Mingalabar Myanmar – czyli dzień dobry Myanmar – w krainie tysiąca Pagód – luty 2017

Birma (Myanmar) jest w opinii wielu podróżników jednym z najpiękniejszych krajów Azji. Przez lata niedostępny i zapomniany, teraz systematycznie zdobywa popularność. Nadal jednak wystarczy tylko odrobinę oddalić się od najpopularniejszych miejsc, by odnieść wrażenie, że jest się jedyną białą twarzą, która tu zawitała od 100 lat. Wspaniałe świątynie, ślady pradawnych cywilizacji, tropikalna przyroda oraz przyjaźnie nastawieni, gościnni ludzie, to największe atrakcje tego kraju. Nie chcąc zbyt długo czekać, aż kraj zaleje fala ciekawskich turystów, postanawiamy ferie zimowe 2017 spędzić w Birmie. Bilety lotnicze kupione ze sporym wyprzedzeniem i można już układać plan naszej podróży, który w ostatecznym rozrachunku wygląda następująco:

8 luty – wylot z Polski

9 luty – Przylot do Bkk,  przejazd na lotnisko Don Mueang, wylot do Yangon

10 luty – ranny wyjazd do Ngwe Saung i relaks

11 luty – Ngwe Saung i relaks

12 luty – ranny wyjazd z Ngwe Saung do Yangon + zwiedzanie Yangon

13 luty – zwiedzanie Yangon i nocny przejazd autobusem JJ EXPRESS BUS do Nyaungshwe (Inle) (10h) bilet kupiony na stronie http://www.myanmarbusticket.com/

14 luty – jezioro Inle

15 luty – jezioro Inle – Sankar

16 luty – Keku Pagodas i nocny wyjazd autobusem JJ EXPRESS BUS do Bagan (7-8 h) bilet kupiony na stronie http://www.myanmarbusticket.com/

17 luty – Bagan

18 luty – Bagan

19 luty – Bagan + Mount Popa

20 luty – wyjazd autobusem do Mandalay (5h) OK Bus bilet kupiony na stronie http://www.myanmarbusticket.com/

21 luty – Mandalay – Mingun, Sagaing, Inwa, Amarapura – most U Bein o zachodzie słońca

22 luty – Mandalay

23 luty – wylot z Mandalay przez Bangkok do Wawy

Mając już bilety lotnicze, w połowie grudnia zaczęliśmy starać się o wizę – czyli przepustkę do Mjanmy. Nie da się jej załatwić od ręki na granicy, ale jest kilka sposobów, aby ją uzyskać. Jeśli chcemy mieć ją wbitą fizycznie do paszportu, to z Polski można ją zdobyć w ambasadzie Myanmaru w Berlinie. Cena wizy to 25 euro, które można wysłać listownie lub kurierem z paszportem, z wypełnionymi wnioskami + fotografią, dodatkowo umieszczając w gotówce 10 euro na koszta odesłania przesyłki do nas. Po kilku lub kilkunastu dniach ambasada w Berlinie odeśle nam paszport z wbitą do niego wizą do Birmy. Termin ważności wizy wynosi 3 miesiące od momentu jej wydania, jednakże nasz pobyt musi zamknąć się w terminie 30 dni od momentu wjazdu do Birmy.

Kolejna możliwość uzyskania wizy do Birmy to e-wiza, o którą aplikujemy online na stronie: http://evisa.moip.gov.mm/ . Koszt takiej turystycznej e-wizy to 50 dolarów.

Jest jeszcze inna możliwość – wyrobienia wizy ambasadzie w Bangkoku. My skorzystaliśmy z opcji pierwszej – najtańszej i mamy do tego ładną naklejkę w paszporcie :) .

Nadchodzi długo oczekiwany przez nas 8 lutego, z samego rana jedziemy na lotnisko Chopina … i okazuje się, że tego dnia strajkuje Air Berlin, którym mieliśmy wyruszyć na podbój Azji. Nikt nic nie wie, dostajemy tylko vouchery na jedzenie i mamy oczekiwać komunikatów… okazuje się, że po 3 h wszystko wraca do normy. Podczas lotu pilot uspokaja nas, że wszystkie loty z Berlina są opóźnione, więc jeśli ktoś stolicę Niemiec traktuje jako lotnisko tranzytowe, bez problemu zdąży na swój następny lot. Na Teglu już wcale tak różowo nie jest… wchodząc do sali przylotów, okazuje się, że aktualnie trwa boarding na nasz lot do Abu Dhabi, lecimy więc pędem na inny terminal i tam odbijamy się od zamkniętego okienka… W informacji proponują nam lot do Wiednia za 7 godzin… a stamtąd liniami Eva Air już bezpośrednio do Bangkoku…Eva Air… a co to takiego? okazuje się, że są to tajwańskie 5* linie – samolot wypas, jedzonko super, miejsca na nogi jak w klasie Premium… wszystko pięknie ładnie, poza tym, że nie doleciały nasze bagaże do stolicy Tajlandii :( . Podpisujemy kwity o zagubionych bagażach,  wyrywamy 100 $ na potrzebne rzeczy osobiste na dalszą część podróży i okazuje się jeszcze, że po odbiór bagaży musimy zgłosić się osobiście na lotnisko w Birmie, w Yangon. W Azji nie obowiązuje ponoć dostarczenie door to door, ale nie mamy czasu się już o to wykłócać, bo za chwilę ucieknie nam samolot do Birmy i zostaniemy z przysłowiową „ręką w nocniku”. Wszak  do Yangon przylatujemy wieczorem, a już następnego dnia o 6 rano jedziemy autobusem nad morze do miejscowości Ngwe Saung…

Darmowy shutlle bus z głównego lotniska na Don Mueang, błyskawiczna odprawa, bo bez bagaży i za chwilę lecimy Air Asia do Yangon :) . Po wylądowaniu idziemy do informacji, w celu umówienia się odnośnie odebrania bagaży. Wymieniamy jeszcze pieniądze – 1 USD = 1370 MKK ( Kyaty czyt. Ciaty ). Czytałem wcześniej, że kurs na lotnisku jest bardzo dobry i potem ciężko znaleźć lepszy – zdecydowanie potwierdzam :) . AAAA Najważniejsze – dolary muszą być w idealnym stanie – bez najmniejszych zadarć, ubrudzeń czy nawet zgięć !!! Serio! Inaczej nie wymienią na swoje papierki 😀 .

Po wylądowaniu w Birmie należy przestawić zegarek o pół godziny do tyłu w stosunku do Tajlandii i możemy ruszać w poszukiwaniu taxi…  Nie wiem czemu pół, a nie pełną godzinę, ale co mówić o pół godzinie w kraju, gdzie tydzień ma 8 dni. Tak, tak, środa jest podzielona na dwa równe dni, mówiąc w skrócie.  Z podobną sytuacją spotkałem się w Etiopii, ale o tym mam nadzieję, mieliście już okazję przeczytać wcześniej. Ale to nie jedyna niespodzianka… Większość samochodów ma tam kierownicę umieszczoną po prawej stronie –  mimo obowiązującego ruchu prawostronnego. Tak to jest, gdy panujący w kraju generał z dnia na dzień zmienia zasady ruchu drogowego z powodu usłyszanej przepowiedni czy proroczego snu… Mingalabar Myanmar 😀

Zmęczeni przygodami bierzemy 6 osobową taxi spod lotniska, ustalamy cenę 15 000 Kyatów i jedziemy do hotelu w downtown. Mieliśmy tego dnia w planach spacerek do Sule Pagoda, oddalonej od naszej norki o przysłowiowy rzut beretem, ale ze względu na zaistniałą sytuację z brakiem bagaży, podążyliśmy w przeciwnym kierunku do centrum handlowego, żeby nabyć podstawowe rzeczy osobiste… Powiem wprost, Myanma to nie Tajlandia i zdobycie czegokolwiek w wymiarze dla „dużego” Europejczyka graniczy z cudem… 😀 . Kolacyjka, zimne piwko, załatwiamy w recepcji w naszej „norce” bilety na autobus do Ngwe Saung nad morze – 11 000 kyatów/osoba + taxi na dworzec – 10 000/samochód osobowy. Następnego dnia szybka pobudka… choć podejrzewam, że niektórzy nie spali ze względu na jetlag i wyruszamy na dworzec autobusowy…

kilka strzałów z tego miejsca

DSC_4388Kobieta sprzedająca betel… czyli popularną w Birmie pobudzającą, a jednocześnie uspakajającą używkę. W liść pieprzu betelowego zawija się orzeszki palmy areki, smaruje się to mlekiem wapiennym i dodaje różne dodatki, w zależności od upodobań. Smak jest podobno pikantno – gorzki – sam nie próbowałem :) . Podczas żucia wydziela się mnóstwo czerwonej jak krew śliny, której nie powinno się połykać. Plują więc wszyscy gdziekolwiek, barwiąc ulice i nie tylko w rdzawo – brunatne plamy, które wyglądają jakby przed chwilą lała się krew :) .

DSC_4395DSC_4396Przed każdym dworcem kwitnie życie towarzyskie…można dobrze, tanio zjeść, pożuć betel, kupić prowiant na drogę…

DSC_4398DSC_4401W Myanmar prawie każdy mężczyzna wstępuje do klasztoru. Ciekawostką niech będzie fakt, że aby wstąpić do klasztoru, nie można mieć żadnych długów. Edukacja klasztorna m. in. uczy jak być szczęśliwym i zadowolonym, aby pomnażać szczęście na świecie! Mnisi nie gromadzą bogactwa. Często jedyne co mają, prócz szat, to misy z laki, w które otrzymują jedzenie, jako jałmużnę. Wstają o świcie, a po porannej medytacji wychodzą na ulice miast, miasteczek, wiosek zbierać jałmużnę. Nie okazują żadnych emocji, ani gdy nie dostaną nic, ani gdy ofiarodawca obdarzy ich solidną kopką ryżu, czy innego jadła. Tak postępował Budda, który nadał żebraczemu obchodowi rangę równorzędną z medytacją.

DSC_4402Korzyść płynąca z takiej praktyki jest obustronna. Strony oddziaływają na siebie, poza tym ofiarujący powiększa zasób swoich zasług – polepsza swoją karmę. W buddyzmie istnieje pojęcie sansary (samsary), czyli wieczna wędrówka, przechodzenie przez różne stany istnienia. Jest to ciągle powtarzający się cykl narodzin, śmierci i ponownych narodzin (reinkarnacja), któremu podlegają wszystkie istoty żywe. To kim jesteś teraz, uwarunkowane jest twoją karmą, czyli sumą dobrych i złych uczynków z poprzednich wcieleń. Dobre uczynki przynoszą korzystne skutki, a złe – niekorzystne. W tym albo następnym wcieleniu. Karma zawsze wraca do ciebie, a złe uczynki nie zostaną ci odpuszczone.  Zjawisko, powiedzmy, kradzieży nie jest problemem tak jak np. w krajach katolickich, gdzie wystarczy iść do księdza, wyszeptać wyuczoną formułkę i już jest się „czystym”. Tutaj nie ma odpuszczania grzechów. Kradniesz, czeka cię nieszczęście. Być może w przyszłym życiu, ale jest to nieuchronne. Subtelne różnice między religiami, choć trzeba powiedzieć, że buddyzm religią nie jest. Jest raczej drogą, którą jej wyznawca kroczy przez swój żywot. Jest to droga ku nirwanie (wyzwolenie się od samsary), która jest celem ostatecznym każdego buddysty.

Wyruszamy nad morze – do miejscowości Ngwe Saung. Do pokonania mamy niecałe 250 km, ale zajmie to nam prawie 6 godzin. Drogi w Myanmar to najczęściej szuter, klepisko i podziurawiony bardzo dokładnie asfalt, który nie ułatwia podróżowania. A ostatni kilku dziesięciokilometrowy odcinek, to droga przez góry, często bardzo kręta i wąska na jeden pojazd. Kierownica oczywiście po prawej stronie, ale dobrze, że mamy pomagiera kierowcy, który zasiada po właściwej stronie pojazdu i instruuje naszego driver’a, czy może w danym momencie jechać, czy też powinien przepuścić inny zbliżający się z naprzeciwka pojazd :) . Pomagier pełni również inne ważne funkcje – pilnuje, aby wszyscy mieli miejsca siedzące – autobus standardowo ma miejsca po lewej i prawej stronie, jednak w przejściu zawsze można dostawić „przenośne” plastikowe taborety, ponadto pomagier sprzedaje bilety, pomaga wsiąść i wysiąść podróżnym.

Dojeżdżamy do Ngwe Saung, na klepisko, które pełni rolę końcowego przystanku. Odpalam aplikację maps.me, a ta pokazuje nam, że do hotelu mamy raptem 800 metrów :) . Po kilku chwilach, meldujemy się w naszym, zarezerwowanym przez Booking hotelu Luxer deLuxe hotelu… Nazwa zacna, ale nijak ma się do zastanych na miejscu warunków. Nie dość, że hotel nie jest przygotowany na przyjęcie jakichkolwiek gości, to jeszcze samo dojście do plaży, dla której tu przyjechaliśmy, prowadzi przez wysypisko śmieci :( . Myślę sobie Myanmar – niby, tak chwalony przez wszystkich którzy tu dotarli kierunek, a my non stop mamy pod „górkę”. Moi zostają, a ja wyruszam w poszukiwaniu klapek i kąpielówek, żeby jakoś zaprezentować się na tej pięknej plaży. Przechodząc przez całe miasteczko, a właściwie idąc jedyną ulicą, dotarłem do uroczego miejsca – Myanmar Treasure Resort. Podoba mi się… 😀 . Okazuje się, hotel dysponuje wolnymi pokojami, cena nie „przygniata” – 125 USD za noc/ 3 osoby, a do „wykorzystania” mamy 2 nocki… W porównaniu do tego, co mamy pierwotnie zarezerwowane to ten hotel wygląda jak z bajki :) .

Kilka strzałów z naszego „nowego” hotelu podczas zachodzącego słońca :)

DSC_4412DSC_4416DSC_4417DSC_4419Ngwe Saung to mała wioska, gdzie dopiero powstają resorty. Turkusowa woda, biały piasek, zielone palmy, wszystko, czego można oczekiwać po tropikalnej plaży, z pewnością w niedalekiej przyszłości przyciągnie tutaj masę amatorów plażowania. Teraz jest tu zupełnie pusto…  Moje słowa raczej nie oddadzą tego, co udało mi się uchwycić aparatem fotograficznym.. :)

plaża w całej swojej okazałości

DSC_4481DSC_4484DSC_4486a tutaj kilka zdjęć z naszego resortu

DSC_4463DSC_4464i nasi sąsiedzi

DSC_4455DSC_4457DSC_4460Sielsko, anielsko, cisza spokój… zdecydowanie potrzebowaliśmy takich dwóch dni na to, żeby odpocząć przed kolejną dawką wrażeń, jakie gwarantuje Myanmar .

W recepcji wykupujmy bilety powrotne do Yangon – tym razem w cenie 10 000 Kyatów/osoba. Podziwiamy jak zwykle piękny zachód słońca.

DSC_4498DSC_4501Następnego dnia, z samego rana wyruszamy „po nasze bagaże” i nie tylko :) do Yangon. Po 6 godzinach jazdy autobusem, docieramy na dworzec, łapiemy taxi i za 20 000 Kyatów/6 osobowy van jedziemy kolejno na lotnisko, a następnie do naszej norki w Downtaown.

Yangon (kiedyś zwany Rangoon) to największe miasto Myanmar. Nazwa miasta – będąca połączeniem słów „yan” i „koun” – oznacza dosłownie „koniec walki” i została nadana przez króla Alaungpaya. Yangon od roku 1886 jeszcze do niedawna (do listopada 2005) był stolicą Birmy. Miasto nie przytłacza swoją wielkością i ma w sobie dużo charakteru, kolonialna architektura, sporo zieleni, przestrzeń, liczne, fantastyczne stupy i świątynie oraz bogate życie uliczne dodają mu dużo uroku.

Dzisiejsze popołudnie i wieczór spędzimy w Shwedagon Paya – najświętszym i najcenniejszym dla mieszkańców Birmy miejscu.

Dojeżdżamy taxi pod wejście,

DSC_4516kupujemy bilet za 8000 Kyatów i kierujmy się do windy, wszak świątynia położona jest na wzgórzu. W różnych materiałach można znaleźć informacje, że została wybudowana 2500 lat temu.  Shwedagon Pagoda to iście magiczne miejsce, skupiające niezliczoną ilość pielgrzymów z całego świata. Aby poczuć klimat, warto spędzić tu cały dzień, aby zobaczyć jak zmieniają się ludzie, jaka panuje tu cisza i spokój. W zakamarkach wzgórza można znaleźć sobie miejsce na medytację, na modlitwę, na spotkanie ze znajomymi, na odpoczynek od codzienności. Zapraszam na „obchód” widziany moim okiem.

DSC_4517DSC_4518DSC_4520DSC_4521DSC_4555DSC_4540DSC_4551DSC_4523DSC_4564DSC_4574Największa z kilkudziesięciu stup ma prawie 100 metrów wysokości i pokryta jest podobno sześćdziesięcioma tonami złotych płatków. Przechowywane w niej są relikwie Buddy (8 włosów Buddy) razem z niezliczoną ilością skarbów – złota, kamieni szlachetnych i kosztowności. Sama kopuła wysadzona jest 4350 diamentami, ważącymi 2000 karatów każdy :) .

DSC_4529DSC_4526DSC_4542DSC_4549DSC_4580DSC_4543DSC_4589DSC_4591DSC_4593DSC_4594Kilka zdjęć z kapliczek w środku…

DSC_4585DSC_4586DSC_4614DSC_4617DSC_4629DSC_4632DSC_4638Warto być tu także wieczorem, po zachodzie słońca, gdy najcenniejszy zabytek lśni ostatnimi promieniami słońca na tle granatowego nieba. Później włączane są ogromne światła oświetlające budowlę. Gdy już jest ciemno, w Shwedagon Pagoda zapalane jest tysiące malutkich świeczek ułożonych dookoła pagody. Całość staje się jeszcze bardziej magiczna. Przybywa coraz więcej ludzi, każdy w ciszy medytuje, podziwia, ogląda, spotyka się ze znajomymi.

DSC_4581DSC_4582DSC_4642DSC_4643DSC_4649Po drodze do naszego hotelu, zatrzymujmy się dosłownie na moment przy Sule Pagoda, od której jutro zaczniemy zwiedzanie Yangon.

DSC_4650Mieszkamy w Downtown – takiej „Hawanie” Birmy…

Widok z naszej norki na ulicę

DSC_4653Do Sule Pagoda mamy raptem 650 metrów z naszego hotelu… idziemy, rozglądając się wkoło… :)

DSC_4654DSC_4657DSC_4658DSC_4659DSC_4661Po kilku minutach docieramy na miejsce. Licząca sobie 2000 lat świątynia stoi na głównym rondzie miasta i od niej liczone są wszystkie odległości w Birmie. Wstęp dla turystów – 3000 Kyatów. DSC_4691DSC_4672DSC_4669DSC_4674DSC_4677DSC_4676w bliskim sąsiedztwie, położony jest budynek sądu najwyższego oraz ratusz

DSC_4685DSC_4690DSC_4662Włócząc się niespiesznie po mieście, zaglądamy w różne zakamarki i obserwujemy życie ulicy…

DSC_4696DSC_4697DSC_4699DSC_4702Docieramy do Botahtaung Paya. Jest to jedna z ważniejszych świątyń w Yangon, gdyż wchodząc do środka, mamy możliwość zobaczenia relikwiarza z włosem Buddy, w innym miejscu zęba Buddy.  Dokładna data wybudowania pagody nie jest znana, ale według legend miała powstać jeszcze za życia Buddy, a więc ponad 2 500 lat temu – wstęp do świątyni 8000 Kyatów. Młodsza część naszej wycieczki, mówiąc delikatnie nie pała wejściem do środka… mają ochotę na coś zimnego do picia, czy na lody… Dwa strzały w zewnątrz i robimy w tył zwrot :) .

DSC_4704DSC_4707Zależało nam jeszcze na odwiedzeniu Parku Bagyoke, bierzemy więc taxi i jak wydaje nam się, jedziemy w tamtym kierunku… Pomimo, że ulice mają po kilka pasów, to jest tam tyle samochodów i skuterów, że mimo to tworzą się niesamowite korki – i tak jest o każdej porze dnia w Yangon. Nagle koleś skręca i podwozi nas do Shwedagon Pagody…  i mówi, że jesteśmy na miejscu. Gdybyśmy nie byli tutaj wczoraj, to pewnie uwierzylibyśmy na słowo :) . Staramy się wytłumaczyć sympatycznemu kierowcy, że nam zależy na Bagyoke Parku, położonym w pobliżu ZOO. Uśmiechnięty driver przytakuje wypowiadając swoje magiczne słowa OK, Ok no problem i jedziemy dalej… po 15 minutach docieramy, jak nam się wydaje, do właściwego miejsca.

DSC_4709Podchodzimy do kasy, ale okazuje się, że jesteśmy pod drugim wejściem do Shwedagon Pagody 😀 , od strony parku Theingottara.  Trudno świetnie… pochodzimy sobie zatem po okolicy :) .

DSC_4712DSC_4713DSC_4714DSC_4716Po krótkim spacerku, łapiemy taxi i przez chińską dzielnicę…

DSC_4725DSC_4723wracamy do hotelu. Zamawiamy taxi na miejscowy dworzec PKS, bo dzisiejszą noc spędzimy w autobusie, w drodze nad jezioro Inle. Wyjazd o godz. 18.00, a na miejscu w Nyaung Shwe nad jeziorem, powinniśmy zameldować się koło 5:30. Dla niektórych to może się wydawać abstrakcją, ale podróże autobusami po Birmie to bardzo wygodna i stosunkowo tania opcja, która dodatkowo pozwala zaoszczędzić sporo czasu – podróżując w nocy :) . Na większości głównych tras można wybrać pomiędzy droższymi autokarami VIP (są to wygodne busy z rozkładanymi fotelami), a tańszymi autorkami (przejazdy nimi trwają nieco dłużej). Pojazdy są bardzo wygodne i czyste, a w cenie biletu często jest butelka wody, w busach VIP, którą wybraliśmy, również drobna przekąska jak i ciepły posiłek.

tutaj wnętrze naszego autobusu… siedzenia rozkładane, do pozycji leżącej, wysuwany podnóżek, miejsca na nogi bardzo dużo, telewizorki z muzyką i filmami, obsługujące stewardesy… jednym słowem nie spodziewałem się aż takiego komfortu. DSC_4731Przed wyjazdem, wszyscy ostrzegali, że kierowcy włączają klimę na maxa, temperatura często spada do 16 stopni, a regulacja natężenia dmuchawy nie działa… i podróżuje się generalnie w czapkach, szalikach i grubych kurtkach. Przygotowałem na tę okoliczność srebrną taśmę, którą chciałem zaklejać kratki wentylacyjne, ale ani razu nie była mi ona potrzebna. W naszym przypadku wszystko było na tip-top, nadmienię tylko, że pierwszą podróż spędziłem w krótkim rękawie i nie czułem żadnego dyskomfortu. Jeszcze jedna podróż nocna z nad jeziora do Bagan, również nie należała do zimnych – wniosek – albo taka działająca na maxa klima występuje w autobusach niższej klasy ( za każdym razem braliśmy autokary VIP), albo takie zamrażanie podróżnych należy odłożyć do lamusa.

Przed wjazdem do strefy turystycznej uiszczamy opłatę 12,500 Kyatów/osoba – można również zapłacić w USD – 10 $. Bilet jest ważny przez 7 dni. O 5.40 meldujemy się w Nyaungshwe – małej, sympatycznej wiosce, która leży wśród kanałów prowadzących nad jezioro Inle. Tu zatrzymuje się większość budżetowych turystów, bo hotele nad samym jeziorem należą do zupełnie innej klasy cenowej. W wiosce jest sporo hotelików, kilka knajpek i dużo mini agencji turystycznych organizujących wyprawy nad jezioro. Wysiadamy na ulicy i od razu mamy wokół siebie grupkę naganiaczy…

– taxi, taxi… spoglądam na aplikację maps.me, okazuje się, że do naszego hoteliku mamy raptem 500 metrów… dzięki pójdziemy z buta :) .

– To może potrzebujecie łódkę? porozmawiać możemy, to nic nie kosztuje.. koleś opowiada o wycieczkach, co możemy zobaczyć, przekonuje, że sam jest driverem i jak pójdziemy do hotelu, no na pewno zapłacimy więcej :) . Na pewno to Kopernik nie żyje… 😀 .

Tak, jak się spodziewaliśmy, w hotelu za 6 osób – łódka na 7 h kosztowała nas 28 000 Kyatów – czyli około 20 dolców :) Fajnie, w miarę tanio :) . Po całej nocy byliśmy delikatnie zmęczeni i tego dnia chcieliśmy sobie zrobić tylko taki rekonesans po północnej części jeziora – zobaczyć targ, świątynie, kilka manufaktur… Zrzucamy nasze bagaże, jemy śniadanko i za 15 minut przychodzi po nas łódkowy driver.

Jezioro Inle należy do największych atrakcji Myanmar. Jest dość malowniczo położone, ma 22 kilometry długości, 11 kilometrów w najszerszym miejscu, jest bardzo płytkie i ze wszystkich stron otoczone jest górami. Nad jeziorem, oraz wśród licznych okolicznych kanałów, znajduje się kilka czarujących wiosek z małymi drewnianymi świątyniami i kolorowymi targami. Najciekawsze są wioski wybudowane dosłownie nad taflą jeziora, domy stojące na palach, szkoły, świątynie, sklepy, wszystko metr nad wodą. A przed domami zamiast rowerów stoją zaparkowane łodzie. Nawet ogrody i pola uprawne można w ten sposób zorganizować.

Rano na jeziorze jest chłodno… o wiele chłodniej niż w autobusie, którym tutaj dojechaliśmy. Polar, czy lekka kurtka to wymagane minimum, żeby czuć się komfortowo na pędzącej sporą prędkością łodzi.

zdjęcie poglądowe łodzi – każdy ma swój drewniany fotelik z poduszką, jest jest bardzo wygodnie.

DSC_5262Pakujemy się do łódki, odpalamy silnik i początkowo płyniemy kanałem – wąską autostradą do jeziora. Zaraz po wpłynięciu mamy okazję zobaczyć symbol jeziora Inle – rybaków z plemienia Intha, którzy od setek lat łowią ryby w taki ekwilibrystyczny sposób…

DSC_4745DSC_4748DSC_4749DSC_4755DSC_4760DSC_4762Płyniemy po jeziorze – naszym pierwszym celem będzie odbywający się, gdzieś po przeciwnej stronie jeziora, Five Day Market (lokalny targ) … ale zanim to nastąpi, podglądamy życie mieszkańców…

DSC_4772DSC_4775DSC_4778DSC_4782DSC_4786DSC_4788DSC_4793DSC_4807kobieta z plemienia Pa-O, z charakterystyczną,  kraciastą chustą na głowie,

DSC_4813powoli dobijamy do brzegu….

DSC_4818DSC_4819Okazuje się, że dzisiejszy targ odbywa się w małej wiosce Taung To, którą oczywiście zamieszkuje plemię Pa-O. Targ jest częścią Five Day Market, gdzie raz na pięć dni schodzą się ludzie mieszkający w górach, aby handlować, wymieniać i sprzedawać swoje dobra. Jak w każdej wiosce, także i tutaj istnieje kompleks pagód, w tym wypadku noszą one nazwę  Taung To Kyaung…

DSC_4841DSC_4843DSC_4845DSC_4847DSC_4849DSC_4850DSC_4851i dosłownie kilka strzałów z targu…

DSC_4856DSC_4866kobiety plemienia Pa-O oferujące drewno na opał,

DSC_4823DSC_4827DSC_4825DSC_4820Po godzinie zachwycania się targiem i świątynią, wsiadamy ponownie do naszej łódeczki i płyniemy w stronę wioski, w której wyrabia się ceramikę.

Docieramy do wioski, akurat miejscowi wracają z targu…

DSC_4875DSC_4876DSC_4879

DSC_4898W jednej takiej chacie mamy okazję zobaczyć proces powstawania glinianych garnków. Jak to w takich manufakturach bywa, najpierw pani sama wyrabia miseczki, a potem zachęca moją córkę, żeby spróbowała swoich sił.

DSC_4891Kolejny punkt programu to domek na palach, gdzie wyrabia się materiały i szyje z nich ubrania.

DSC_4926Sympatyczna młoda Birmanka oprowadza nas i opowiada cały proces powstawania włókien, tkania, elementy farbowania, aż do wyrobu gotowego produktu w postaci longyi, koszul, toreb. Mamy tutaj do dyspozycji materiały wykonane z jedwabiu, bawełny, lotosu – nić wyciągana z tego kwiatu robi spore wrażenie. Wszystko piękne i kolorowe.

DSC_4912DSC_4916DSC_4923Podczas naszej wycieczki, wstępujmy również do „fabryki papierosów”.

DSC_4931Ale czy to są w ogóle papierosy? A gdzie biała bibuła, czy filtr? Sięgając pamięcią, nie potrafię sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek zauważyłam Birmańczyka palącego normalnego papierosa, za to na ulicach widać sporo osób z tymi zielonymi zawiniątkami. Kobiety pokazują nam, jak się wypełnia i skręca takie lokalne cygarko – zwane Cheroot. Cheroot to tytoń i drobniutkie kawałki drewienek o różnym zapachu, na przykład bananów czy tamaryndu  zawinięte w wysuszony i zrolowany liść. Najpopularniejsze są właśnie te cienkie, zielone papierosy. Na straganach leżą ułożone w spore piramidy, można je kupować na sztuki.

DSC_4935Po zwiedzaniu manufaktur, teraz coś dla ducha. Płyniemy do świątyni Phaung Daw Oo Paya, w której znajduje się 5 starych posągów Buddy, zdeformowanych od wcierania płatków złota, tak że wyglądają jak złote bałwany.

DSC_4938DSC_4941DSC_4942Następnie odwiedzamy dość przykre miejsce – tkalnię kobiet żyraf z plemienia Padaung, skrzyżowanie cepelii i ludzkiego zoo – 3 panie z zaobrączkowanymi szyjami tkają, dwie witają gości i pozują Chińczykom do zdjęć. Na kartce info, że liczba i waga obręczy zmienia się z wiekiem: 9 lat – 8 kg, 20 lat – 12 kg, w wieku dojrzałym – 24 kg. Obręcze można podnieść i samemu przekonać się, jak mocno kruchy kark mają kobiety Padaung.

DSC_4950DSC_4953DSC_4955

DSC_4965Przed domkiem kobiet Padaung, również kwitnie handelek

DSC_4969

DSC_4947Ostatni przystanek robimy w Nga Phe Chaung Monastery – znanego też jako „świątynia skaczących kotów”. Jest on największym i najstarszym klasztorem na jeziorze Inle, zbudowanym z drewna teakowego. Na wejściu oczywiście bazarek 😀 .

DSC_4993DSC_4994DSC_4996a tutaj kotki, zamieszkujące klasztor.

DSC_4997DSC_4998Niestety nasz dzień na jeziorze Inle powoli dobiega końca. Jednak raz jeszcze możemy oglądać rybaków, którzy zwijają swoje kosze i sieci i wracają do domu z owocami dzisiejszej pracy.

DSC_5000DSC_5001DSC_5002Kolację jemy w restauracji Sin Yaw bardzo polecanej na Tripadvisor – jedzenie tak nam zasmakowało, że każdy dzień kończyliśmy w tym miejscu.

DSC_5012DSC_5014DSC_5015Na następny dzień zaklepaliśmy sobie łódkę do Samkar – tym razem koszt wynajęcia łodzi to 50000 Kyatów dla naszej szóstki. Samkar to niewielka wieś, znana również jako Sankar,  położona na południowym krańcu jeziora Inle. Podróż w jedną stronę zajmuje około 3 h… tym razem popłyniemy z dala od turystycznych miejsc :) .

Ponownie mijamy rybaków

DSC_5018wyjeżdżamy ze strefy turystycznej, mijamy typowe domki rybaków

DSC_5019DSC_5025oraz różne świątynie.

DSC_5027DSC_5030DSC_5033DSC_5035Nagle wbijamy się w jakieś chaszcze… nie możemy płynąć ani do przodu, ani do tyłu :( . Nasz driver dzielnie walczy, ale niewiele z tego wynika…

DSC_5037Zaczyna kropić, a za chwilę już porządnie pada. Kto by się spodziewał tutaj deszczu?? Dobrze, że tym razem łódka wyposażona jest w parasolki. Po kilkunastu minutach na pomoc przychodzi nam inna łódka, która wyciąga nas z opresji… możemy zatem płynąć dalej, ale tym razem innym kanałem…

Dopływamy do starożytnych ruin Samkar

DSC_5041DSC_5043DSC_5048DSC_5049DSC_5056DSC_5057DSC_5062Pokręciliśmy się po „ruinach” i postanawiamy podejść jeszcze do wioski. Dzieciaki akurat wychodzą ze szkoły, są trochę nieśmiałe i niezbyt chętnie pozują…

DSC_5066DSC_5068DSC_5081DSC_5090DSC_5091DSC_5099DSC_5106Powoli zbieramy się i wracamy :) ,

DSC_5112przedzierając się przez chaszcze. DSC_5118Mijamy liczne pagody,

DSC_5121i podpływamy jeszcze pod kompleks Takhaung Mwetaw Pagoda. DSC_5127DSC_5128DSC_5134

DSC_5138DSC_5140DSC_5142DSC_5146DSC_5148DSC_5150DSC_5151DSC_5157DSC_5161Wracamy z powrotem do Nyaung Shwe, podglądając życie miejscowych…

DSC_5196

DSC_5169A tak się suszy makaron ryżowy…

DSC_5185DSC_5190DSC_5197DSC_5214DSC_5218DSC_5210Atrakcją na jeziorze są pływające plantacje, które za chwilę będziemy mieli okazję zobaczyć. Uprawia się tu nie tylko warzywa i owoce, ale również kwiaty, które każdego ranka łodziami dostarczane są na targi do przybrzeżnych miejscowości, a następnie, już drogą lądową, rozwożone po niemal całym kraju.

DSC_5224DSC_5217DSC_5212Podłoże w pływających ogrodach robione jest ręcznie z wyławianych butwiejących części roślin i gleby, utwierdzanych na bambusowych tyczkach. Dzięki stałemu dostępowi do wody plony są tu niezwykle obfite przez cały rok, a gorące słońce sprawia, że owoce i warzywa są aromatyczne i smaczne.

Wracamy do naszego portu i podążamy przez knajpę do hotelu.

DSC_5264Tu jako ciekawostka – oznaczenie i wytłumaczenie sygnalizacji świetlnej :) , z takimi znakami spotkaliśmy się wielokrotnie w Myanmar.

DSC_5269Na następny dzień organizujemy sobie wycieczkę do Kakku Pagodas, położonych w odległości około 80 km od naszej norki nad jeziorem Inle… droga w jedną stronę zajmie nam około 2 godzin. Wynajmujemy w tym celu na rano 6 osobowego vana z kierowcą na cały dzień – koszt 65 000 Kyatów.

Pierwszym punktem naszej wycieczki jest Shwe Yaunghwe Kyaung – najbardziej charakterystyczny klasztor w Birmie z owalnymi oknami. Zbudowany z drewna tekowego w XIX wieku. Z zewnątrz nie wzbudza on wielkiego zachwytu, jednak przy odrobinie szczęścia i cierpliwości, można spotkać w nim uczących się i medytujących mnichów.

DSC_5270DSC_5271DSC_5274kilka zdjęć z wnętrza

DSC_5278DSC_5292DSC_5296sala, gdzie mieszkają mnisi….

DSC_5285

DSC_5291DSC_5298DSC_5320DSC_5301Wyruszamy w dalszą drogę. W miejscowości Taung Gyi (stolicy prowincji Shan) dosiada się do nas przewodniczka, za której obecność płacimy w agencji 10$ + kupujemy bilety wstępu do Kakku Pagodas – 3$ /os. Oto ta sympatyczna dziewczyna – studentka turystyki – która obligatoryjnie kilka miesięcy w roku pełni rolę przewodnika dla turystów.

DSC_5322W miejscowości Nar Baung, przez którą przejeżdżamy, w każdy piątek odbywa się wielki targ, my niestety jesteśmy tutaj w czwartek, więc ta atrakcja nas ominie. Zatrzymujemy się w wiosce Won Ya – rodzinnej mieścinie naszej przewodniczki, która pokazuje nam typową chatę plemienia Pa-O.

Wejście do domu – płot zrobiony z bambusa,

DSC_5348na samym dole – spiżarnia – głównie worki z ryżem

DSC_5326a na górze… salony :) – kuchnia z paleniskiem na środku i sypiania.

DSC_5340DSC_5337Dojeżdżamy do celu naszej dzisiejszej wycieczki – Kakku Pagodas, które są jednym z największych i najbardziej spektakularnych zabytków w Azji. Na jednym kilometrze kwadratowym zbudowanych jest ponad 2000 stup, które tworzą niesamowity „las stupas” 😀 .

DSC_5349Stupy zbudowane są w ogromnej  różnorodności stylów architektonicznych – zapraszam do środka :) .

DSC_5351DSC_5354DSC_5355DSC_5359DSC_5374DSC_5375DSC_5378DSC_5380DSC_5382świnka skarbonka 😀

DSC_5387a tu moja Młoda uderzająca trzy razy w dzwon – za zdrowie, za szczęście i dobrobyt…

DSC_5369DSC_5391DSC_5394DSC_5399DSC_5402DSC_5406Po zwiedzaniu wszyscy zgłodnieli… nieopodal stup miejscowi rozłożyli się ze swoimi towarami… idziemy zatem pozaglądać, co na targu „piszczy”

Krówka, która odżywia się arbuzem, w ogóle nie zwraca na nas uwagi,

DSC_5413ale handlujące dziewczyny… to i owszem 😀

DSC_5417DSC_5420DSC_5426DSC_5427kupujemy jakieś przekąski… prażoną czerwoną fasolkę, prażony bób, suszone banany, kurkumę…

DSC_5433DSC_5431DSC_5437a u tego pana zamawiamy 4 miejscowe zupy, prawdopodobnie tofu w sosie, jakieś miejscowe chipsy do piwa + coś bliżej nieokreślonego w cieście, smażonego na głębokim tłuszczu + pyszny sos… i płacimy za całość zamówienia 3000 Kytaów (2,20 USD). 😀 . Bajka 😀 .

DSC_5441Po pysznym jedzonku wracamy do Nyaung Shwe… szybka kolacja w naszej ulubionej knajpie Sin Yaw, zabieramy z hotelu walizki i podążamy do przedstawiciela JJ Express, skąd wyruszymy nocnym autobusem do Nyaung U – przedmieść Bagan.

Bagan – Dawne Królestwo Paganu jest jednym z najpopularniejszych miejsc do odwiedzenia w Azji, na równi z Borobadur w Indonezji czy kompleksu świątyń Angkoru w Kambodży.

Arimaddanpura – „Miasto, które niszczy swoich wrogów” tak nazywał się Pagan zanim król Anawratha podbił ten obszar, a potem go powiększył do 42 kilometrów kwadratowych.
Wyobraźcie sobie, że na tym kompletnie płaskim terenie, w czasach swojej świetności, wybudowanych było ok 13.000 stup, klasztorów i świątyń. Na dzień dzisiejszy jest ich około dwóch tysięcy, rozrzuconych po całym obszarze. Większość nie przetrwała próby czasu, ze względu na to, że konstrukcja była drewniana, wojen toczących się na tym obszarze, grabieży oraz trzęsień ziemi. W latach 1044 – 1287 miasto było stolicą Królestwa Paganu, które to potem rozrastało się i rozrastało, aż przekształciło się w Birmę. Ale dla mnie jest ciekawe również i to, że wśród tych budowli toczy się życie, jakie toczyło się 100 czy 200 lat temu. Tyle, tytułem wstępu :) .

Dzisiejsza nocna trasa liczy około 320 km czyli 7,5 godziny na leżankach 😀 . Koło 4.00 nad ranem docieramy na dworzec autobusowy w Nyaung U, uprzednio wykupując 5 dniowy bilet za wjazd do strefy archeologicznej w kwocie 25 000 Kytaów. Można płacić walutą amerykańską – jak zwykle mniej opłacalnie… w tym wypadku 20$. Radzę ten kawałek papierka mieć przy sobie, bo po świątyniach jeździ policja turystyczna i proszą zwiedzających o pokazanie pozwolenia. Ledwo wychodzimy z autobusu i już napadają na nas „hieny” 😀

– Taxi, taxi, łamanym angielskim łer ju ga ? big bus big  bas cip.. cip…

– spoglądam na „apkę” maps.me – kurde… 4 km…. daleko. Pytam ile taka przyjemność :)

– cip cip… twe tausend… pokaż mi na palcach kolego, bo ja już znam Wasze cipcip… 😀 12 tysięcy czyli ponad 8 dolców… koleś chyba z konia spadł, albo słońce mu mocno przygrzało… podchodzimy do kolejnego i jeszcze jednego… i każdy ta sama śpiewka… cipcip 12 000. Jest 4 w nocy, poza okolicą dworca nikogo, żywej duszy, o złapaniu czegoś innego można zapomnieć. Nie pozostaje nam nic innego jak zapłacić kolejny „haracz” za wjazd do strefy archeologicznej… Podjeżdżamy pod hotel i koleś proponuje nam swoje usługi bycia kierowcą podczas zwiedzania świątyń… odpowiadam krótko – ze złodziejami nie jeżdżę :) .

W hotelu dostajemy od razu jeden pokój, drugi ma być dla nas przygotowany jeszcze przed południem, mimo, że doba zaczyna się o 14.00. Pytamy skąd startują balony – lot balonem o wschodzie słońca nad Bagan to ma być nasz gwóźdź programu w tym jakże pięknym miejscu. Impreza jest cholernie droga – cena waha się od 320 do 400 dolców/osoba, ale naoglądałem się tylu zdjęć, że…”raz się żyje”. Do tej pory żałuję, że nie odbyłem podobnego lotu nad pustynią Namib w Namibii… cena podobna i do tej pory mam wyrzuty sumienia, że się nie zdecydowałem…

Okazuje się, że baloniki startują jakieś 1,5 km od naszego hotelu na wielkim polu golfowym… bierzemy czołówki, bo ciemno jak w tyłku u miejscowego – latarni brak… maps.me w dłoń i ruszamy. Dochodzimy do pola, ale balonów ani widu, ani słychu. Zaczyna już świtać, a my tak się „krzątamy” w poszukiwaniu jakiś odgłosów, czy czegokolwiek… spora przestrzeń, trawa, drzewa, trawa, drzewa… Nagle słychać wielki szum, który przypomina efekt włączonych suszarek… podążamy w tamtym kierunku, przedzieramy się przez wysokie trawy, chaszcze…. i nagle naszym oczom ukazują się baloniki…

DSC_5444jakie te baloooooony są ogroooooomne 😀

DSC_5449DSC_5454DSC_5455Baloniki poleciały… mamy nadzieję, na miejscu u obsługi, dla naszej szóstki, załatwić jakiś rabat… płacić po 320 dolców/osoba wcale nam się nie uśmiecha… ale wszyscy odsyłają nas do hotelu – bo tam sprzedawane są bilety na tą atrakcję… Trudno świetnie 😀 .

Docieramy do hotelu… delikatnie zmęczeni – nie dość, że po całej nocce w autobusie, to już po 9 rano po ponad trzy kilometrowym spacerku :) . W recepcji dowiadujemy się, że wszystkie loty balonem na kolejne dwa dni są już wyprzedane… dla nas to szok!!! Chcieliśmy negocjować cenę, a tu się okazuje, że baloniki mają pełne obłożenie. Miła recepcjonistka sugeruje, żeby następnego dnia przyjść do niej przed godz. 9.00, bo o tej porze otwierają się właśnie wszystkie agencje, które sprzedają bilety na tą atrakcję.

Bagan można zwiedzać na trzy sposoby: można wynająć rower i samodzielnie odkrywać piękno tego miejsca, bardziej leniwi mogą wynająć mały zaprzęg napędzany koniem wraz z woźnicą dorabiającym sobie także jako przewodnik, można też wynająć klimatyzowaną taxi i nią komfortowo zwiedzać. My wybraliśmy opcję numer 3 :) nie dość, że była nas 6, to ten sposób okazał się dla nas najbardziej korzystnym finansowo 😀 .

Zamawiamy w recepcji taxi na cały dzień – 10.00 – 18.00 za 45 000 Kytaów i spokojnie udajemy się na śniadanko :) .

Przedstawiam kierowcy mapkę, jaki mamy plan na dzisiejszy dzień, jakie świątynie chcemy zobaczyć… ten coś stara się nam przekazać – suma summarum zrozumieliśmy „no problem”.

Na pierwszy ogień idzie kompleks świątyń Tha Kya Pone ( nie mieliśmy jej w planach, ale OK, może jest po drodze do następnych, które mamy w planach 😀 ) .

Taka małą dygresja… swoje obuwie obowiązkowo należy pozostawić przed wejściem na każdą świątynię czy stupę.

DSC_5471DSC_5472DSC_5474DSC_5475Jedziemy do kolejnej świątyni… Htilominlo – mieliśmy ją w planach na kolejny dzień, ale chyba się z gościem nie dogadamy… ten potrafi tylko pokazać na zegarku, ile wystarczy nam czasu na zwiedzenie tego miejsca… Mingalabar Myanmar :) .

Przed świątynią masa kramów, sprzedawców… tu akurat kobiety sprzedają thanakę. Większość kobiet i dzieci, a także niektórzy mężczyźni mają twarze wymalowane kremowo-białą lub żółtawą substancją.  To jest właśnie thanaka. Thanaka to również nazwa drzewa, którego kawałek ściera się na specjalnym kamieniu „kyauk pyin” na pył ( na zdjęciu poniżej) . Później do takiego proszku dodaje się troszkę wody, aż powstanie jednolita maź i gotowe. Nakłada się ją na twarz w wielu celach. Ochrona przed słońcem, komarami, wiatrem i innymi czynnikami. Wybiela i wygładza skórę i nadaje jej blasku, co jest szalenie istotne w kulturach dalekowschodnich. Dodatkowo zwalcza pryszcze i po prostu upiększa. Czasem, dla dodatkowej ozdoby tworzy się na twarzy wzorki ułożone w kwiaty, liście, koła.

DSC_5476DSC_5477kilka zdjęć ze świątyni Htilominlo

DSC_5481DSC_5485DSC_5478DSC_5486Kolejna świątynia to Thatbinnyu – jedna z najwyższych, zbudowana w XII wieku.

DSC_5490DSC_5491DSC_5494DSC_5500Tutaj mamy okazję podziwiać jedną z najstarszych świątyń w Bagan – Manuha Paya

DSC_5510DSC_5504DSC_5506DSC_5508DSC_5513Kolejne cudeńko to świątynia Mahabodhi, zbudowana w XIII wieku, na wzór indyjskiej świątyni w Bihar o tej samej nazwie.

DSC_5514DSC_5515Dojeżdżamy do Shwegugyi Paya i mówiąc szczerze, bardziej interesuje nas to, co się dzieje w koło :) .

DSC_5517dziewczyna, u której kupujemy kokosy

DSC_5521DSC_5525i dosłownie dwa zdjęcia tej świątyni – na zewnątrz

DSC_5526i w środku

DSC_5527i dwa zdjęcia na okolicę

DSC_5529DSC_5534DSC_5537DSC_5540a teraz Ananda – w całej swojej krasie :) . Nazywana „Klejnotem Baganu”, jedna z najpiękniejszych i najbardziej zatłoczonych świątyń w całym królestwie. Warto ją zwiedzić podczas południowych upałów, a szczególnie schronić się w środku i na spokojnie powędrować każdą odnogą chłodnego korytarza wypełnionego posągami Buddy. W środku można zobaczyć cztery drewniane 9,5 metrowe posągi Buddy, które są pozłacane. Na zewnątrz Świątyni jest ogromny taras, po którym można pospacerować i podziwiać jej wspaniałą architekturę z XII wieku.

DSC_5553DSC_5542DSC_5545DSC_5548DSC_5560DSC_5555Robi się już tak niemiłosiernie gorąco, że postanawiamy na dwie godzinki wyskoczyć do hotelu. Chłodny prysznic, zimne piwko, dobrze nam zrobią i przywrócą siły witalne.

Na zachód słońca wybieramy świątynię Bulethi. Nie pozostaje nic innego jak zdjąć buty i zająć dogodne dla siebie miejsce. Oczywiście nie oczekujcie, że będziecie sami, jest to jedna z najbardziej obleganych przez turystów świątyń.

DSC_5563DSC_5568DSC_5569DSC_5570DSC_5573DSC_5576DSC_5582DSC_5585DSC_5590DSC_5592Następnego dnia już od 8:55 koczujemy w recepcji prosimy, by dzwonili do agencji balonowych, w celu załatwienia nam widoków „z góry” na świątynie… 9:01 – wszystko wyprzedane… nosz ku**** , to na jakiej zasadzie można wykupić taki fakultet? Siadamy do kompa, szukamy agencji przez internet – w Bagan są trzy firmy organizujące taką wycieczkę – nazwaliśmy je umownie – od kolorów balonów – żółta ( najtańsza – 320 $ – z miejscem na 8 osób/balon), czerwona – ( 350 $ – 12-16 osób ) i zielona (395 $ – 8 osób). Wszędzie wszystko wyprzedane na 5 dni do przodu… najbliższy wolny termin to dzień naszego lądowania w  Warszawie… Słabo, gdybyśmy wiedzieli, że tak wygląda sprawa z balonikami, wykupilibyśmy tą atrakcję ze sporym wyprzedzeniem czasowym, a tak… pooglądaliśmy baloniki z dołu  i niestety musi to nam wystarczyć :( . Prosimy, jeszcze w recepcji, żeby zadzwonili do tych agencji i jak się okaże, że zwolniło się jakieś miejsce, to najwyżej polecą wybrani…  Nikt nam nie może dać gwarancji, ale spróbować warto…

Zamawiamy tym razem taxi na pół dnia… bo jest już prawie południe – 25 000 Kyatów za brykę :) .

Tym razem jedziemy już według naszego mix planu – wczoraj mieliśmy kierowcę, co woził nas gdzie chciał i nasza mapka nie była mu do niczego potrzebna.

Pierwsza świątynia, jaką odwiedzamy to Shwezigon Paya. Jest jedną z najstarszych budowli w Bagan. Legenda mówi, że jej budowę wyznaczył puszczony swobodnie biały słoń z relikwią Buddy na grzbiecie, ponieważ przy budowie świątyń nie decydowała wola człowieka tylko królewskiego słonia. Shwezigon Paya jest odrobinę podobna do Shwedagon z Yangonu lecz mniejsza, co nie znaczy gorsza.

tutaj 2 zdjęcia z okolic Shwezigon

DSC_5608DSC_5610i wchodzimy do środka…

DSC_5611DSC_5616DSC_5618Świątynia przyciąga bardzo dużą ilość modlących się Birmańczyków, którzy w wolnej chwili będą Was zaczepiać i prosić o wspólne zdjęcia.

DSC_5620Kobiety z plemienia Pa-O

DSC_5623DSC_5625DSC_5630DSC_5627DSC_5631Kolejna „perełka” to Upalithein – słynnego mnicha Upali – świątynia zbudowana w XIII wieku stoi dokładnie naprzeciwko świątynie Htilominlo, w której byliśmy wczoraj…. wewnątrz piękne murale i konstrukcja podtrzymująca ściany przed zawaleniem się.

DSC_5637DSC_5639i kilka zdjęć świątyń, położonych tuż obok

DSC_5634DSC_5638DSC_5641Jedziemy do świątyni Sulamani, zbudowanej pod koniec XII wieku, moim skromnym zdaniem, jednej z najpiękniejszych w Bagan.

DSC_5644DSC_5645DSC_5646DSC_5649DSC_5651DSC_5658DSC_5672DSC_5675Wracając z Sulamani, zatrzymujemy się w „szczerym polu” …

DSC_5680DSC_5683DSC_5686

 DSC_5687DSC_5689Dojeżdżamy do Gubyauk Gyi…. tutaj nie wolno robić zdjęć… Nie wiem czemu, bo świątynia nie wyróżnia się niczym specjalnym, a freski na ścianach są o wiele lepsze w Sulamani, nie wspominając chociażby o Upalithein :) . Ale w sumie, nie zawsze pagody są najważniejsze 😀 .
DSC_5694DSC_5696jedno zdjęcie cegiełek…
DSC_5698DSC_5700i kilka z bliskiej okolicy
DSC_5704DSC_5705DSC_5720DSC_5716DSC_5721Krążąc między świątyniami dostajemy info z hotelu, że są dwa miejsca na zielony Balon…. cena raptem 395 $ osoba…. jak reflektujemy, to musimy być w hotelu w ciągu kwadransa, bo są też inni chętni… Każda rodzina (jesteśmy 2x 2+1 😀 ) wybiera swojego przedstawiciela i śmigamy do hotelu po gorące bileciki… Huuuuuurrrrraaaaaaa 😀 – wariaci… nie mylić z Marichi z Meksyku 😀
Mając wykupiony lot, jestem w takiej euforii, że nawet zapominam o zabraniu statywu na zachód słońca, który tym razem mamy zaplanowany na Shwesandaw Paya – świątyni z najlepszym widokiem na cały Bagan…
Focie z ręki… ale „wstydu”, moim zdaniem, nie ma 😀
DSC_5725DSC_5725aDSC_5732DSC_5734DSC_5739DSC_5743DSC_5761DSC_5762DSC_5763DSC_5765DSC_5774DSC_5788DSC_5789schodząc na dół… zapełniam kartę jeszcze jednym ujęciem… malowidłem na płótnie.
DSC_5792Pobudka skoro noc… 😀 , bo świta około 7.00, a wyjazd z hotelu na baloniki mamy o 5;30… więc po ciemku zwlekamy się do recepcji i jeszcze nie w pełni świadomi czekającej nas przygody…. idziemy jak po sznurku – najpierw do busika, a potem już na polu golfowym, do stolików, gdzie przy herbacie/kawie otrzymujemy info o zbliżającej się przygodzie…
Załoga próbuje postawić balonik do pionu…
DSC_5799DSC_5801DSC_5803
Wreszcie możemy wskakiwać i….
mamy odlot 😀 😀
DSC_5806DSC_5810Widoki na świątynie….. tu nie trzeba wielu słów…
DSC_5811DSC_5812DSC_5822DSC_5826DSC_5830DSC_5831DSC_5836DSC_5839DSC_5843DSC_5844DSC_5846DSC_5848DSC_5849DSC_5854DSC_5865DSC_5872DSC_5877DSC_5880DSC_5891DSC_5894DSC_5896Po niecałej godzinie bycia w górze, zaczynamy schodzić na ziemię….
DSC_5904DSC_5910DSC_5926DSC_5938DSC_5942i wylądowaliśmy….
DSC_5951szampan, truskawki, arbuzy i inne owoce….
tutaj nasz balonowy driver – Anglik, mówiący fajnym językiem, zero seplenienia i ucinania wyrazów w połowie… pierwszy raz zrozumiałem Angola 😀
DSC_5953Czy poleciałbym jeszcze raz takim balonem za taką kasę…? Nie wiem, ale wychodzę z założenia, że wolę żałować, że coś zrobiłem, niż żałować, że czegoś nie zrobiłem… 😀 Było bardzo fajnie, co widać na zdjęciach, ale moim zdaniem za tyle kasy…
Wracamy do hotelu, szybkie śniadanko i wyruszamy na miejscowy rynek… Mani Sithu Market..
kilka zdjęć z mało turystycznych miejsc 😀
DSC_5954DSC_5955DSC_5956i docieramy na targowisko, gdzie jest praktycznie wszystko 😀
DSC_5961DSC_5963DSC_5964kobiety sprzedające ryż…
DSC_5965tutaj pocięte orzeszki palmy areki, głównego składnika betelu (wspominałem o tej używce na wstępie relacji), które powodują, że ślina staje się toksyczna i ma barwę brudnej krwi…
DSC_5969a tutaj liście pieprzu betelowego – w nie zawija się się orzeszki palmy areki, dodaje trochę sproszkowanego mleka wapiennego i mamy gotowe „zawiniątko” dla każdego mężczyzny – czyli tzw. betel
DSC_5973uliczne gry… wszyscy podchodzą do tego z taką pasją, jakby od wygranej zależało ich życie…
DSC_5975
 tutaj kolejni panowie…  na moje zaczepki nikt nie reagował… grali, jakby byli w transie, jakby ta gra była czymś w rodzaju rosyjskiej ruletki….
DSC_5979w tym wypadku panowie grali na pieniądze (stawki 100-200 Kyatów czyli 30-60 groszy ), ten sympatyczny mężczyzna ( na zdjęciu poniżej) , przegrał prawdopodobnie wszystko. Widząc jego smutną minę, podrzuciłem mu 500 Kytaów, żeby grał dalej… Jego mina mówi wszystko 😀 .
DSC_5981włóczymy się po targu, zaglądając to tu i tam….
DSC_5984DSC_5985DSC_5989DSC_5990pani herbatka 😀
DSC_5997a tutaj kurze jajka….rolę pojemników spełniają łupinki ryżu, które amortyzuję ewentualne obicie się jajek…. genialny pomysł :) .
DSC_5999jeszcze raz liście betelowe
DSC_6000bobas śpiący między ubraniami
DSC_6006DSC_6012„bocznymi drogami” wracamy do naszej norki…
DSC_6020DSC_6021DSC_6022DSC_6026Wracamy z targu…  na dalsze oglądanie „cegiełek”, a tym bardziej buddy, nikt z moich nie ma ochoty, ale ja z chęcią pojechałbym do Mount Popa. Dziewczyny kategorycznie odmawiają, chcą się zrelaksować – najchętniej nad wodą 😀 … Okazuje się, że w Bagan hotel Zfreeti dysponuje basenem, co prawda dla gości hotelowych, ale „obcy „mogą zakupić bilet wstępu za 10 000 Kyatów 😀 . Na basenie pusto, tylko nasi… wszyscy wszak latają po świątyniach w ciągu dnia i zachwycają się „cegiełkami” . Dziewczyny na basen, a ja z kumplem Markiem wynajmujemy sobie kierowcę na pół dnia za 35 000 Kyatów i śmigamy na „Birmański Olimp” (Mount Popa). Taki sam samochód osobowy zamówiony na rano kosztuje o 5000 Kytaów mniej.
Odległość od naszej norki do klasztoru Góry Popa, to niecałe 60 km, ale dotarcie do celu zajmie nam ponad 1,5 h. Klasztor położony jest na szczycie wygasłego  wulkanu i aby dojść do świątyni należy pokonać dokładnie 777 schodów pod blaszanym zadaszeniem, po którym skaczą małpy. Planując zwiedzanie świątyni należy pamiętać, że nie powinno się mieć na sobie ubrań w kolorze czerwonym, czarnym ani zielonym, gdyż, jak wierzą miejscowi, może nie spodobać się to Natom. Z tego samego powodu pod żadnym pozorem na górę nie wolno zabierać ze sobą mięsa.
Docieramy na miejsce – kilka luźnych zdjęć spod birmańskiego Olimpu…
DSC_6031DSC_6032Bardzo często podróżując po Myanmar widzę znak swastyki. W rzeczywistości swastyka jest najstarszym krzyżem i znakiem na świecie. W tradycji buddyjskiej i indyjskiej oznacza ona szczęście i często jest umieszczana na domach po to, aby je przyciągać.
DSC_6033
DSC_6038
DSC_6040
„Wspinamy” się na szczyt świątyni, pokonując kolejne „przeszkody” – „stacje” z ołtarzykami buddy i jego „krewnymi” 😀  Tutaj modlą się Birmańczycy i składają ofiary.
DSC_6048DSC_6050DSC_6051Pokonując kolejne schody, jak zwykle mamy do czynienia z „bazarkiem”,
DSC_6052DSC_6057DSC_6059docieramy na szczyt…
DSC_6064DSC_6066DSC_6067DSC_6068
DSC_6073DSC_6074DSC_6078
DSC_6079DSC_6083DSC_6087DSC_6088widok z góry na miasteczko
DSC_6092DSC_6100miejscowe dziewczyny
DSC_6094DSC_6109i chłopaki 😀
DSC_6104DSC_6108DSC_6065Schodzimy z klasztoru na dół i zatrzymujemy się jeszcze na chwilkę by uchwycić piękny zachód słońca, dla którego w głównej mierze tu przyjechaliśmy.
DSC_6131
 DSC_6132DSC_6133DSC_6135Wracamy do naszego hoteliku, pożegnalna kolacja i jutro z samego rana wyruszamy do Mandalay – OK Bus. Bus zabierze nas z hotelu i zawiezie bezpośrednio do norki w Mandalay – trasa 180 km zajmie nam około 5 godzin. Mandalay jest dużym (drugim po stolicy) i hałaśliwym miastem, ale nie pozbawionym uroku. Stanowi ważne centrum kulturalne i religijne kraju. Duża liczba ciekawych świątyń oraz obecność czterech dawnych stolic w zasięgu jednodniowej wycieczki sprawia, że warto się tu zatrzymać na parę dni. Mandalay ma symetryczny układ ulic i wydaje się, jakby było ułożone z setek równych prostokątów. W dziewiętnastym wieku było nawet stolicą tego kraju. Ma ponad milion mieszkańców i jest centrum myśli i edukacji buddyjskiej. Gdy budowano Mandalay, stosunkowo niedawno, bo w połowie XIX wieku, mnóstwo ludzi zamurowano i zakopano żywcem w miejscach takich jak: tamy, bramy wjazdowe, pałace, mury obronne, zacniejsze budynki, itp. Wierzono, że ofiary staną się duchami opiekuńczymi tych miejsc, zapewnią miastu powodzenie i będą go strzec. Potem, gdy wróżby były złe, liczbę ofiar powiększono o dalsze kilkaset osób! Jakimi kryteriami kierowano się przy wyborze nieszczęśników? Co musiał czuć taki człowiek, gdy go zasypywano? Czy się odruchowo bronił? Czy miał ochotę chronić te mury, które oddawano mu pod opiekę w tak drastyczny sposób? A co jest gorsze, tak ogólnie, czy gdy cię zamurują, czy zakopią żywcem? Makabra. Takie myśli mi chodzą po głowie, gdy tak jadę przez Birmę i patrzę na te nieziemsko piękne widoki. Dojeżdżamy do hotelu koło godz. 13.00, kwaterujmy się i wyruszamy na miasto. W planach mamy pojechać pociągiem do najbliższej stacji i poobserwować ludzi… Dochodzimy na dworzec, sprawdzamy rozkład jazdy pociągów, z którego nic nie wynika i kierujemy się do kasy, żeby kupić bilety na jakimś krótkim odcinku.DSC_6139– (ja) Heloł Mister, chcielibyśmy pojechać… w sumie to nie ma znaczenia, gdzie chcemy pojechać, ale chcielibyśmy się przejechać miejscowym pociągiem… :)
– (Sprzedawca) A dokąd chcecie jechać?
– (ja) nie jest to dla nas w ogóle istotne, chcemy wsiąść do pociągu byle jakiego… 😀 , odbyć krótką trasę, poprzyglądać się miejscowym… i generalnie chcemy poczuć klimat birmańskiego PKP… :)
– (Sprzedawca) OK, OK… ale dokąd chcecie jechać…? odwraca się do swojego przełożonego ( to te w okularach poniżej), z uśmiechem i w swoim slangu mówi.. widzisz tych wariatów, chcą jechać pociągiem, ale nie wiedzą gdzie… co ja mam z nimi zrobić? hahaha. Mina tego drugiego mówi wszystko… Sprzedaj im bilety na jutro… hahaha
– (ja) – za ile odjeżdża jakiś pociąg? jaka jest najbliższa stacja… staram się już mówić literami drukowanymi…. DYSTANS….JAKI DYSTANS DO NAJBLIŻEJ STACJI…GDZIEKOLWIEK.. PÓŁNOC, POŁUDNIE, WSCHÓD, ZACHÓD… N I E I S T O T N E …. chcemy kupić bilety –  6 sztuk….
– (sprzedawca)…. hahahahaDSC_6140Chyba się nie dogadamy…. nici z naszej przejażdżki… ale, że na peronie stoi pociąg, postanawiam bliżej mu się przyjrzeć…DSC_6148DSC_6159DSC_6152DSC_6155DSC_6157DSC_6160DSC_6170DSC_6174DSC_6177Na następny dzień wynajmujemy kierowcę za 65 000 Kyatów, który obwiezie nas po czterech starożytnych stolicach Myanmaru – Sagaing, Mingun, Inwa (Ava), Amarapura.
Wycieczkę zaczynamy od Mahamuni Paya w Mandalay. W tej świątyni znajduje się Budda z XI wieku, w którego mężczyźni codziennie wcierają złote płatki, przez co Budda nabiera obłych kształtów. Tylko twarz ma gładką, bo o 4 rano jest ona starannie polerowana przez mnichów.
DSC_6188
DSC_6221DSC_6191DSC_6195
kierujemy się w stronę Złotego Buddy.
DSC_6204wstęp mają tutaj tylko mężczyźni…
DSC_6201DSC_6208DSC_6205 W świątyni odbywają się jakieś uroczystości.
DSC_6209DSC_6211DSC_6217DSC_6214DSC_6224DSC_6227DSC_6229DSC_6232DSC_6233DSC_6240skoro jest git…
DSC_6239to jedziemy do Mingun (zahaczając o budkę, gdzie kasują nas po 5000 Kyatów/osoba, za wjazd do strefy archeologicznej – Mingun, Sagaing) – byłej stolicy Birmy. Dziś jest to już tylko mała wioska z kilkoma wspaniałymi świątyniami. Najwspanialszą z nich jest Mingun Paya, która byłaby prawdopodobnie największą świątynią na świecie, gdyby jej budowa nie została przerwana wraz ze śmiercią króla Bodawpaya, który budowę rozpoczął. Miałaby 150 metrów  wysokości, a tak dziś ma ich zaledwie 50, ale i tak jej gigantyczna podstawa, naruszona nieco trzęsieniem ziemi, robi piorunujące wrażenie.
DSC_6265DSC_6266DSC_6267DSC_6260Następnie udajemy się do Hsinbyuma Pagoda zbudowanej według opisu mitologicznej buddyjskiej góry Mount Meru. Główną stupę otacza siedem tarasów, tak jak Mount Meru otacza siedem wzgórz.
DSC_6246DSC_6250DSC_6251W Mingun oglądamy również drugi największy dzwon na świecie (1/3 mniejszy od moskiewskiego, 14 razy większy niż St Paul’s)DSC_6257Jedziemy do  Sagaing, gdzie  oglądamy dwie świątynie: U Min Thounze z łukiem 45 posągów Buddy i licznymi tablicami upamiętniającymi darczyńców,DSC_6269DSC_6274oraz Pon Nya Shin Paya, wielki kompleks, ale niewyróżniający się niczym specjalnym poza tarasem z widokiem na okolicę.DSC_6277DSC_6282DSC_6283Moim zdaniem, dziewczyny są o wiele ładniejsze, niż wspomniany wyżej widok na okolicę 😀 .DSC_6289DSC_6290DSC_6291Teraz czas na kolejną stolicę – Inwa (Ava) . Przeprawiamy się na drugą stronę rzeki – koszt 1200 Kytaów/os w dwie strony (trzeba pamiętać, aby zachować bilet na powrót) i wynajmujemy dorożkę (12 000 Kytaów za naszą trójkę), która przez dwie godziny obwiezie nas po najciekawszych zabytkach dawnej stolicy. Jako ciekawostka, Inwa czterokrotnie była stolicą państwa między XIV a XIX wiekiem, porzucona ostatecznie w 1839 roku po serii trzęsień ziemi. DSC_6294Droga jest dramatyczna, nierówne kamienie, pełno dziur, jedziemy bardzo powoli, a mimo to trzeba się trzymać, aby nie wypaść. Nasz woźnica jest bardzo sympatyczny, lecz ani słowa po angielsku. Zatrzymujemy się na chwilkę przy kompleksie świątyń Daw Gyan.DSC_6296DSC_6297DSC_6298DSC_6301DSC_6302Następny punkt programu do Bagaya Kyaung. Piękny klasztor z drewna tekowego, nawet wątpiących zachęca do medytacji :) .  W rogu parę ławek z zeszytami, plakaty z alfabetem, globusy i inne pomoce naukowe – szkółka młodych mnichów. Tutaj powinniśmy zakupić bilet do strefy archeologicznej Mandalay – 10 000 Kyatów/osoba, ale nie zauważyliśmy ani punktu sprzedaży takich biletów, ani nikt nas nie sprawdzał… Nadrobimy to podczas wejścia do innej atrakcji. Bilet jest ważny przez 5 dni i daje prawo wstępu zarówno do atrakcji Inwa, jak i tych położonych w samym Mandalay.DSC_6313DSC_6311
DSC_6325DSC_6317DSC_6320Kolejny punkt programu to Yandana Sinme Paya.
DSC_6332DSC_6336DSC_6337DSC_6335DSC_6338Wskakujemy do dorożki
DSC_6339i jedziemy do Klasztoru Maha Aungmye Bonzan (Me Nu Oak Kyuang). Po drodze zatrzymujemy się na chwilę przy wieży widokowej. Nie można niestety już na nią wchodzić, gdyż drewniane schody mogłyby się zawalić, wiec tylko „rzut okiem” i jedziemy dalej.
DSC_6340Tutaj, przed klasztorem zakupujemy wejściówki za 10 000 Kyatów/os. , które posłużą nam jeszcze jako przepustki do wejścia na teren zabytków w Mandalay.
DSC_6342
 DSC_6344DSC_6346DSC_6347DSC_6348DSC_6350DSC_6353Wracamy na łódkę, by za chwilę znaleźć się na drugim brzegu, gdzie oczekuje już na nas kierowca. Dzisiejszy dzień zakończymy z przytupem – kulminacją wycieczki jest bowiem zachód słońca nad mostem U-Bein. Jest to jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w całej Birmie – U Bein Bridge (The Taung-Tha-Man Bridge)  – najdłuższy na świecie most tekowy (1.2 km), a fotografowany tam zachód słońca, jest najbardziej rozpoznawalnym obrazkiem z Myanmaru. Zbudowany w XIX wieku ( a więc ma już prawie 200 lat) most U Bein połączył dwa brzegi jeziora Taungthamam. Zabytek składa się z 1096 filarów, 482 przęseł i 4 drewnianych pawilonów, które pozwalają odwiedzającym ukryć się przed słońcem. Każdego dnia przechodzą nim dziesiątki, jeśli nie setki osób zarówno Birmańczyków, jak i turystów.
Amarapura w dosłownym tłumaczeniu oznacza „Miasto nieśmiertelności” i można powiedzieć, że właśnie z powodu mostu nazwa ta jest jak najbardziej trafna.
kilka zdjęć…
DSC_6355DSC_6361DSC_6356DSC_6362DSC_6367W dzisiejszych czasach most służy miejscowej ludności przekraczającej codziennie jezioro Taungthaman w drodze do pracy, szkoły, klasztoru czy dokąd nogi poniosą lub rower poprowadzi. Co kilka-kilkadziesiąt metrów stoją ławeczki. Podejrzewam, że te akurat nie zostały tu ustawione z myślą o miejscowych, lecz głównie o turystach pragnących odpocząć w czasie spaceru po tym jakże długim przecież moście.
Powoli zaczyna zachodzić słońce
DSC_6377DSC_6382Taką łódkę ( za 12000 Kytaów) można wynająć zarówno o wschodzie jak i o zachodzie słońca, ale przepłynąć z jednego brzegu na drugi można tylko od strony wschodzącego słońca, po drugiej stronie nie ma możliwości. Dlatego dla zdjęć lepsza jest pora późno-wieczorna!!
kilka zdjęć fantastycznego, zachodzącego słońca
DSC_6384DSC_6409DSC_6424DSC_6434DSC_6447DSC_6457Kolejny dzień jest już naszym ostatnim w Myanmar, nie licząc dnia wylotu. Postanawiamy sobie na spokojnie zobaczyć najciekawsze zabytki Mandalaj. Po śniadaniu wyruszymy z buta – nasz hotel położony jest w samym centrum, blisko wszystkich atrakcji. Do Pałacu Królewskiego mamy raptem 1200 metrów… Idziemy tak, jak prowadzi nas maps.me.
DSC_6470DSC_6472Dochodzimy do wejścia, ale okazuje się, że wejście dla turystów jest po zupełnie przeciwległej stronie. Żeby obejść teren pałacu i trafić pod właściwe wejście, musimy pokonać 5 km 😀 . Łapiemy busik z miejscem na pace, wskakujemy, co prawda ledwo mieścimy się razem w miejscowymi, ale kierowca podwozi nas nieopodal wejścia… – opłata co łaska :) . Przy bramie zostawiamy paszport, okazujemy wczoraj zakupione bilety i do pokonania mamy jeszcze około 900 metrów zacienioną uliczką.

Pałac królewski (Mya Nan San Kyaw) został zbudowany przez króla Mindona w 1857 roku. W tym czasie miasto Mandalay było ogłoszone nową stolicą kraju.

Podczas trzeciej wojny angielsko-birmańskiej w 1885 r. pałac został zdobyty, a rodzina królewska aresztowana. Anglicy przemianowali pałac na Fort Dufferin, na cześć ówczesnego wicekróla Indii. W całej brytyjskiej epoce kolonialnej pałac był postrzegany przez Birmańczyków, jako główny symbol ich suwerenności i tożsamości.
To, co można zobaczyć dzisiaj, jest tylko rekonstrukcją, ponieważ pałac został zniszczony przez lotnictwo japońskie. W latach 90. ubiegłego wieku odbudowano zabytek. Chociaż ogólny projekt był wierny oryginałowi, to w proces budowy włączono zarówno tradycyjne jak i nowoczesne techniki budowlane. Do pokrycia dachu większości budynków zastosowano falistą blachę, szeroko stosowany był też beton, jako materiał budowlany (oryginalną budowlę wzniesiono używając tylko drewna tekowego).

Oryginalne zostały tylko mury obronne, fosa oraz mennica królewska. Znajduje się ona kilkaset metrów na północny-wschód od mauzoleum. To w niej wybito pierwsze birmańskie monety. Po brytyjskiej aneksji, mennica służyła przez kilka lat jako piekarnia dla wojska. DSC_6477DSC_6479DSC_6480Oglądamy salę tronową

DSC_6483oraz inne pomieszczenia
DSC_6485Spacerujemy po dziedzińcu
DSC_6494DSC_6496wdrapujemy się również na Watch Tower
DSC_6499DSC_6505DSC_6508Spod Pałacu Królewskiego do Golden Palace Monastery bierzemy taxi…. Niby to tylko 3 km, ale nie chce nam się łazić w tym upale. Shwenandaw Kyaung, bo również taką nazwę nosi Golden Palace to tekowa świątynia z pięknymi rzeźbieniami, ponoć miejsce śmierci króla Mindona. Znajdowała się ona w obrębie królewskiego pałacu, a że następcę tronu gnębił duch zmarłego króla, ten kazał przenieść budynek poza jego mury. Dzięki temu, jako jedyny ocalał on z bombardowania kompleksu pałacowego podczas wojny.
DSC_6515DSC_6519DSC_6520a teraz kilka strzałów z wnętrza
DSC_6526DSC_6528DSC_6530DSC_6531DSC_6535DSC_6536Wychodząc z Golden Palace Monastery, widzimy w oddali ciekawy budynek – to Atumashi Monastery. Pierwotnie była to budowla z drewna tekowego, jednak doszczętnie spłonęła w roku 1890. Odbudowano ją w postaci kamiennej w roku 1996.
DSC_6546DSC_6512DSC_6549DSC_6550DSC_6551Idąc w stronę Kuthodaw Pagoda, mijamy bramę uniwersytetu w Mandalay.
DSC_6556Kuthodaw Paya, nazywana „Księgą w Kamieniu” to świątynia, na terenie której, znajduje się złocona stupa o wysokości 57 metrów oraz 729 małych, białych stup, wewnątrz których, mieszczą się kamienne tablice. Na obu stronach tych tablic wypisane są słowa Tipitaki, czyli zbioru nauk buddyjskich, zwanych kanonem palijskim.DSC_6557DSC_6558DSC_6562 DSC_6564DSC_6567DSC_6568DSC_6572DSC_6573DSC_6577DSC_6582DSC_6583DSC_6590DSC_6587Jak się okaże…. Sandamuni Paya, będzie naszym ostatnim punktem w Mandalay.  Znana jest z dużych złotych zedi, setek kapliczek zawierających marmurowe płyty i największego żelaznego obrazu Buddy w Birmie.
DSC_6598DSC_6601DSC_6605DSC_6607DSC_6609Na zachód słońca na Mandalay Hill, widoczny z tego miejsca, nikt już nie chce jechać…
DSC_6610
 Podsumowując… z czym kojarzy mi się Myanmar ?Bez wątpienia, oprócz miliona Pay, które są dosłownie wszędzie, to thanaka, betel oraz longyi są tymi, które wyróżniają Birmę spośród innych krajów tego regionu.O dwóch pierwszych wspominałem wcześniej, a longyi to materiał wiązany na biodrach tak, by formował długą spódnicę – noszą go zarówno mężczyźni, jak i kobiety.

Podróżowaniu na własną rękę wcale nie ułatwiają tablice informacyjne czy nazwy ulic, czy miejscowości, które w większości zapisane są birmańskim alfabetem – pięknym, choć zupełnie dla nas nieczytelnym. Ja nazwałem to pismo ósemkowe – konfiguracja cyfry 8 w pionie i poziomie z różnymi ciekawymi dodatkami :) . Dodatkowo brak znajomości języka angielskiego przez miejscową ludność, która pracuje w turystyce również może często zniechęcić do zboczenia z głównej ścieżki…

Birma nie jest drogim krajem. To prawda, że pod pewnymi względami jest droższa od sąsiadujących z nią państw, ale koszty podróżowania nie są tu tak wysokie, jak można by się spodziewać po przewertowaniu przewodników.

Czy to dobry moment na podróż do Birmy?

Na to pytanie ciężko jednoznacznie odpowiedzieć. To prawda, że Birma jest wciąż znacznie mniej oblegana przez turystów, niż sąsiadujące z nią kraje. W końcu zaledwie kilka lat temu otworzyła swoje granice dla przyjezdnych. Dla wielu podróżnych to ogromna zaleta – przyjemnie zwiedza się i plażuje, gdy wokół nie ma kłębiących się tłumów Europejczyków. Ogromna część Birmy, w tym i jej wybrzeża, zdaje się wciąż nieodkryta przez turystów – łatwo o puste, dzikie plaże, małe lokalne wioski i miejsca, które globtroterzy nazywają ‘Prawdziwą Birmą’.

spotkaliśmy się z wieloma opiniami, że to ostatnie chwile, by móc tego doświadczyć, jednak nasze subiektywne odczucia nieco różnią się od tego poglądu. Bima to ogromy kraj – jeszcze przez wiele lat będzie on pełen zakątków, do których nie od razu przybędą tłumy turystów. Gdybyśmy się zdecydowali się na podróż do Birmy za dwa, trzy lata, a nie w 2017, mielibyśmy znacznie większe możliwości związane ze zwiedzaniem, bo prawdopodobnie łatwiej byłoby nam dotrzeć do tych mniej znanych miejsc. Wynika to głównie z ograniczonych możliwości poruszania się po Birmie – jeśli planujecie krótką podróż (np. 2 tygodnie) to pewnie zwiedzicie jedynie miejsca, do których dojeżdżają pociągi lub autokary (w wersji z większym budżetem – dolatują samoloty).

Szkoda, bo prawdziwa przygoda w Birmie rozpoczyna się po zejściu z tych utartych szlaków, a na ten moment jest to trudne – a na pewno czasochłonne. Mamy jednak nadzieję, że za kilka lat wrócimy do Birmy i zwiedzimy ją samochodem, odkrywając miejsca, które teraz okazały się dla nas niedostępne.

 
About the Author: