSC_0119xDSC_0122xDSC_0125xDSC_0133xDSC_0136xDSC_0139

xDSC_0144na koniec robię jeszcze archiwalne zdjęcie świątyni – przed i po renowacji

xDSC_0145Ostatnią świątynią jaką odwiedziliśmy tego dnia była Banteay Kdei.

xDSC_0147xDSC_0148xDSC_0150xDSC_0151xDSC_0152xDSC_0154xDSC_0157xDSC_0159xDSC_0162xDSC_0163Po południu postanowiłem zobaczyć jeszcze pływającą wioskę Kampong Phluk, położoną nad największym jeziorem półwyspu Indochińskiego – Tonle. Jezioro słynie z tego, że jest najbardziej zarybionym akwenem słodkowodnym na świecie. Statystyki podają roczne połowy na poziomie 180-200 ton. Kampong Phluk w tłumaczeniu na polski oznacza Przystań Kłów. Czytałem w necie sporo skrajnych opinii na temat tego miejsca, od wychwalających to miejsce, jako super atrakcję, że można zobaczyć rzeczywistą wioskę zamiast skansenu dla turystów, po wpisy typu „ludzkie zoo”, że jest to straszny obraz naciągania i żebractwa, że nic ciekawego tam nie ma oprócz nędzy w jakiej żyją ludzie… Postanowiłem sam się przekonać na własne oczy, jak to wygląda w rzeczywistości…

Moje dziewczyny zostają na basenie, a ja ruszam  w drogę. Dojazd z Sotktheen’em zajął mi dobrą godzinę w jedną stronę, następnie wykupuję  bilet za 20 $, pakuję się na łódkę i w drogę… Okazuje się, ze stan jeziora jest bardzo niski, od dawna nie padało…

łajba w środku

xDSC_0166xDSC_0168i tu już pierwsze domy na palach…. teraz dokładnie widać, jak niski jest stan jeziora…

xDSC_0170xDSC_0177xDSC_0178xDSC_0180xDSC_0182xDSC_0184xDSC_0196xDSC_0211xDSC_0234xDSC_0238Podsumowując… płyniemy wzdłuż jednego brzegu, nie zatrzymujmy się dłużej w jakimś kanale, nie wchodzimy do żadnego domu, nie ma szansy na rozmowę.. a z drugiej strony obawiam się, że ciężko byłoby się dogadać :) . Zresztą chyba nie czułbym się komfortowo włażąc z buciorami do czyjegoś domu, żeby cyknąć kilka zdjęć i uwiecznić to jak mieszka… Żadnego naciągactwa czy żebractwa nie widziałem, nie uważam, że mieszkańcy mogli czuć się jak w zoo, zobaczyłem za to prawdziwą wioskę, jak żyją ludzie nad Tonle Sap. Ocenę czy warto tam pojechać, zostawiam Wam…

Ostatni pełny dzień w Siem Reap przeznaczamy na świątynie, których nie widzieliśmy wcześniej. Jako pierwsza Banteay Samre

xDSC_0246xDSC_0249

xDSC_0254xDSC_0255traktujemy ją trochę po macoszemu, bo nie dość , że słabe światło, to przed nami jeszcze kawał drogi (30 km) do Banteay Srey… po drodze robimy jeszcze kilka zdjęć dzieciaczkom idącym do szkoły… takie maluchy już bardzo dobrze komunikują się po angielsku :)

xDSC_0259xDSC_0264xDSC_0267a tutaj wspomniana wcześniej Banteay Srey

xDSC_0268niestety… tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy…. musiałem się nieźle nagimnastykować, żeby zdjęcia były takie jakie jakie są :)

xDSC_0270xDSC_0272xDSC_0276xDSC_0277xDSC_0279xDSC_0280xDSC_0281

xDSC_0287xDSC_0289

xDSC_0290xDSC_0291po drodze na parking kupujemy przepysznego obranego już ananasa i mango i jedziemy do kolejnej świątyni Kbal Spean. Świątynia znajduje się w dżungli, na szczycie góry. Co 100 metrów są tabliczki ile już za nami :) , a do przejścia trasa bodajże 1600 metrów  –  „spacerek” do niej zajmuje około 30-40 minut :) Łatwo nie jest, tym bardziej, że cały czas wspinamy się pod górę, upał daje się mocno we znaki, a wilgoć tylko potęguje odczucie gorąca.  Wejście możliwe jest tylko do godz. 15.00.

po drodze

xDSC_0295nie spodziewajcie się typowej świątyni… to płaskorzeźby wyrzeźbione w piaskowcu w korycie rzeki…

xDSC_0296xDSC_0297xDSC_0303xDSC_0304moja córa zachwycona jest motylami, których na górze jest naprawdę sporo…

xDSC_0314xDSC_0325xDSC_0327xDSC_0332xDSC_0335xDSC_0337po zejściu na dół ruszamy do kolejnej świątyni East Mebon

xDSC_0348xDSC_0351xDSC_0353xDSC_0354Kolejna odwiedzona tego dnia świątynia to Ta Som

xDSC_0355xDSC_0356xDSC_0358xDSC_0359xDSC_0360

xDSC_0362xDSC_0363xDSC_0368xDSC_0371xDSC_0372Na koniec zostawiliśmy sobie świątynię Preah Khan

xDSC_0384xDSC_0385xDSC_0387

xDSC_0388xDSC_0389xDSC_0391xDSC_0392xDSC_0393xDSC_0394xDSC_0395xDSC_0396

xDSC_0397xDSC_0398

xDSC_0405xDSC_0406xDSC_0411xDSC_0413xDSC_0416xDSC_0418xDSC_0419xDSC_0420ostatnia kolacja…

xDSC_0426xDSC_0429ostatnie lody :) … na zmrożonej tacy koleś wylewał jogurt, dodawał zamówione wcześniej owoce, które siekał, mieszał i następnie robił z tego takie „ruloniki”, które podawał w plastikowych kubełkach… PYCHA!!!!!xDSC_0464xDSC_0465xDSC_0468

Następnego dnia, po śniadaniu, Soktheen zawozi nas na lotnisko, żegnamy się, rozliczamy z przemiłym kierowcą i przez Bangkok lecimy do Krabi. Wcześniej wykupiliśmy transfer z lotniska do hotelu w Ao Nang dla 5+1 za 750 THB w firmie www.krabishuttle.com . Wszystko jak w najlepszym porządku, punktualnie, na czas i w komfortowych warunkach dotarliśmy do naszego hotelu przy plaży Noppharat Thara. Kwaterujemy się, zrzucamy bagaże, szybki prysznic i idziemy na tajskie… moim zdaniem najlepsze na świecie jedzonko :) . Po kolacji załatwiamy sobie jeszcze na jutro wycieczkę na Phi Phi…w firmie www.andamantravelkrabi.com : dorosły 1400 THB, dziecko 1100. Cena obejmuje wejście na Maya Bay.

Zaskoczeniem jest pogoda… w kilkudziesięcioletniej jej historii, początek lutego w rejonie Ao Nang cechuje bezchmurne niebo, lampa i pogoda żyleta…  Tym razem jest inaczej, ciemne chmury, złowieszczo przepowiadają deszcz, zamiast słońca…

Początkowo w planach mieliśmy kilka fakultatywnych wycieczek… Phi Phi i okolice, 4 wyspy, Railey Beach, wyspy Hong i szkołę gotowania… akurat, żeby zagospodarować 5 pełne dni pobytu … :) Jakiegoś wieczoru mieliśmy wyskoczyć jeszcze na Night Market w Krabi – czynny piątek – niedziela w godz. 17.00-22.00 .

Następnego dnia z samego rana przyjeżdża pod nasz hotel busik i zawozi do portu. Ludzi tłum, masa chińczyków z parasolkami i telefonami na kiju… wydaje się, że rajskość tej wycieczki została zabita już na jej początku…

Pakujemy się na speedboata i po godzinie jesteśmy już na Maya Bay… plaża znana z filmu „Niebiańska Plaża” z Leosiem di Caprio w roli głównej.

xDSC_0480można się nieźle zrelaksować…prawda?? :)

xDSC_0500xDSC_0497chyba trzeba zweryfikować plany kolejnych wycieczek na następne dni…

xDSC_0486Odpływamy z Maya Bay

xDSC_0470xDSC_0473xDSC_0476następny postój mamy zaplanowany na snurki… miejsce fajne, sporo kolorowych rybek.. ale tylko tyle :)

Dopływamy do Moneky Bay, ale nie wysiadamy z łódki.. na brzegu już czekają małpy na jakieś jedzenie… wiedzą, że przypłyną turyści, coś wyrzucą z łódki… i posiłek zostanie podany jak na tacy… Ci którzy nie rzucać jedzeniem, to mają gości na pokładzie 😉

xDSC_0503następny przystanek na Phi Phi Don, gdzie jemy lunch… kurczak w warzywach, zupka, owoce.. standard na takich wycieczkach :)

xDSC_0512xDSC_0516Płyniemy na Bamboo Island na plażowanie… może tym razem się uda ?? :) skoro na Maya bay nie było warunków..

xDSC_0521xDSC_0522no tutaj już jest o wiele przyjemniej… ale tylko jedno zdjęcie, bo chciałem sobie popływać, a nie mam aparatu wodoszczelnego :)

xDSC_0524Na następny dzień nie planujemy nic, pogoda słaba, wszędzie tłumy… może wyskoczymy sobie do szkoły gotowania na kurs tajskiej kuchni. Idziemy się rozejrzeć po agencjach turystycznych i wpada nam w oko szkoła gotowania w AoNang http://www.smartcookthailand.com/ .  Zanim wykupimy to sprawdzimy jakie opinie ma ta szkoła na tripadvisorze, a że te okazują się doskonałe, to zamawiamy sobie taki popołudniowy kurs. Czas trwania 0d 14 do 19, do wyboru 7 dań z całej listy. Przystawka, zupa, sałatka, danie ze smażonym ryżem/makaronem, pasta curry, następnie jakieś dania z własną pastą curry i deser.

Przechwytywanie

Cena za taki kurs 1100 bahtów, osoba przyglądająca się – połowa stawki, dziecko bez opłat. :) .

Każdy ma swoje stanowisko, gdzie najpierw przygotowuje składniki, a następnie woka, gdzie robi potrawę.

xDSC_0615xDSC_0670xDSC_0767Po przyrządzeniu wszystkich dań, mamy oczywiście możliwość ich konsumpcji… napiszę nieskromnie, że było bardzo smacznie :) . Na koniec dostajemy jeszcze książkę/skrypt kucharski ze wszystkimi potrawami, które można można „wyczarować” w tej szkole, są też opisy przypraw ze zdjęciami oraz wszelkich innych składników, bez których nie da się przygotować typowej tajskiej potrawy. Z czystym sumieniem polecam ten fakultet wszystkim, którzy lubią bawić się w kuchni i uwielbiają tajską kuchnię.

Kolejnego dnia.. słońce zaczyna się powoli przedzierać przez chmury, postanawiamy zatem ten dzień spędzić na Railay Beach… Nasza plaża Noppharat Thara podobno najlepsza i najczystsza w Ao Nang nie zachwyca, więc decydujemy się popłynąć na plaże Railay. Przystań z longtailami położona jest 300 metrów od naszego hotelu, bilet w dwie strony 200 THB. Na każdą łódkę wchodzi 10 osób, nie czekamy nawet 5 minut i już mamy wymagany komplet.

xDSC_0526xDSC_0528Na plażę Railay West płynie się niecałe 20 minut.

xDSC_0529xDSC_0530Idę na rekonesans półwyspu… niestety nie wziąłem ze sobą gotówki, wstęp do jaskini 200 THB,

xDSC_0532xDSC_0537

 po drugiej stronie półwyspu plaża Railay East…takimi traktorami wożą turystom walizki :)xDSC_0541idę jeszcze ścieżką zobaczyć plaże Phra Nang

xDSC_0551

xDSC_0554xDSC_0555a tutaj już plaża Phra Nang

xDSC_0559

xDSC_0569za chwilę zaczyna kropić deszcz… luty rejon Krabi…. szoooooook…  trzeba było się schować do świątyni Tham Phra Nang zwanej również jako Princess Cave.

xDSC_0572Jedna z legend dotyczących tego miejsca mówi o księżniczce, która zginęła podczas rejsu na morzu i jej duchu, który zamieszkał w tej jaskini. Podobno w zamian za składane ofiary księżniczka Phra Nang odwdzięcza się przysługami.

Obecność tak dużej ilości fallusów spowodowane jest tym, że legendarna księżniczka zmarła będąc dziewicą, więc jej duch właśnie takich podarków oczekuje.

Inna prawda mówi, że o obecności tak dużej ilości rzeźb męskich penisów oraz form „linga” świadczy fakt, że są one symbolem Boga Sziwa.

xDSC_0575jeszcze kilka zdjęć z plaży

xDSC_0578xDSC_0580xDSC_0583xDSC_0584xDSC_0588a tu już droga powrotna na Railay Beach… na skałach można spotkać dużą ilość niezbyt agresywnych małp.

xDSC_0592Wieczorem jedziemy do Krabi zobaczyć obchody Chińskiego Nowego Roku, które w tym roku przypadały na dzień 8 lutego. Generalnie spodziewałem jakiś fajerwerków,zabawy, a było tak zupełnie nijako…. targ z jedzeniem, jakiś koleś wymachujący pochodniami… dosłownie kilka zdjęć…

xDSC_0611

xDSC_0595xDSC_0605xDSC_0607Wracamy mocno rozczarowani.

Wreszcie zaświeciło dla nas słońce, którego tak brakowało przez ostatnie dni. Na żadną zorganizowaną wycieczkę po obejrzeniu zdjęć z Phi Phi, a szczególnie z Maya Bay, nikt nie ma ochoty, więc postanawiamy wynająć sobie  prywatnego longtaila na pół dnia i popłynąć na dwie wysepki… Tup i Poda. Wytargowaliśmy cenę 2500 THB i umówiliśmy się na kolejny dzień na 8:30, żeby wyruszyć przed wszystkimi wycieczkami :). Następnego dnia z samego rana pakujemy się na łódkę i spływamy z Ao Nang :) mając nadzieję, że wreszcie zobaczymy w miarę puste plaże. Przypływamy na Ko Poda, ale niestety nie jesteśmy tutaj pierwsi…

xDSC_0813xDSC_0814xDSC_0820

xDSC_0821podglądamy rybki….

xDSC_0828xDSC_0829Po godzinnym plażowaniu zaczyna robić się tłok… przypływają pierwsze speedboaty ze zorganizowanymi wycieczkami…. pora ustąpić im miejsca… popłyniemy sobie na Ko Poda, zobaczyć, czy tam też jest tłum. Prosimy naszego kapitana, żeby zacumował w miejscu jak najmniej turystycznym, tam gdzie nie ma tłumów…

xDSC_0841

xDSC_0860Tutaj jest rzeczywiście pusto… nikogo, raz na jakiś czas spotkać można spacerowiczów.. Plaża położona jest po przeciwnej stronie do miejsca, gdzie przypływają wszystkie łódki… tutaj nie ma żadnej infrastruktury,  żadnych barów, toalet, plaża jest wąska… ale za to jesteśmy na niej sami :) .

Po drugiej stronie już nie jest tak biało… zdecydowanie bardziej kolorowo :) od strojów kąpielowych :) … musiałem wejść do wody ze 20 metrów od brzegu, żeby nikt nie wlazł w kadr…

xDSC_0846U mnie tłumów nie ma… ale musicie uwierzyć na słowo… że tutaj osoba na osobie… kolorek na kolorku… :)

xDSC_0847

xDSC_0850To już było ostatnie zdjęcie z tej wyprawy… jak trafiłbym do Tajlandii i tym jedynym miejscem byłoby AoNang… nigdy bym tu do Thai nie wrócił. Na szczęście znam inne miejsca ze swoich poprzednich swoich wypraw… i mam tylko nadzieję, że od tamtego czasu niewiele się zmieniło w tych rejonach. Jak ktoś chce naprawdę odpocząć na ładnych plażach, gdzie nie ma tłumów, zapraszam na trasę, którą odbyłem na początku 2014 roku…  śnurek tutaj :)

http://foto-tarkowski.com/poludniowa-tajlandia-plazowo-similiany-tachai-khao-lak-ko-mook-i-ko-lipe/

Z pewnością są jeszcze inne rajskie wysepki oprócz opisanych przeze mnie w w/w śnurku, jak chociażby Ko Kradan czy Ko Tao, które nie przyjmą zbyt dużej ilości turystów… bo są po prostu za małe i nie mają takiej infrastruktury a i dotarcie do nich wymaga czasu … a okolice Krabi mogą się tylko rozrastać. Kilka lat temu widziałem zdjęcia z tego rejonu.. zawsze chciałem tu dotrzeć…  Rajskie okoliczne plaże, super klimat, jedzenie, które zawsze było dla mnie na pierwszym miejscu… dotarłem teraz i… zabrakło wszystkiego… Ao Nang stało się teraz mocno muzułmańskie a jedzenie zupełnie nie przypomina tego, znajomego mi z kilku poprzednich innych wypraw do Tajlandii. Jedzenie, dla którego zawsze chętnie tutaj wracałem…

Co innego Kambodża… zapach, atmosfera, klimat… to miejsce skradło moje serducho…

 

 

 

 

 

 

About the Author: