sie 31

Namibia, Zimbabwe, Botswana – skok na Animal Planet – Sierpień 2015

Wyjazd w miejsca, które odwiedziłem podczas tej wyprawy w Afryce, planowałem od dłuższego czasu, czekałem tylko, aż podrośnie moja córcia… To, że ma moją podróżniczą żyłkę,  wiedziałem od dawna, ale chciałem też, żeby zapamiętała coś z takiej pięknej przygody – podróży :) .

Plan był następujący… wypożyczamy samochody ( 3 fury, bo było nas 11 osób, w tym trójka dzieciaków w przedziale 9 -12 lat), bierzemy sprawdzonego przewodnika, kucharza, tropiciela zwierząt w jednej osobie, który był już naszym „Bossem” podczas wyprawy w 2012 roku po Namibii i ruszmy z nim po przygodę.

Miało być lajtowo, przyjemnie, bez stresu, a wyszło jak zwykle  :) .

Jeśli chodzi o noclegi, to część nocy śpimy w namiotach na dachu tychże samochodów, część nocy gościmy się w lodgach lub hotelach….

Namibia:

Erindi – Elephanp camp  – domki http://www.erindi.com/camp-elephant/

Bushmeni – Roys Camp – domki http://www.roysrestcamp.com/

P.N Khaudum – Sikereti Campsite http://www.namibweb.com/khaudumandsikereticamps.htm

P.N Khaudum – Khaudum Campsite

Okavango – Ngepi camsite http://ngepicamp.com/

Caprivi – Namushasha Lodge http://www.gondwana-collection.com/the-zambezi-experience/accommodation/namushasha-river-lodge/

Zimbabwe:

Victoria Falls – Cresta hotel http://www.crestasprayview.com/

Victoria Falls – Cresta hotel

P.N. Hwange – Main camp http://www.temba.co.za/zimbabwe/hwange-maincamp.html

P.N Hwange – Sinamatela Camsite https://www.afrizim.com/places/Hwange/Parks_Lodgings/Sinamatella.asp

Botswana:

Kasane – Chobe Safari Lodge  http://underonebotswanasky.com/camps/chobe-safari-lodge.php

Moremi -3rd Bridge Campsite http://www.xomaesites.com/camping-sites/5-third-bridge.html

Moremi – South Gate Campsite http://www.africatravelresource.com/africa/botswana/okavango/mopane/south-gate-campsite/

Makgadikgadi Pans – Planet Baobab Campsite http://www.planetbaobab.co/

Namibia:

Kalahari – Kalahari Bushbreaks Hotel http://www.kalaharibushbreaks.com/

Windhoek – Naankuse Lodge http://www.naankuselodge.com/

Tutaj zamieszczam poglądowe mapki naszej trasy.. Jest ona w 4 odcinkach….. bo według google.. niektóre z nich są nieprzejezdne  😀

Odcinek I do pierwszego noclegu w P.N Khaudum, wraz z poglądową mapką odwiedzanych później terenów,

odcinek II w ogóle według google nieprzejezdny – czyli Sikereti Camp – Khaudum Camp 1 :)

odcinek III – nie z Khaudum camp 1, bo według google maps, nie da się z niego wyjechać…. zatem zaznaczyłem na mapie pierwszą, najbliższą mieścinę z trasy do Divundu i dalej do Namushasha Lodge… Zaznaczony jest również camp Khwai w P.N Moremi, ponieważ do naszego Campu 3rd Bridge, też nie było… to tam, gdzie się zgubiliśmy i dojechaliśmy po ciemku… ale to w dalszej części relacji :)

i ostatni odcinek.. bo już nie miałem opcji dodania kolejnych z Kalahari Bush Breaks aż do wylotu…

To tyle wprowadzenia…

Następuje długo oczekiwany dzień naszego wylotu – 11 sierpnia. Z Wawy przez Frankfurt (Lotem) a następnie Air Namibia, docieramy na afrykańską ziemię około 6 nad ranem dnia następnego… samolot – obłożenie 30% – sam miałem dla siebie 3 fotele, żona z córą podobnie  :) .

Na przestrzeni 3 lat Air Namibia zmieniła się diametralnie – nowe samoloty, serwis o niebo lepszy,  tylko ceny za bilety, pozostały na niezmienionym poziomie i próżno szukać promocji…

Lądujemy punktualnie, na lotnisku wypełniamy deklarację, że nie było się w kraju zagrożonym Ebolą, badanie temperatury ciała, bagaże odbieramy w mig, procedury wizowe trwają wręcz chwilkę i za dosłownie moment witamy się z naszym kierowcą busa, który zawiezie nas do Arebbush Lodge, na przedmieściach stolicy Windhoek – miejsca, gdzie czekają przygotowane na nas samochody.

Windhoek jest położone w niemalże samym centrum Namibii, na wysokości 1 650 m n.p.m. Miasto założone zostało w 1890 roku, dwa lata później było już stolicą Niemieckiej Afryki Południowo – Zachodniej. Od uzyskania przez Namibię niepodległości w 1990 roku jest stolicą kraju, którą zamieszkuje nieco ponad 300 tys. mieszkańców. Dla porównania, obszar Namibii jest niemal trzykrotnie większy od Polski, a ilość mieszkańców ledwo przekracza liczbę 2 milionów… Nazwa miasta Windhoek najprawdopodobniej pochodzi od słów „wind-hoek”, oznaczających w języku afrikaans „narożnik wiatru”.

W Arrebush Lodge jemy śniadanie, spotykamy się z naszym przewodnikiem, kucharzem w jednej osobie – Erstusem, z którym mieliśmy już przyjemność zaprzyjaźnić się podczas naszej pierwszej wyprawy do Namibii i naładowani pozytywną energią możemy ruszać ku przygodzie… wspomnę, że Namibia przywitała nas chłodem, wręcz zimnem… Opuszczaliśmy Polskę, gdzie temperatura w nocy oscylowała w okolicach 25-27 stopni, a przylecieliśmy do Afryki, gdzie rano temperatura wynosiła 7 stopni  :( .

Po śniadaniu jedziemy wymienić walutę na miejscowe Dolary – kurs 1 USD = 12 N$ i ruszamy w drogę.

Okazuje się, że w samochodach nie ma paliwa… tutaj taka trochę nieprzyjemna sytuacja, bo nie spotkałem się nigdzie na świecie, żeby pierwszą rzeczą po odpaleniu bryki, była jazda na stację benzynową…. No cóż, w a Afryce samochodu jeszcze nie wypożyczałem – koszt paliwa 800 N$.

Robimy bardzo krótki rekonesans stolicy, przy okazji oswajamy się naszymi furmankami.

Tutaj chyba najczęściej fotografowany obiekt w Windhoek – ewangelicko-augsburski kościół Christuskirche, wybudowany w stylu neoromańskim na początku XX wieku.

DSC_5494

 

Dosłownie po drugiej stronie ulicy Pomnik Niepodległości – muzeum, które zostało otwarte 21 marca 2014 r. w 24-tą rocznicę odzyskania przez Namibię niepodległości. Przed muzeum znajduje się pomnik Sama Nujoma, pierwszego prezydenta wolnej Namibii, który piastował tę funkcje 15 lat.

DSC_5497Jedziemy zobaczyć dworzec kolejowy,

DSC_5508a następnie robimy zakupy spożywcze, kupujemy wszelkie potrzebne produkty na śniadania, lunche i kolacje, zaopatrujemy się w pyszną jagnięcinę na grilla, piwko – 0,75l – 15 N$ i ruszamy ku przygodzie. Tego dnia do przejechania mamy około 240 km do parku w Erindi, który uznawany jest za największy, prywatny rezerwat przyrody na świecie.

W drodze do parku…

DSC_5513DSC_5515Na terenie 100 000 hektarów mieszka blisko 15 000 zwierząt i ponad  300 gatunków ptaków. Czas w Erindi spędzimy na relaksie, a także na safari po parku, gdzie będziemy mogli, mam nadzieję, podglądać koty, nosorożce, słonie i inne afrykańskie zwierzęta. Tej nocy śpimy na szczęście w domkach, bo temperatura w nocy, jak pisałem wcześniej, spada do 5-6 stopni…

W drodze na camp widzimy już pierwsze zwierzęta :) .
Tutaj dumnie kroczy sobie drop olbrzymi, czyli najcięższy latający ptak na świecie,
DSC_5529szakal
DSC_5530oraz lisek pustynny, który żeruje tylko w nocy i żywi się termitami.
DSC_5644Na naszym campie – Elephant Camp, po zrzuceniu gratów, idziemy nad oczko wodne, zobaczyć czy przypadkiem nie „kwitnie” tam życie towarzyskie. W większości campów w Namibii, budowane są takie sztuczne zbiorniki wodne, gdzie przez cały niemalże dzień można obserwować dziką zwierzynę :) .DSC_5559ten dzień upłynął nam bardzo leniwie po dotarciu na miejsce… kolacyjka, piwko… jeszcze zachód słońca obowiązkowo :) . DSC_5582DSC_5585Po zachodzie słońca nad oczko wodne przyszły słonie.DSC_5605DSC_5613Na następny dzień wykupujemy ranne safari (6.30-9.30) po parku z przewodnikiem – cena 250 N$ x 3 (na dziecko nie przysługuje żadna zniżka). W programie mieliśmy podaną cenę 150 N$, dziecko miało płacić połowę stawki… jak się okaże później, takie koszty wyższe za wszelkie usługi spotykaliśmy wręcz codziennie :( . Dobrze, że byliśmy na to przygotowani finansowo… tutaj należy się Bocianowi (naszemu organizatorowi wyprawy) niezła bura…
Wstajemy zatem jeszcze przed wschodem słońca i udajemy się na game drive… jest naprawdę rześko, temperatura oscyluje w okolicach 5-7 stopni, a jedziemy otwartym samochodem… córa na krótkim postoju nawet nie chciała opuścić zagrzanego miejsca  😀 .
Oto nasz dyliżans…
DSC_5699Zaraz, po wyjeździe spod naszej recepcji, widzimy znajome liski,
DSC_5640DSC_5638spotykamy również bardzo płochliwego stenboka,
DSC_5651dumnie pozującą żyrafę,
DSC_5659DSC_5666antylopę waterbuck,
DSC_5669DSC_5671antylopę gnu,
DSC_5677oraz impale.
Ich cechą charakterystyczną jest czarna pręga biegnąca wzdłuż uda. Samca można rozpoznać po długich rogach, kształtem przypominających lirę.  Gdy czują niebezpieczeństwo, Impala skacze bezładnie i wysoko, skoki te potrafią zmylić wroga, a wywołane skokami zamieszanie pozwala jej czasami uciec. Jest aktywna w ciągu dnia jak i w nocy. Żyje około 18 lat.
Impale odżywiają się głównie liśćmi drzew i krzewów, trawami oraz ziołami. Prowadzą aktywny tryb życia, często przebywają w pobliżu wody. Impala przebywa w stadach liczących do 25 osobników, stadem przewodzi samiec. W porze suchej tworzą się w stada liczące nawet setki Impali. Ruja odbywa się na początku pory deszczowej w miesiącach kwiecień i maj, ciąża trwa od 180 do 204 dni, rodzą się przeważnie 1 młode rzadziej 2.
DSC_5685Zad tych antylop kojarzy się z logiem firmy…. produkującej fast foody :) .
DSC_5686Tutaj organizator „zamieszania” z rodzinką na tle termitiery :)

DSC_5696Nagle nasz kierowca dostaje „cynk”, że są nosorożce…. pędzimy zatem w miejsce ich „zbiórki” :) .

DSC_5702Wszystkie nosorożce są wielkimi roślinożercami o wyjątkowo grubej i pofałdowanej skórze, bez trudu rozpoznawalnymi po wydatnym rogu.

Wszystkie taplają się w błocie. Kąpiele te są jednym z podstawowych czynników wpływających na ich dobrą kondycję (nie mają gruczołów potowych). Zwierzęta te chłodzą się głównie, przebywając przez wiele godzin w błocie. Są krótkowidzami i nie potrafią odróżnić drzewa do człowieka z odległości większej niż 15 metrów. Niemal całkowicie polegają więc na zmysłach węchu i słuchu. Kierowca sprawdza, skąd wieje wiatr i tak ustawia nasz samochód, żeby zwierzęta nie zorientowały się, że ktoś je obserwuje.

Każdy nosorożec musi spożyć dziennie dziesiątki kilogramów liści, gałązek, owoców i trawy. W sumie czynność ta zajmuje im ponad połowę życia. Zwierzęta te żerują głównie nocą oraz w chłodniejszych porach dnia. Nosorożce prowadzą samotny tryb życia w obrębie wytyczanych przez siebie terytoriów o powierzchni dochodzącej nawet do 300 kilometrów kwadratowych. Żyją około 45 lat. Ponieważ do aktu prokreacji dochodzi co 2-4 lata, w wyniku czego rodzi się przeważnie 1 potomek, uzupełnianie strat w populacji tych zwierząt przebiega bardzo powoli.

DSC_5708DSC_5716Po trzech godzinach wracamy do campu… bardzo żałujemy, że nie udało nam się zobaczyć żadnego kota, ale to tak naprawdę dopiero pierwszy dzień, a przed nami jeszcze ponad dwa tygodnie obcowania wśród zwierząt 😀 .

Żegnamy się z naszym przewodnikiem, dziękujmy mu za pokazane zwierzęta i udajemy się na chwilę nad oczko wodne… Tutaj, gdzie wczoraj, po zmroku do wodopoju przyszły słonie, obserwujemy mocno niemrawego hipcia,

DSC_5724a nagle z wody wyłania się krokodyl.

DSC_5725Grube i niezgrabne hipopotamy, moczą się całymi dniami w chłodnej wodzie. W istocie są poważnym zagrożeniem dla człowieka. Sprawiają wrażenie opasłych leniuchów, które, co chwila szeroko ziewają, ale w rzeczywistości bardzo szybko biegają i niezbyt przepadają za ludźmi. Zupełnie nie przeszkadza im jednak sąsiedztwo krokodyli, z którymi dzielą się wodnymi sadzawkami.

Opuszczamy nasz camp i udajemy się na północ.. tę noc spędzimy w Roys Camp, blisko buszmenów…

Po drodze widzimy ładne stado antylop kama.

DSC_5738Dojeżdżamy do Otjiwarongo, gdzie robimy drobne zakupy spożywcze, tankujemy parędziesiąt kilometrów dalej, w Otawi za 550 N$ pod sam korek  i późnym wieczorem docieramy na nasz Roys Camp. Najważniejsze, że śpimy w domkach… bo wieczorem temperatura spada znowu poniżej 10 stopni.

Kilka pstryków z z tego miejsca, mimo, że staram się nie robić zdjęć lodgy, to ta wygląda bardzo oryginalnie :) .

Brama wjazdowa,

DSC_5750a to już nasza chatka…

na dole drzwi wejściowe do pokoiku żony i córki, który wygląda od środka tak…

DSC_5752a to już mój apartament na górze :)

DSC_5756Kolację – bufet jemy na oryginalnych podkładkach z winylowych płyt,

DSC_5767a potem idziemy do baru spożyć coś na lepsze trawienie :) .

DSC_5758Następnego dnia, po wschodzie słońca i pysznym śniadanku

DSC_5794rzucam okiem na naszą knajpę

DSC_5792i ruszamy w kierunku oddalonego od naszego campu o 60 km Living Museum Ju/’Hoansi-San. To żyjące muzeum – początkowo dotowane przez rząd Namibii, to nic innego jak oryginalna wioska bushmenów  – obecnie skansen i cepelia, którą moim zdaniem warto zobaczyć. Miejscowi, którzy biorą udział w codziennych pokazach dla turystów, zarabiają i utrzymuje całą ludność Ju/’Hoansi-San. W obecnych czasach, nie wiadomo, czy dane spotkać by nam było takich rdzennych mieszkańców na swoich terenach, żyjących tak samo od kilku tysięcy lat….

Miejsce to ciężko znaleźć na jakiejkolwiek mapie czy nawet GPS’ie… po drodze w kurzu, gubi nam się ostatni samochód ( jedziemy w karawanie trzech furmanek w odległości od siebie 100-500 metrów :) ), po prostu nie zauważa, jak skręcamy w lewo z głównej drogi… Od głównej drogi, pod kołami mamy bardzo głęboki piach, jazda na reduktorze, wjazd tylko dla samochodów 4×4. Po dojechaniu do „recepcji” czekamy na naszego przewodnika :) .

DSC_5807Prawda, że jest to mocno oryginalna recepcja ?? :)

W oczekiwaniu na przewodnika przybiegają do nas mali Bushmeni.

DSC_5808Czekamy dobre dwa kwadranse na naszego przewodnika, w tym czasie postanawiamy się rozejrzeć po okolicy i zaglądamy przez taki drewniany płotek, gdzie okazuje się, że na sznurkach porozwieszane są różne precjoza wykonane przez miejscową ludność… wchodzimy do środka i w szałasie pokrytym blachą falistą jest tablica, na której wisi cennik atrakcji. Tego dnia mamy niezbyt napięty program, zatem decydujemy się na pełen „pakiet” za 270 N$/ dorosły, dziecko – połowa stawki. W cenie mamy spacer po „okolicy” – czyli pokaz zakładania pułapek na zwierzynę, poszukiwanie żywności w buszu, pokaz rozpalania ogniska, śpiewy plemienne, tańce, robienie łuków i strzelanie z nich do celu – cały program zamyka się w 3 h.

Oto nasz przewodnik :)

DSC_5813Ruszamy na „główną arenę”, gdzie najpierw odbędzie się pokaz rozpalania ognia…

DSC_5814DSC_5818DSC_5830Po chwili pojawia się dymek z jednego drewienka, po czym nasz „rozpalacz” szybko podkłada suchą trawkę

DSC_5833i już za chwilę mamy ogień :) … Proste? …. wręcz  banalnie proste 😀 . Każdy Bushmen przeżyje w naszych warunkach, ale żaden biały, żółty,czerwony… nie przeżyje choćby kilkunastu dni w warunkach życia Bushmenów …

DSC_5835Mając ogień, przewodnik nabija swoją fajkę, puszcza dymka w płuco i możemy ruszać na spacer po okolicy 😀 .

DSC_5837Tutaj na zdjęciu widać typową chatę, w jakiej kiedyś mieszkali Bushmeni.

DSC_5826Przed „szałasami” siedzą dziewczyny, które zajmują się wytwarzaniem ozdób i różnego rodzaju biżuterii  – wszystko naturalne – koraliki to jakieś nasionka, a sznureczki to najczęściej łodygi traw.

DSC_5836W międzyczasie panowie robią dla naszych dzieci łuki, ramię to nic innego jak bardzo sprężysta i wytrzymała gałąź, a cięciwa – plecionka traw. Bardzo wytrzymałe materiały, żadna „chińska tandeta” 😀 , córka ma ten łuk do dzisiaj i w dalszym ciągu zachowuje on swoje właściwości. :D.

Mając broń, czas na naukę strzelania :) .

DSC_5865Następny punkt programu to pokaz tańców.

DSC_5869DSC_5876DSC_5888a tak swoją drogą fajna „kapustka”… na moje oko kobieta w okolicach 55 lat :)

DSC_5862Po godzinie 13 opuszczamy Bushmenów i wyruszamy w kierunku P.N. Khaudum, uprzednio tankując samochody na full w Tsumkwe ( 520 N$). Przez kolejne 2 dni nie spotkamy się z żadną cywilizacją, z żadnym sklepem, ani stacją benzynową. O jakimkolwiek zasięgu telefonii nie wspominam 😀 .

Dziś będzie też nasz debiutancki nocleg pod namiotami na dachu samochodu…

No to w drogę…

DSC_5900Park Narodowy Khaudum to olbrzymi i niegrodzony żadnym płotem rezerwat przyrody, założony w 1989 roku. Zajmuje powierzchnię prawie 4000 km2, położony jest w północno-wschodniej części Namibii i graniczy z Botswaną. Bardzo trudno dostępny, odwiedzany przez mniej niż 3 000 osób rocznie. Potocznie mówi się, że park ten zamieszkuje więcej słoni niż odwiedza to miejsce ludzi. Oprócz słoni, park zamieszkują lwy, gepardy, lamparty, likaony, masa antylop i pond 300 gatunków ptaków.

Izba turystyki w Namibii zaleca wjazd do parku przy minimum dwóch samochodach 4×4 z reduktorem, z oponami na typowy piasek, jedzeniem na 3 dni i baniakami wody przynajmniej 100 l/samochód. Kanister z dodatkowym paliwem również powinien być na wyposażeniu każdego samochodu. Nas Bocian w kanistry z paliwem nie zaopatrzył… wiedząc, że takie są wymagania i jedziemy z dziećmi!!! O wyposażeniu choćby jednego samochodu w telefon satelitarny, również można było zapomnieć!!!

mapka poglądowa

a tutaj już wjazd do parku…

DSC_5907Zaskoczeni jesteśmy, że nie ma żadnego strażnika, żadnej bramy… dziś śpimy w Sikeretti camp..

Na camp, oddalony o jakieś 7 km od bramy wjazdowej, dojeżdżamy już po zachodzie słońca. Infrastruktury praktycznie żadnej, toalety masakra, żadnego biura, recepcji…nic :) Rozbijamy się pod drzewkami,  rozkładamy namioty, zakładamy latarki czołówki i bierzemy się za robienie kolacji. Erastus – nasz kierowca, kucharz i przewodnik w jednej osobie przekazał wskazówki, jak należy się zachowywać w momencie, gdy spotkamy drapieżnika…Jak spotykacie lwa, to świećcie mu czołówką w oczy, patrzcie mu w te oczy i spokojnie się wycofujcie beż żadnych gwarantowanych ruchów… ale jak zobaczycie hienę, czy likaona to spier*** szybciej niż gepard… :D.

Tutaj zdjęcie poglądowe, jak przez najbliższych kilka dni będzie wyglądał nasz „hotel” 😀 .

DSC_5986Następnego dnia, przy akompaniamencie odgłosów różnych zwierząt, wstajemy koło godziny 6.00… szybkie pakowanie namiotów, śniadanie, ciepła herbatka i w drogę…  W nocy temperatura spadła do okolic 8 stopni, więc można powiedzieć, że było dość rześko :) .

6.45 wyjeżdżamy na safari i przemieszczamy się w kierunku kolejnego naszego campu – Khaudum Camp na północy. Do przejechania mamy w okolicach 100 km, ale że pojeździmy sobie w poszukiwaniu zwierząt, to tych kilometrów pewnie wyjdzie pewnie ze 150… po bardzo grząskim piachu, ciągle na reduktorze, z prędkością max 2o km/h.

Jeździmy tak od jednego krzaku do drugiego.. ale zwierząt nie ma, choć w nocy słychać było, że jest ich cała masa…

Po drodze spotykamy kilka samców antylop kudu,

DSC_5923masę wygłodniałych sępów,

DSC_5972orła (Tawny eagle),

DSC_5941wiewiórkę drzewną (Smitha)

DSC_5982słonia, 3 żyrafy… i to by było na tyle… Crazy

Jak na 7 godzin jeżdżenia, to jesteśmy w szoku. Tyle się naczytałem, że ten park to prawdziwy zwierzyniec, a tu taka lipa…:( .

Około godziny 15 dojeżdżamy mocno zniesmaczeni tym, co widzieliśmy, a raczej, czego nie widzieliśmy na nasz camp Khaudum. Tutaj już są zupełnie inne warunki, nowe toalety, wiata, gdzie można spokojnie rozłożyć stoliki, fajne miejsce na ognisko. Po południu nawet nie chce nam się jechać na kolejne safari, bo jeździć, żeby jeździć…to my jeszcze się najeździmy 😀 . Prysznic, obiadek, relaks, piwko, ognisko…. i obowiązkowo zachód słońca…

DSC_5995Kolejny dzień rozpoczynamy identycznie jak poprzedni…  pobudka skoro świt, toaleta, śniadanie, pakowanie namiotów i w drogę. Dziś opuszczamy park Khaudum,  ale niestety dla naszych samochodów to nie koniec głębokiego piasku i podroży na reduktorze.

Okazuje się jeszcze, że z jednego koła w Piotrka samochodzie zeszło powietrze… Erastus podpina pompkę i po chwili możemy wyruszać. Jak się później okazało, z tego felernego samochodu codziennie schodziło powietrze z koła… a pytanie, czy nie lepeij wymienić oponę, usłyszeliśmy, że pozostałe zapasy są w jeszcze gorszym stanie,…AFRYKA :) . Jeszcze tylko uiścimy opłatę za wizytę w parku… Podjeżdżamy, trąbimy, czekamy aż ktoś do nas wyjdzie, a tu cisza amba fatima i nikogo ni ma… :) . Po 10 minutach postanawiamy jechać dalej… w końcu zwierząt nie było, to pewnie nie kasują za wjazd 😀 .

DSC_6018Jakieś 15 km przed dojechaniem do drogi asfaltowej Piotrek rozwala resor w tylnym kole… No to pięknie… Po piachu raczej nie da się jechać, zasięgu zero, mamy tylko CB, ale okazuje się kanał, na którym nadajemy też jest zablokowany, więc słyszymy tylko siebie i nikogo więcej :( . Przerzucamy większość ciężkich rzeczy do innych dwóch sprawnych samochodów, a kolega z zawrotną prędkością 5 km/h próbuje się przedrzeć do drogi asfaltowej. Mamy pełne ubezpieczenie na nasze furmanki, więc najwyżej wymienią nam samochód na inny, jak będzie problem z częścią…

Jak się później okaże, samochodów zastępczych brak, wszystkie są w trasie, część można sprowadzić co prawda z Windhoek, ale samoloty do Katima Mulilo (miejsca, w okolicach którego będziemy dziś nocowali) latają 2 razy w tygodniu… Witaj przygodo 😀 .

Dojeżdżamy do drogi asfaltowej i tam czekamy na Piotrka. Cały czas jesteśmy z nim na CB.. jedzie, daje radę, ale kiepsko się podróżuje samochodem z urwanym resorem i rozwalonym amortyzatorem… po prawie godzinie, wreszcie dojeżdża… uff … Na asfalcie da radę i jakoś dowlecze się do warsztatu. Skoro jesteśmy już twardej nawierzchni to mamy już zasięg GSM. Erastus dzwoni do Jurka (szefa firmy, który nam tą wyprawę zorganizował), przedstawia całą sytuację i czekamy na jakieś ruchy z jego strony. Nagle z drugiego samochodu odzywa się Marek i pyta się o nasz stan paliwa, bo on już od kilku ładnych kilometrów jedzie na rezerwie… jak się okazuje u nas jest podobnie, a najbliższa stacja oddalona jest o dobre 100 km… :( . Nie ma szans, żeby dojechać na paliwie, które mamy w baku. Robi się ciepło i to niekoniecznie z powodu panującego na zewnątrz upału. Okazuje się, że nie mamy żadnych kanistrów z paliwem, nawet pustych… jedynie trzy bańki pięciolitrowe z wodą… Wyłączamy klimę, ale kilometrów na komputerze pokładowym wcale nie przybywa.. a wręcz znikają one w oszałamiającym tempie… Marek zatrzymuje się pod drzewem i mówi, że dalej to on już się boi jechać, bo jak się skończy paliwo w samochodzie, to nawet jak nalejemy nowego …. to on bryki nie odpali. Diesle tak podobno mają… 20 km dalej i my się zatrzymujemy, nie chcemy ryzykować… jedynym samochodem, który ma parę litrów paliwa jest pojazd Piotrka… ten z urwanym resorem 😀 .

Zatrzymujemy się pod drzewem, wypakowujemy wszystkie rzeczy z samochodu Piotrka, a on wraz z Erastusem jadą tym zepsutym dyliżansem na stację benzynową w Divundu. Mamy nadzieję, że dojadą, kupią jakiś duży kanister i przyjadą do nas z paliwem… Na drodze ruch taki, że nie wiadomo, czy ktoś tędy w ogóle dzisiaj jechał… w każdym bądź razie my nie spotkaliśmy nikogo… mamy za to teraz dużo czasu na zjedzenie lunchu i odpoczynek po trudach jazdy w piasku… 😀 .

Po dwóch godzinach chłopaki wreszcie przyjeżdżają z paliwem … Kupili gdzieś duży plastikowy baniak, co, jak się później okazało, było nie lada wyczynem na tym pustkowiu. Baniak na wodę w Afryce jest tak samo cenny jak woda… dziwię się tylko, że po zatankowaniu samochodu, Erastus z Piotrkiem nie podjechali do marketu i tam nie kupili kilku baniaków z wodą, którą mogliby potem oddać, wylać, cokolwiek z nią zrobić, aby mieć puste pojemniki na paliwo…  Zresztą nie ma sensu już się nad tym rozwodzić… Grunt, że są z paliwem, a to jest dla nas najważniejsze.  Kupiony baniak nie jest do końca szczelny, a wręcz ma kilka dziurek przy wlewie, ale 20 litrów oleju napędowego udało się dowieźć :) .

Tankujemy naszą furmankę i wracamy jeszcze do Marka, żeby jemu również wlać kilka litrów do baku.

Zatankowani na tyle, żeby dojechać do stacji, docieramy wreszcie do Divundu, gdzie tankujemy nasze furmanki pod korek – 750 N$, robimy spożywcze zakupy – kupujemy co się da, ale na jakieś szczególne rarytasy nie mamy co liczyć 😀 i ruszamy szybko w drogę. Tego dnia mamy w planach jeszcze rejs po rzece Kavango w Mokoro – tradycyjnym miejscowym kajakiem zrobionym z jednego pnia drzewa. Rejsy takie odbywają się z naszego campu – Ngepi, który położony jest nad samym brzegiem rzeki. Jesteśmy już co prawda spóźnieni, ale po drodze udaje nam się złapać miejscowych przewodników, którzy z ochotą wracają zarobić kilka N$ :).  W recepcji wykupujemy  fakultet – 200 N$ dorosły, dziecko do 12 roku 80N$ i pakujemy się na kajaki… campu nawet nie mamy szans obejrzeć, a byłaby to nie lada atrakcja … (specjalnie wydzielony basen na rzece, odgrodzony jedynie siatką od pływających hipów i krokodyli, wanny i toalety bez dachu z widokiem na rzekę i cała masa innych niekonwencjonalnych pomysłów, które czynią to miejsce wyjątkowym…

Ruszamy na nasz fakultet… zachód słońca na rzece Kavango.

DSC_6027wspomniane kajaki – Mokoro

DSC_6038Tutaj bujający się na źdźble trawy zimorodek srokaty,

DSC_6040w oddali widzimy słonia,

DSC_6034oraz całą rodzinę hipów.

Ewolucja przystosowała te zwierzęta do życia zarówno w wodzie jak i na lądzie. Dzięki umieszczonym wysoko oczom i nozdrzom oraz uszom, hipopotamy mogą zanurzać się prawie całkowicie w wodzie. Skóra jest gruba na 4 cm, stanowi aż 25% masy całego zwierzęcia. Posiada ona zabezpieczenie przed promieniami słońca. Pomimo zbitej, masywnej budowy hipopotamy potrafią biegać z prędkościami nawet do 50 km/h, jednak tylko na bardzo krótkich dystansach. W wodzie prędkość poruszania sięga 8 km/h. Hipopotamy mogą być zanurzone przez 4-6 minut, po tym czasie wynurzają się w celu zaczerpnięcia powietrza. Proces ten realizowany jest automatycznie, nawet podczas snu.

Hipopotamy żyją w stadach, jednak nie wygląda to na tworzenie przez nich więzi społecznych. Wyjątkiem są relacje między starszymi i młodszymi samicami. Terytorium hipopotamów znajduje się tylko w wodzie, gdzie grupują się płciowo, w każdej grupie jest samiec dominujący, a inne są mu podporządkowane. Przez większość dnia hipopotamy wylegują się w wodzie.

Indywidualne wyjście na ląd odbywa się w celu pożywienia roślinnością w porze wieczorowej i nocnej. Żywią się głównie trawami oraz innymi małymi roślinami. Bardzo rzadko zdarzają się przypadki drapieżnictwa i kanibalizmu. Spożywanie pokarmu przez hipopotamy trwa dziennie ok. 5 godzin, a mogą zjeść przez dobę do 70 kg pożywienia.

Ciąża trwa 8 miesięcy. Młode osobniki rodzą się w wodzie, zazwyczaj po jednej sztuce na jeden poród, ważą po 25-45 kg i mają długość ponad 1 m.

DSC_6049DSC_6054Na brzegu widzimy również odpoczywającego krokodyla.

DSC_6067Kręcimy się tak po rzece Kavago, aż zastaje nas spektakularny zachód słońca…

DSC_6097DSC_6104

Kilka faktów na temat rzeki Kavango – jej długość wynosi około 1600 km, swoje źródła posiada w Angoli i tam nazywa się Cubango, następnie już na terenie Namibii zmienia nazwę na Kavango, a swój bieg kończy w Botswanie, gdzie rozlewa się na pustyni Kalahari na powierzchni 15000 km2, gdzie z kolei tworzy deltę Okavango… zdjęcia z lotu nad tym miejscem będą w dalszej części relacji  :)

wracamy z rejsu, cykam jeszcze zachód słońca i idziemy po ciemku się rozlokować i postawić namioty, bo wcześniej nie było na to czasu…

DSC_6110po kolacji szybka kąpiel w zimnej wodzie… bo ciepła nagrzewana jest za pomocą baterii słonecznych, a że jest już ciemno…

Następnie idziemy jeszcze do recepcji pogadać z Jurkiem, bo chcemy wiedzieć co załatwił odnośnie naszego felernego auta… Jak się okazuje części nigdzie nie ma, a na nowy samochód też nie mamy co liczyć. To już zaczyna być mocno irytujące, żeby nie napisać dosadniej… wszystkie fury w trasie… a takim złomem to my nigdzie nie dojedziemy, a przecież to dopiero początek naszej wyprawy…

Następnego dnia rano zwijamy manatki i po śniadaniu wyruszamy w drogę. W planach mieliśmy krótki game drive po uroczym, podobno Mahango Reserve, ale ze względu na zepsuty samochód rezygnujemy. Safari po piasku, a w takich warunkach nasz dyliżans nie dałby rady. Najważniejsze jest dotarcie teraz po asfalcie do naszego kolejnego noclegu w Namushasha Lodge … cały czas czekamy też na informację, odnośnie nowego resoru do naszego samochodu.

Ten znak pokazuje, że kończy się asfalt, a zaczyna szuter

DSC_6138chłopaki robią jeszcze raz zdjęcia resora i wysyłaj do Jurka… ja w tym czasie robię im zdjęcie 😉

za moimi dziewczynami…. biały „trup” …

DSC_6145Ten dzień miał być lajtowy, pełen relaksu.. ale czy w takich warunkach można się relaksować  i odpoczywać? Okazuje się, że nowa część będzie, ale dopiero za 3 dni… Szczęście w nieszczęściu, że kolejne dwa noclegi mamy w Zimbabwe nad Wodospadami Victorii i przeznaczymy je na fakultety. Samochody raczej nie będą nam potrzebne, tylko jak przedrzeć się przez dwie granice (Namibia-Botswana, Botswana-Zimbabwe) w jedenaście osób w dwóch samochodach… Zepsuta fura musi zostać naprawiona w Namibii, a następnie przyjedzie nią Erastus do nas do Zimbabwe.

Cała nasza dzisiejsza droga prowadzi przez Caprivi i teren Parku Narodowego Bwabata. Trasa udekorowana jest znakami drogowymi „uwaga słonie” . Jest to szlak największej populacji słoni migrującej od Chobe do Zambezi. Podczas przejazdu należy być bardzo ostrożnym, bowiem ogromne stada lubią przebiegać przez główną drogę. Nam niestety nie dane było spotkać w tym miejscu choćby jednego słonia.

DSC_7256Wczesnym popołudniem  docieramy do naszej lodgy i w sumie to nie mamy żadnego planu na dalszą część dnia. Jest basenik z lodowatą wodą, zimne piwko, książka, leżaczek, a wieczorem kolacja.

Następnego dnia jedziemy do Katima Mulilo, w miarę dużego, jak na namibijskie warunki, miasta. Zatankujemy tam pod korek nasze limuzyny (520 N$), wymienimy jeszcze trochę pieniędzy, ponieważ w powrotnej drodze, jak będziemy przedzierać się przez pustynię Kalahari,  to nie będzie już żadnego banku, a namibijskie dolary będą nam z pewnością jeszcze potrzebne. Żegnamy się również z Erastusem, z nadzieją, że przyjedzie do nas do Zimbabwe za 2 dni z samego rana naprawionym samochodem. Musimy jeszcze znaleźć też jakiś transport dla jednej osoby, bo w 11 osób w dwóch furach nie uda nam się przekroczyć granicy. Sprawa wcale nie jest taka prosta, jak się wcześniej wydawało. Erastus mówi, że transport musimy załatwić tutaj,  na granicy nikt nas nie zabierze. Po godzinie poszukiwań, chodząc od stacji do stacji benzynowej, udaje nam się znaleźć jednego kierowcę, który zabierze mnie swoim leciwym Golfem III . Koszt takiej przejażdżki to 1500 N$ + opłaty graniczne.

Na granicach sprawa wygląda następująco: opuszczamy Namibię czy to Botswanę na jednym przejściu granicznym, potem jest odcinek kilkuset metrów pasa granicznego i kolejna kontrola w Botswanie/Zimbabwe. Koszt przekroczenia granicy samochodu osobowego Namibii z Botswaną:  90 PUL = 120 N$. Wizy na wjeździe do Botswany nie obowiązują. Ale papierologia już tak. Przy każdym wyjeździe/wjeździe z/do Namibii czy Botswany wypełniamy deklaracją skąd jedziemy , dokąd, w jakim celu, miejsce kolejnego noclegu, numery paszportów, numery rejestracyjne samochodów, ilość osób w samochodzie itd., itp.  :) .

Na nasze szczęście kolejek na granicach nie ma, przeprawiamy się dosyć sprawnie, a jest to tyle istotne, że granica Botswana -Zimbabwe zamykana jest o godzinie 18.00, a nie planowaliśmy, że znalezienie samochodu z kierowcą dla mnie zajmie nam tyle czasu…

Tutaj zdjęcie sprzed samego wjazdu do Botswany od strony Namibii.

DSC_6192Opłata graniczna za samochód terenowy na wjeździe do Zimbabwe kosztuje 105 $ ( w Zimbabwe jedyną obowiązującą walutą jest dolar amerykański). Jak się później okaże, opłata ta wcale nie jest stała i zależy w dużej mierze od celnika, który obsługuje w danej chwili samochód…. Ersatus 2 dni później zapłaci 135 $  :) . Wiza jednokrotnego wjazdu do Zimbabwe to koszt 30$.

Do Victoria Falls docieramy wieczorkiem… szybki skok na sklep z piwkiem, a potem trzeba wyruszyć na miasto i zarezerwować jakieś fakultety na kolejne 1,5 dnia.

Na późny wieczór umówieni jesteśmy z Joy – przedstawicielką biura Bociana na Zimbabwe, w celu wykupienia fakultetów. Mamy nadzieję jednak, że może na mieście uda nam się wytargować lepszą cenę za wszystkie atrakcje. Niestety ceny są sztywne i nikt nie chce dać nawet 5% rabatu… tak przedstawiają się poszczególne koszty za, moim zdaniem, najciekawsze fakultety  – ceny w amerykańskich dolarach, dzieci płacą pełną stawkę !!!

  • 1. Najbardziej niebezpieczny rafting na białej rzece – Zambezi 150 $
  • 2. 15 minutowy lot helikopterem nad wodospadami – 150 $
  • 3. spacer z dorosłymi lwami – 150 $
  • 4. spacer z najwyższymi afrykańskimi słoniami – 150 $
  • 5. rejs po rzece Zambezi z zachodem słońca – 50 $
  • 6. skok na bungie z mostu granicznego Zimbabwe – Zambia – 130 $

Po zaklepaniu fakultetów, szybka kolacja w restauracji i wracamy do naszego hotelu Cresta, a od samego rana czeka nas przecież masa atrakcji :) . Swoją drogę mieszkałem już w tym hotelu w 2003 roku.

Następnego dnia o 7.00 rano, jeszcze przed śniadaniem jedziemy na spacer z lwami. Pod hotel podjeżdża busik i po 10 minutach dojeżdżamy już na wydzielony teren sawanny, należący do Masuwe Lodge.  Fakultet dla osób powyżej 14 roku życia, lub powyżej 1,50 m wzrostu.  Jest to chyba jedyna okazja, żeby zrobić niesamowite zdjęcia prawie dorosłym lwom.

http://www.lionencounter.com

Lion Walk to program hodowli lwów, polegający na zbieraniu pieniędzy od turystów chętnych na spacer z pół na pół oswojonymi lwami. Najsilniejsze genetycznie ich młode odstawia się do odrębnego rezerwatu, dożywia, pilnuje, a z kolei ich młode, te najmocniejsze, wypuszcza się na zupełną wolność w wybrane miejsca. W ten sposób zamierza się odbudować coraz bardziej zagrożoną populację tych pięknych kotów… w przeciągu ostatnich 30 lat odnotowano spadek prawie 90% populacji tych zwierząt!!

Po krótkim poglądowym filmiku i wysłuchaniu wszelkich uwag, jak należy się zachowywać, co wolno, a co jest surowo zabronione, podzieleni na dwie małe grupki – po 6-7 osób i „uzbrojeni” w metrowe kijki wyruszamy… W ekstremalnej sytuacji należy machać lwu tym kijkiem przed nosem, podobnież takie zachowanie bardzo odwraca jego uwagę… mam nadzieję jednak, że nic takiego nie będzie miało miejsca  i nie będę musiał tego sprawdzać  😀 .

Lwom nie możemy okazywać lęku, musimy zachowywać się zupełnie naturalnie a chodzić możemy tylko za lwami. Ponadto nie wolno zbliżać się do nich od frontu, bo może potraktować to jako wyzwanie, nie można przed nimi kucać ani klękać, nie wolno wykonywać żadnych nerwowych ruchów. Jak się okaże, że lew podejdzie do nas na odległość mniejszą niż 2 metry, należy patrzeć mu w oczy i spokojnie się wycofywać… Absolutnie nie wolno odwracać się do lwa plecami!!

Po drodze dowiadujemy się jeszcze, że lwy śpią przeważnie po 18-20 h na dobę, a resztę czasu spędzają aktywnie – o świecie i zmierzchu. Czy to oznacza, że będziemy mieli zobaczyć zwierzęta w akcji… ??

Nasze koty to brat i siostra, mają dopiero po 18 miesięcy i jest to już ostatni moment na takie bliskie spotkanie z nimi… Każdy z nich waży już ponad 80 kg i gdyby chciał  mógłby zabić człowieka z łatwością, jednym uderzeniem swojej potężnej łapy.

Pomimo, że oba kociaki zostały wychowane przez ludzi i pośród ludzi, były i są karmione przez ludzi, to jednak z biegiem lat ich naturalne instynkty zaczynają dominować i nigdy, tak naprawdę nie wiadomo, kiedy milutki kotek nagle dostrzeże smakowity obiad w postaci swojego żywiciela.

Spacerujemy przez busz, na przełaj, często po ścieżkach wydeptanych przez zwierzęta, których jest tutaj naprawdę sporo. Przewodnik pokazuje nam ślady słoni, bawołów, antylop… Nagle widzimy dwa potężne koty, które całkowicie zlewają się z otoczeniem… wyschnięta sawanna ma wręcz identyczny kolor jak ich futra…

Kilka zdjęć…

DSC_6203DSC_6201DSC_6210DSC_6211DSC_6212DSC_6280DSC_6221DSC_6225a tutaj już moja skromna osoba

DSC_6231DSC_6303Po godzinie takiego spaceru, gdy temperatura nieco wzrosła, lwy stają się wyraźnie senne. Coraz częściej siadają na ziemi, kładą się, aż wreszcie zasypiają.

DSC_6441DSC_6427wracamy ze spaceru z lwami, śniadanko i idziemy z buta do parku narodowego Victora Falls…

Wodospady Wiktorii są jedną z najbardziej spektakularnych atrakcji Afryki i zaliczane są do najbardziej niezwykłych wodospadów na świecie. Woda z rzeki Zambezi, spada raptownie z wysokości ponad 110 metrów w przełom, a jej rozpiętość wynosi ponad 1700 metrów. Łomot spadającej wody słyszalny jest w promieniu 40 kilometrów, a rozpylona woda tworzy rodzaj słupa kropelek wznoszącego się na wysokość 400 metrów, widocznego w promieniu 50 kilometrów.

Wodospad został odkryty w 1855 roku przez Davida Livingstone, szkockiego lekarz i misjonarza, który nadał nazwę ku czci królowej Wiktorii. Rdzenni mieszkańcy nazywali ten dziw natury „Mosi- oa – Tunya ” („Dym który grzmi”) i bali się nawet do niego zbliżyć. Żądny przygód David Livingstone był pierwszym Europejczykiem, który chciał przebyć całą Afrykę ze wschodu na zachód. W jego wyprawie, której celem było szerzenie chrześcijaństwa w Afryce, brało udział 300 wojowników jednego z plemion. Ani jeden z nich nie odważył się jednak zbliżyć do wodospadu.

Park czynny jest w godzinach 6.00-18.00, a wstęp kosztuje 30 $ zarówno dla dziecka jak i dorosłego (lokales płaci 7 $). Odległość do przejścia od punktu widokowego nr. 1 do 10 (bo tyle jest do obejrzenia od strony Zimbabwe wynosi  około 2 km, a czas, jaki potrzebny jest na zobaczenie tego cudu natury to prawie 3 h. Najlepsza pora odwiedzenia wodospadu jest od godziny 9.00 do 12.00 oraz od godziny 15.00 do zamknięcia bramy. Przy punktach widokowych brak jakichkolwiek stalowych barierek.

kilka ujęć…

DSC_6451DSC_6466DSC_6467DSC_6478DSC_6482DSC_6483DSC_6499DSC_6516Po prawie 3 h spacerku… cali przemoczeni od unoszących się kropelek wody idziemy na lunch, bo po południu czeka nasz jeszcze sunset cruize po Zambezi.

Jak wspomniałem wcześniej, po południu mamy umówiony rejs statkiem o zachodzie słońca na Zambezi…. zdjęć niewiele, bo po takim ciężkim dniu, nawet nie chciało mi się aparatu brać do ręki… na stateczku pełen wypas –  jedzenie serwowane, mięsko krokodyla i inne specjały, ale po napoje już trzeba było dobiegać do baru 😀 . Wszelkie napitki w, tym firmowy alkohol All inclusive  :) .

Dosłownie parę ujęć z rejsu po Zambezi o zachodzie słońca…

DSC_6518DSC_6519na pierwszym planie kleszczak afrykański w poszukiwaniu ślimaków

DSC_6530DSC_6537DSC_6531W 2003 roku spotkaliśmy ogromne ilości hipów, tym razem te najgroźniejsze zwierzęta afrykańskie ujawniły nam się dosłownie raz… ale po takiej biesiadzie na statku nawet nie zdążyłem chwycić za aparat 😀 .

DSC_6581DSC_6586Rejs trwał ponad około trzy godziny… i taki relaks bardzo się naszej ekipie przydał  :) .

Nie zdziwię się, jak cena tego fakultetu wzrośnie niebawem o 100%… :D,  spotkaliśmy bowiem na statku bardzo wesołą ekipę Rosjan… kalinka i sokoły były hitem 😀 .

Kolejnego dnia, z samego rana mamy zaplanowany lot helikopterem nad Wodospadami Victorii… mamy nadzieję też, że dojedzie do nas, najszybciej jak to możliwe, Erastus ze sprawnym samochodem… wszak tego dnia w planach mamy dotarcie do P.N Hwange w Zimbabwe.

ale najpierw lot, polecimy czymś takim…

DSC_6596helikopter w środku…

DSC_6599Krótki instruktaż i odrywamy się od ziemi.

DSC_6604wodospady w całej swojej okazałości

DSC_6609DSC_6611ten most odwiedzimy jeszcze dzisiaj… po jednej stronie Zimbabwe, po drugiej stronie Zambia…

DSC_6618DSC_6622DSC_6625DSC_6628tutaj doskonale widać to, o czym pisałem wcześniej…. kocioł kropelek wody lądującej z hukiem na urwisku…

DSC_6635DSC_6644DSC_6647DSC_6650DSC_6657DSC_6681Lot mieliśmy zaklepany na 8:30, do helikoptera wchodzi po 5 osób + pilot. Nas była dziesiątka, cena sztywna, ale jak się okazało, po nas leciała jedna osoba… i płaciła tyle samo… Sorry, ale Murzynów, to ja chyba nigdy nie zrozumiem…

Wracamy do hotelu na śniadanko, Erastusa nie ma, jego telefon wyłączony, znaczy włącza się poczta… dziewczyny zaczynają panikować, nie wiem, co rodzi się w ich głowach, ale ja dla rozładowania atmosfery pytam… czy był ktoś z Was w Zambii?? Jak nie to, ja się właśnie się tam wybieram na piechotkę, chętnych zapraszam… zbiórka za kwadrans na recepcji. A plany są po to, by je modyfikować  😀 .

Część ekipy zostaje i woli ogryzać pazury, a ja z pozostałymi idę na podbój Zambii  😀 .

Po drodze, przed granicą Zimbabwe-Zambia przed samym wejściem do Wodospadów Victorii, widzimy grupę taneczną – podobną, jaką widziałem na lotnisku w 2003 roku zaraz po opuszczeniu samolotu, a jeszcze przed odbiorem bagaży…

DSC_6693Okazuje się, że na granicy nie są potrzebne nawet nasze paszporty, zero dokumentów, nic… Koleś siedzący na plastikowym krzesełku pod parasolem z napisem Coca-Cola, wręcza nam tylko kwitek z odręcznie napisaną ilością osób… bez żadnej pieczątki, bez niczego…nic. Pewnie część z Was się zapyta, czemu nie podjechaliśmy samochodem? Po pierwsze, jadąc samochodem trzeba byłoby stać w kilometrowej kolejce do odprawy, a po drugie taki przejazd kosztowałby 30 USD osoba (wiza powrotna do Zimbabwe) + wiza do Zambii – kolejne 50 😀 . Po drodze oczywiście handelek, chcą nam wcisnąć wszystko od metalowej bransoletki, po zwierzaki wydłubane z drewna… Jakoś nie mamy humoru na interesy, z uśmiechem na twarzy mówimy do nich Polsku, na rożne zaczepki odpowiadamy również po Polsku, oni się śmieją, my się śmiejemy… generalnie jest wesoło :) .

Tutaj dwa zdjęcia z mostu granicznego na Zambezi…

DSC_6701DSC_6704Ledwo minęliśmy znak oznajmujący, że jesteśmy w Zambii, nawet nie dochodząc do przejścia granicznego, dzwoni telefon… Erastus jest!! Euforia w słuchawce taka, jakby ktoś szóstkę w Lotto trafił  😀 .

Postanawiamy zawrócić…. o kartkę, z ilością osób na przejściu w Zimbabwe, nikt się nawet nie upomniał… AFRYKA, wiem, że jestem w Afryce  😀 .

Docieramy do hotelu, szybki check-out i już jedziemy do P.N. Hwange… ale najpierw trzeba jeszcze zatankować… płacimy 49$ za 38 litrów oleju napędowego.

Za chwilę zostajemy zatrzymani przez policję… wiele słyszałem, że ichniejsza drogówka tylko szuka pretekstu do zainkasowania kilku bucksów łapówki, żeby nie wypisywać mandatu… Okazuje się, że dwa z trzech naszych samochodów nie mają naklejek odblaskowych, które są wymagane w Zimbabwe… tak jak u nas potrzebny jest trójkąt, tak w Zimbabwe każdy samochód powinien mieć na każdym boku zderzaka – z przodu białe, a z tyłu czerwone odblaskowe naklejki. Tym już Bocian się pogrążył na maksa… wysyłać samochody, które nie spełniają norm danego kraju?? Łapówki drobne, po 2-5 $, ale sam fakt zatrzymań przez policję jest mocno irytujący… Zanim kupiliśmy te naklejki na stacji benzynowej, zostaliśmy zatrzymani przez policję trzy razy…

Dobra, nie ma co się nad sobą użalać, jesteśmy na urlopie i od tego jak go spędzimy zależy w dużej mierze od nas samych Biggrin

Jedziemy w kierunku P.N Hwange, który jest największym rezerwatem dzikiej przyrody w Zimbabwe, powierzchnią dorównującym Belgii. Założony został w 1930 roku, istniał już czasach, gdy okolicę tę przemierzał Kazimierz Nowak, o czym tenże wspomniał w swych listach do żony. Na terenie rezerwatu znajdują się tak różne środowiska, jak ogromne połaci buszu, obszary bagienne, liczne szuwary i sadzawki, mnogość przeróżnych terenów trawiastych, które idąc w kierunku południowym zamieniają się w stepy, a dalej obszary półpustynne i pustynne osławionej Kalahari. Ilość gatunków zwierząt tu występujących, mnogość stad i wielkości populacji są iście imponujące, między innymi występuje tu największa liczba gatunków ssaków spośród wszystkich afrykańskich Parków Narodowych. Samych słoni na terenie Hwange jest od 20-75 tysięcy, a że rezerwat nie jest ogrodzony i zwierzęta mogą się swobodnie przemieszczać poza jego obszar, stąd tak duże rozbieżności.

Przekraczamy bramy parku i musimy uiścić opłatę za dwa dni pobytu: dorosły 20$, dziecko 10$, samochód 10$.

Za chwilę widzimy już pierwsze stada słoni…

DSC_6709DSC_6712DSC_6713Dojeżdżamy na nasz camp, skończył się luksus 😀 , dziś śpimy pod namiotami na Hwange Main Camp. Zrzucamy nasze stoliki, krzesła, rezerwujemy miejsce pod drzewem w bliskiej odległości toalet, zamawiamy sobie drewno na ognisko i za chwilę wyruszamy na safari :) .

przed wyruszeniem na safari, w recepcji uwieczniłem moim zdaniem świetny obrazek…

DSC_6727

Wyruszamy na safari, pani na bramie campu skrupulatnie notuje numer samochodu, ilość osób w aucie, przypomina o godzinie zamknięcia bramy i życzy udanych łowów :) .

Zaraz za bramą widzimy hałaśnika szarego, angielska nazwa tego ptaszka to Grey go-away-bird… odgłos, jaki wydaje z siebie kojarzy nam się z odbijaniem się, po wypiciu dużej ilości gazowanych płynów…

DSC_6748Wreszcie, po tylu dniach widzimy zwierzęta, dla których tłukliśmy się tutaj tyle kilometrów.

DSC_6753DSC_6757DSC_6767samiec Kudu w pełnej okazałości

DSC_6770DSC_6772struś, który próbuje nam uciec i wcale nie chowa głowy w piasek 😀

DSC_6781DSC_6785na brzegu bajorka bliżej nas odpoczywa sobie krokodyl

DSC_6786ziewający hipcio

DSC_6789DSC_6790DSC_6791Słoń afrykański posiada duże uszy o długości nawet do 1,5 m, pomagające wytworzyć mu powiew powietrza chłodzący całe ciało. Trąba zakończona jest dwoma palczastymi wyrostkami, służy do oddychania, picia, wąchania, jest pomocna przy kąpieli, pomaga w zbieraniu pożywienia. Posiada 4 zęby o długości 30 cm każdy, ciosy przypominające kły, stanowią przedłużenie siekaczy i rosną przez całe życie. Stopy słonia afrykańskiego są miękkie od spodu. Skóra mocno pomarszczona, z małą ilością owłosienia. Średnia długość życia słonia afrykańskiego wynosi ok. 70 lat.
Żyje w stadach złożonych z członków rodziny, jednak bez samców, które to przeganiane są ze stada po osiągnięciu dojrzałości i następnie żyją samotnie i dopuszczane są do stada tylko w okresie rui samicy. Słonie żyją tylko w bliskiej odległości od wody, która służy im do picia i do częstych kąpieli. W celu ochrony przed owadami słonie po kąpieli obsypują się piaskiem. Do komunikacji między sobą używają specjalnych odgłosów: chrząkanie, a także trąbienia (w przypadkach zdenerwowania). Odgłosy te powstają przy użyciu gardła, trąby oraz nosa.
Słonie afrykańskie żywią się tylko roślinami, głównie trawami, liśćmi drzew, gałęziami i konarami. Dzienne potrzeby żywieniowe słonia wynoszą 200 kg pożywienia i prawie 200 litrów wody, po przetworzeniu wydala do 90 kg kału. Do rozdrabniania pożywienia używają swoje 4 zęby. Jeżeli je stracą – giną.
Oznaką początku kopulacji są gesty polegające na ocieraniu się trąbami. Ciąża trwa ok. 22 miesiące, po czym rodzi się młody osobnik o wadze ok 110 kg. Porody u jednej samicy odbywają się co ok. 4 lata.

DSC_6792Takie postawione uszy słoni oznaczają złość i gotowość  do pojedynku… w oddali widać zbliżające się konkurencyjne stado… stoimy na ambonie i obserwujemy co się za chwilę wydarzy

DSC_6795Do niczego jednak nie dochodzi… nadciągające słonie postanowiły zaczekać i nie doprowadzać do konfrontacji.

DSC_6802W międzyczasie do wodopoju podeszło kilka samiczek kudu.

DSC_6804razem z nami wszystkiemu przygląda się błyszczak krępy

DSC_6807nad bajorko przyleciał też bielik afrykański

DSC_6817DSC_6824nad tym oczkiem wodnym moglibyśmy spędzić nawet i cały wieczór, ale jako, że słońce chyli się ku zachodowi… musimy wracać, by zdążyć przed zamknięciem bramy do parku…

DSC_6840DSC_6855DSC_6856tuż przed wjazdem do naszego obozowiska widzimy jeszcze żyrafę…

DSC_6869Na dziś starczy już atrakcji… musimy przecież jeszcze rozłożyć nasze domki, zjeść kolację i posłuchać odgłosów parku….

Kolejnego dnia wstajemy jak zwykle o 5:30, szybkie pakowanie namiotów, śniadanie i wyruszamy w kierunku Sinamatella Camp, miejsca gdzie mamy zaplanowany kolejny nocleg. Odległość jaka dzieli oba campingi to tak mniej więcej 85 km, ale, jako że mamy zamiar pokręcić się po okolicy w poszukiwaniu zwierząt, to pewnie na miejsce dotrzemy w okolicach godziny 14.00 😀 .

Rzut oka na nasz camp i spakowane samochody

DSC_6885Wyjeżdżamy za bramy parku i widzimy bardzo ładnego małego czerwonego ptaszka – dzierzbę purpurową.

DSC_6895Na drzewie siedzi sobie i czeka na pierwsze promienie słońca kukal senegalski

DSC_6898a za chwilę w oddali jakieś 150 metrów od nas wypatrujemy geparda…

DSC_6904stoi na drzewie i obserwuje okolicę

DSC_6915po takim kilkominutowym podziwianiu tego pięknego kotka, on rusza w swoją stronę, a my powoli staramy się podążać za nim…

DSC_6918Niestety gepard nie ma zamiaru zbliżyć się do nas i znika w wysokich trawach…

Po drodze spotykamy rozrzucone kości słonia… ktoś miał tutaj niezłą wyżerkę… Ciekawe czy słonina (bo jak inaczej nazwać mięso słonia) jest smaczna, choć nigdzie w żadnej knajpie nie spotkałem się, żeby była w menu.

DSC_6926tutaj błyszczak lśniący

DSC_6931na drzewie wypatrujemy malutką kraskę liliowopierśną

DSC_6941Podjeżdżamy do takiej ambonki z widokiem na dosyć spore oczko wodne, w nadziei, że kwitnie tam jakieś życie towarzyskie, jak miało to bardzo często miejsce w Namibii podczas naszej pierwszej wyprawy.

Po jednej stronie bajora jakąś naradę mają sępy przylądkowe,

DSC_6950po drugiej stronie oczka widzimy małe stado bawołów,

DSC_6952po chwili wypatrujmy też małą rodzinę guźców,

DSC_6966a w samym oczku wodnym pełno jest hipów.

DSC_6983DSC_7002siedzimy sobie na tej ambonce dobrą godzinkę, mamy dach nad głową, a więc słońce tak nie pali… i obserwujemy co się dzieje…

a dzieje się dużo :)

Do wodopoju przychodzą samice kudu,

DSC_6986z drugiej strony obserwujemy spore stadko pawianów,

DSC_6998obserwujemy też, ze nadciąga spora rodzina antylop impala

DSC_7008DSC_7017DSC_7025na koty nie mamy jednak co liczyć, że odbędzie jakieś polowanie, czy przyjdą się napić… one po prostu zaszyły się gdzieś w trawie pod drzewem i śpią.

Ruszamy zatem dalej

Po drodze spotykamy jeszcze antylopy Waterback, z charakterystycznym na zadzie białym okręgiem oraz antylopę z impalę, reklamująca się jako McDonald dla lwów 😀

DSC_7033Pod drzewem natrafiamy na liczną grupę likaonów – dzikich psów. Obecnie jest to jeden z najrzadziej spotykanych mięsożerców, zagrożony wyginięciem. W przeszłości populacja tych psowatych obejmowała prawie cały kontynent afrykańskie i liczyła 500 000 osobników, a obecnie jest ich zaledwie około 3500… i zamieszkują głównie suche rejony Afryki na południe od Sahary. Można je spotkać w zaroślach akacjowych, na półpustyniach czy sawannach trawiastych; niekiedy pojawia się na obszarach bardziej górzystych…  Zwierzęta te mają bardzo silny instynkt stadny, co sprawia, że żyją i polują w dużych grupach. W stadzie występuje wyraźna hierarchia osobników – osobna dla samców i samic. Wśród samic hierarchia jest zdecydowanie bardziej zauważalna. Całe stado liczy mniej więcej od 12 do 40 osobników z przewagą samców. Głównym składnikiem diety Likaonów jest mięso. Polują głównie na antylopy czy gazele, a poziom ich skuteczności łowieckiej szacuje się na ok. 80 procent. To bardzo dobry wynik, zważywszy że lwy osiągają zaledwie 30 procent skuteczności. Polowanie odbywa się w stadzie, w którym dominująca para prowadzi długą pogoń za ofiarami. Początkowo może być ich kilka, dopiero po wybraniu odpowiedniej zdobyczy wszyscy członkowie stada zaczynają ścigać tylko jedną ofiarę. W pogoni tej działają na zasadzie sztafety. Dominujące psy gonią ofiarę, a gdy ta zmieni kierunek ucieczki, przywództwo przejmują psy, które są najbliżej. Gdy ofiara zostanie schwytana okrąża zwierzę, a dominująca para uśmierca je rozszarpując brzuch i boki.
Jako ciekawostkę warto dodać, że Likaon może gonić ofiarę przez wiele kilometrów, a na dystansie 5 km potrafi rozwinąć prędkość do 60 km/h.

DSC_7048DSC_7055DSC_7083DSC_7084Dojeżdżamy na nasz camp Sinamantella w okolicach godziny 14.00…

widzimy, że jest stacja benzynowa, więc przynajmniej nie musimy troszczyć się o paliwo :)

DSC_7067Na recepcji widzę znowu fajną tabliczkę, która pokazuje jakie ślady zostawiają poszczególne zwierzęta na piachu…. to dla nas przecież bardzo cenna wskazówka, bo bawimy się w tropicieli od ponad tygodnia :) .

DSC_7066

na skałkach wygrzewa się jaszczurka

DSC_7037oraz góralek przylądowy.

Zwierzę śmiga po skalach z nadzwyczajną zwinnością. Góralek to najmniejszy, a słoń to największy z kopytnych, niemniej wiele ich łączy. Górne siekacze góralka zakrawają na małe ciosy słonia potocznie zwane kłami, mają wklęsły korzeń i stale rosną. Inne ich wspólne cechy to brak woreczka żółciowego oraz przymocowane do klatki piersiowej płuca. Słoń i góralek nie są bliskimi krewnymi, lecz naukowcy twierdzą, że mają wspólnych przodków.

DSC_7043DSC_7080rozbijamy obozowisko… i taki mamy widok na otaczającą nas przyrodę… w dole olbrzymie stado bawołów

DSC_7091okazuje się, że na campie nie ma wody, więc nie pozostaje nam nic innego, jak przygotować posiłek, otworzyć piwko, rozpalić ognisko i odpocząć.

Tego dnia opuszczamy Zimbabwe i udajemy się do Botswany do Kasane – stolicy P.N Chobe. Już tam byliśmy „przelotem” przed samym wjazdem do Zimbabwe do Victoria Falls. Kolejną noc spędzimy w wypasionej Chobe Safari Lodge :) .

Pobudka jak zwykle 5:30, zaczynamy składać namioty i nagle naszym oczom ukazuje się spektakularny wschód słońca… rzucam wszystko, chwytam statyw, biorę aparat i jestem głuchy na wszelkie prośby i groźby… śniadanie mogę zjeść później, a namiot może jechać niezłożony na dachu… wszystko mam w tyle 😀 .

DSC_7095tutaj już widać słonko… zapowiada się kolejny ciepły dzień

DSC_7100Tego dnia nie mamy wielu kilometrów przed sobą, musimy się wydostać z Hwange, potem jeszcze część drogi w głębokim piachu na reduktorze, a Botswanie już asfalt. Najgorsze jest to, że jest sobota, a my nie mamy ani jednej Puli (waluta Botswany), a tylko taką przyjmują na stacjach benzynowych, sklepach czy w knajpach. Musimy się zatem spieszyć, żeby zdążyć w miarę szybko dojechać do Kasane i tam znaleźć jakiś czynny kantor/bank… Bez porannego safari ruszamy zatem w kierunku Botswany..

tutaj ładnie pozuje nam gnu

DSC_7110Wygląda na to, że jedziemy jakimś „skrótem” , bo drogi to tutaj od dawna nie ma…

DSC_7114DSC_7118tak wyglądają znaki informujące o oczkach wodnych, miejscach przystosowanych do piknikowania w P.N. Hwange

DSC_7132W tym miejscu opuszczamy nasz park.

DSC_7141Dojeżdżamy do granicy, przed nami jeden samochód, więc pewnie szybko załatwimy formalności.

DSC_7156Wypełniamy deklaracje, że w ostatnim czasie nie byliśmy na terenach zagrożonych wirusem Ebola, wpisujemy skąd jedziemy i dokąd, jakim środkiem transportu, numery rejestracyjne naszych dyliżansów muszą się oczywiście znaleźć w odpowiednim polu, numery paszportów, ilość osób w samochodzie – pełna biurokracja. Wizy na szczęście nie potrzebujemy, kantoru na granicy brak, kilka uśmiechów do celników, którzy zaglądają jeszcze do naszych lodówek czy przypadkiem nie przewozimy żadnego mięsa…

Przechodzimy jeszcze przez takie specjalne maty nasączone jakimś płynem, który wybije ewentualną „zarazę” , przywiezioną z Zimbabwe na podeszwach naszych butów (dobrze, że nie ma zbiorowej łaźni  😀 ) i jesteśmy w Botswanie, o czym świadczy flaga państwa.

DSC_7167Zaraz za granicą po stronie Botswany zaczyna się asfalt, po którym dojedziemy na nasz kolejny nocleg w Chobe Safari Lodge. Jesteśmy już w Parku Narodowym Chobe, który jest jednym z największych skupisk dzikich zwierząt na kontynencie afrykańskim i jednym z największych rezerwatów przyrody na świecie. Założony w 1967 roku, a powierzchnia jego przekracza 10 000 km2. Chobe słynie przede wszystkim ze słoni, a ich populacja sięga tutaj niemal 100 000 osobników… co chwile na drogach widzimy znaki… uwaga na słonie.

DSC_4568Kilka razy mieliśmy taką sytuację, że nagle z okolicznych krzaków wychodziła spora rodzina słoni i przechodziła na drugą stronę jezdni… szkoda, że nie miałem wtedy aparatu pod ręką.

Po drodze do naszej lodgy, w Kasane, stolicy regionu Chobe i miejscu gdzie łączą się granice czterech państw (Botswany, Zimbabwe, Zambii i Namibii) szukamy najpierw jakiegoś banku, kantoru, żeby wymienić walutę na miejscową Pulę, a następnie chcemy jeszcze zrobić jakieś zakupy… Wszystkie banki są już niestety zamknięte, ale udaje nam się w końcu znaleźć agencję turystyczną, która z chęcią przyjmie „zielone” … jak się okaże po bandyckim kursie. Diablo  1$ = 9,45 PUL , gdzie dochodzi jeszcze prowizja… przy 600 $ – 170 PUL … Diablo Diablo Diablo Robimy zakupy, niektórzy coś jedzą i ruszamy do naszej lodgy, która oddalona jest od centrum o jakieś 2-3 km… Kwaterujemy się i chcemy oczywiście wyruszyć na popołudniowy Chobe Boat trip (cena za dorosłego 220 PUL, dziecko 120 PUL, wstęp do parku 120 PUL /osoba – bez różnicy czy dorosły czy dziecko) … okazuje się, ze ostatnia łódka właśnie odpływa…tutaj nasze wkurwienie sięgnęło zenitu, bo zamiast tracić godzinę na zakupy, mogliśmy w tym czasie upajać się najpiękniejszym zachodem słońca w Afryce, podziwiać spektakl zwierząt przy wodopoju… a spożywkę nabyć następnego dnia rano przed odjazdem, bo market znajdował się dosłownie 50 metrów od naszej lodgy!!!!!!

kilka strzałów z ogrodu naszej lodgy

DSC_7174koczkodan tumbili

DSC_7177mangusty pręgowane

DSC_7187dwie sarenki: ta po lewej to sitatunga, a po prawej moja córa

DSC_7193DSC_7199tego popołudnia nikt nie miał ochoty skorzystać z wypasionego basenu, piwo nie smakowało tak, jak powinno… a i wypasiona kolacja z bufetem, szwedzkim stołem, mięsem z dziczyzny była niczym……

dwa zdjęcia z zachodu, z lądu z terenu naszej lodgy….

DSC_7225DSC_7229Następnego dnia, z samego rana tankujemy nasze samochody pod korek – 567 PUL, nalewamy też paliwo do baniaków i mimo, że tego dnia do przejechania mamy raptem 220 km… to czas potrzebny na dotacie na nasz kolejny nocleg  będzie oscywlował w okolicach 12 godzin… Biggrin . Pierwszy krótki odcinek to asfalt, ale jak miniemy bramy parku Chobe, to zaraz zacznie się wieczna walka z luźnym piaskiem i tak aż do campu Third Bridge w P.N Moremi.

Tutaj wjeżdżamy do parku Chobe, płącimy 120 PUL dorosły, dziecko 8-17 lat 50% stawki, do 8 lat za free, samochód 50 PUL.

DSC_7247Tym razem byłem przygotowany niespodzianki i aparat leżał już pod ręką :) .

Przez nasza drogę przebiega antylopa szabloroga

DSC_7248przed maską przebiegają zebry

DSC_7249w krzakach czają się kolejne antylopy szablorogie

DSC_7252tutaj już na luźnym piachu króciutka przerwa na toaletę

DSC_7259a tak wygląda ewentualna mijanka z pojazdem z naprzeciwka

DSC_7268tutaj wjeżdżamy do parku Savuti … znowu trzeba głębiej sięgnąć do kieszeni – ceny te same co przy wjeździe do Chobe

DSC_7277na drapieżniki nie mamy co liczyć, jest koło południa, więc jedynie co możemy spotkać to słonie, antylopy i innych roślinożerców.

przed chwilą chyba wspominałem o słoniach ….

DSC_7279DSC_7284po drodze mijamy wjazd do parku Savuti

DSC_7305tutaj na gałęzi siedzi sobie toko czerwonolicy, zgodnie nazywanym przez nas banankiem

DSC_7308DSC_7309pod drzewem cienia szukają dwa dropy olbrzymie – najcięższe ptaki latające na świecie

DSC_7314tu dla odmiany malutka kraska liliowopierśna

DSC_7342jedziemy dalej, bo czas nas nagli…

raz jest tak…

DSC_7319a za chwilę jest tak…

DSC_7353DSC_7356przed każdą taką wodą trzeba wysiąść z samochodu, rzucić czymś ciężkim i sprawdzić, czy w sadzawce nie ma hipów czy krokodyli… trzeba potem wejść do wody i sprawdzić jej głębokość, rozglądając się zarazem, czy nie jesteśmy czyimś potenclajnym posiłkiem.. i jak wszystko gra, możemy ruszać dalej przed siebie… i znowu obserwować dzikie zwierzęta :) .

tutaj antylopa tsessebe

DSC_7350Mijamy Ghoha Gate, Mababe Gate, wyjeżdżamy na chwilę z parku i kilka zdjęć jakiejś wioseczki po drodze…

DSC_7358DSC_7361DSC_7363wreszcie tuż przed 18 docieramy do Moremi… płacimy za wjazd tak jak wszędzie w Botswanie w niezmienionych stawkach, a więc: dorosły 120 PUL, dziecko 8-17 50% ceny, dziecko do 8 lat ma wjazd bezpłatny, samochód 50 PUL. Wszytsko razy dwa, bo to stawka dzienna za przebywanie w parku Preved a my mamy zaplanowany przecież tutaj nocleg….

DSC_7364DSC_7370Dowiadujemy się, że do naszego campu Third Bridge zostało nam jeszcze około 45 km… czyli 2,5 godziny jazdy… Kobieta, która kasuje nas za wjazd wybałusza swoje i tak już wielkie oczy i mówi, że nie powinna nas w ogóle wpuścić. Dojedziemy po ciemku, o ile w ogóle dojedziemy i generalnie bardzo niebezpieczne jest poruszanie się po parku po zmierzchu… Mówimy, że mieliśmy kłopot z samochodem i najwyżej jak się ściemni zatrzymamy się na campie wcześniej i opłacimy nocleg jeszcze raz… Wink Jakiś kit musieliśmy wcisnąć, bo noclegi na campach w Botswanie kosztują tyle, co wypasione hotele w Azji :) .

Ruszamy dalej…

DSC_7373Na zdjęcia za bardzo nie mamy czasu, bo zapada zmrok, ale tak na szybko jeszcze rejestruję zebry…

DSC_7376Zebra jest dużym zwierzęciem. Sierść ma barwę białą i posiada czarne długie pasy skierowane w różnych kierunkach. Szyja jest długa, porośnięta grzywą. Uszy niewielkie, sterczące, głowa wydłużona jak u konia. Smukła budowa pozwala na poruszanie się z prędkością 60 km/h.
Zebry żyją w stadach, składających się z jednego ogiera, kilku samic oraz osobników młodych. Przeciętna długość życia wynosi 30-35 lat. Odżywiają się roślinami, głównie trawami.
DSC_7380i kolejną przeprawę przez sadzawkę, młodzi świetnie się bawią, tylko kierowcy mają troszkę stresu… tu już nawet nie wychodzimy z samochodu, żeby sprawdzić co w wodzie „piszczy” 😀 .

DSC_7393DSC_7394Ściemniło się już na poważnie…GPS wskazuje 17 km do celu, a z krzaków łypią na nas jakieś oczy… hieny

DSC_7403Droga taka, że nic nie widać, ale jedziemy dzielnie przed siebie… słychać jakieś trzaski, jakby ktoś łamał drzewa, niewiele widać…. to chyba słonie przedzierają się przez busz… nagle zauważmy znak Dry Way to the 3rd Bridge Camp (czyli sucha droga do naszego campu)… no przedzierać się przez wodę po nocy to raczej jest to ostatnia rzecz, na jaką mielibyśmy ochotę Biggrin

Zjeżdżamy w lewo, tak jak prowadzą znaki i nagle droga skraca się do 9 km… suuuuper. Ale, jedziemy, jedziemy i dojeżdżamy na lotnisko – taka wielka wykarczowana łacha niezbyt ubitego piachu, o powierzchni boiska piłkarskiego. Wjeżdżamy, a GPS kieruje nas przez krzaki… bez jaj, nie damy rady… Dash 1  GPS widzi w tym miejscu drogę a my widzimy słonie i krzaki… kręcimy się w kółko, co rusz GPS każe nam zawracać i wjeżdżać w krzaki… wycofujemy się, straciliśmy tylko niepotrzebnie 45 minut… ale jak zawrócimy to czy to oznacza, że będziemy przedzierać się przez bajora?? w nocy… ?? Shok Wyjścia nie ma, co ma być to będzie… Biggrin Dojeżdżamy do miejsca ze znakiem, który zafundował nam podróż na lotnisko i jedziemy zgodnie z tym co wskazuje GPS…  niby jesteśmy blisko, ale cały czas daleko i nie za bardzo wiemy, czy nasza nawigacja zna drogę Biggrin . Po godzinie penetrowania wszystkich dróżek, nagle w oddali widać jakieś światełko.. nasz camp?? Bardzo prawdopodobne, podążamy więc w kierunku światła i docieramy na nasz camp…. UFFFF

Teraz tylko trzeba znaleźć jakieś miejsce na nocleg, w recepcji nikogo nie ma i chyba dobrze, bo moglibyśmy zapłacić niezłą karę, za takie nocne safari . Znajdujemy jakieś miejsce pod drzewem, kibelek nie wiadomo gdzie jest, bo ciemność taka, jak w tyłku u miejscowego, rozkładamy tylko nasze namioty, a dziewczyny w tym czasie obserwują okolicę, czy przypadkiem nie czai się na nas nieproszony gość w postaci lwa, hieny czy likaona… tym razem na kolację będzie wódka…. i nikt nie zamierza się oszczędzać  :) .

Kilka słów o Moremi… Moremi Game Reserve to pierwszy rezerwat w Afryce, który został założony przez lokalnych mieszkańców . Zaniepokojeni szybką degradacją środowiska na wskutek niekontrolowanego łowiectwa i ingerencji bydła ludność BaTawana postanowiła w 1963 stworzyć rezerwat przyrody.

W tym miejscu spotykają się ziemia i delta tworząc nadzwyczaj malownicze krajobrazy, sezonowo lub wiecznie mokre rozlewiska, cieki wodne, laguny, baseny, patelnie, łąki czy nawet lasy… to tutaj delta Okavango zalewa pustynię Kalahari…

Obecnie Moremi uważany jest za najpiękniejszy P. N. Afryki  i oferuje jeden z najbogatszych i najbardziej zróżnicowanych ekosystemów na kontynencie… zapraszam

DSC_7418pokręcimy się po okolicy i zobaczymy to, co wczoraj sobie tylko wyobrażaliśmy :) .

nasza dobra znajoma – kraska liliowopierśna

DSC_7422i cały inny zwierzyniec

DSC_7423DSC_7426szakal czaprakowy

DSC_7433czapla zielonawa

DSC_7440ibis białowąsy

DSC_7447czapla biała

DSC_7452kazarka egipska

DSC_7458tutaj gnu

DSC_7463Gnu to dalecy krewni konia i krowy, przypominają wyglądem bawoły, ale w rzeczywistości są przedsta­wicielami rodziny antylop. Nazwa „gnu” wywodzi się od słowa, którego używały do określenia tych wędrujących ssaków dawne afrykańskie ludy koczowni­cze. gnu mają zwisające brody i grzywy, długie, zakończone kitą ogony i (u sam­ców i samic) uniesione w górę sierpowate rogi oraz stojące uszy. Pomimo swych smukłych nóg i znacz­nej masy ciała (160 do 270 kg), gnu potrafią szyb­ko biegać, osiągając prędkość nawet 80 kilome­trów na godzinę. Jako ciekawostka antylopa gnu biega, nim jeszcze zacznie chodzić! Młode kłusują obok swej matki już pięć minut po urodzeniu. Występują głównie na otwartych przestrzeniach.

DSC_7466DSC_7468Widać takie mostki to codzienność, bo inaczej pewnie nie dałoby się normalnie przejechać.

DSC_7473tutaj „zagubiona w akcji” antylopa steenbok

DSC_7479impale

DSC_7484przelatująca przed samą maską antylopa

DSC_7487DSC_7493DSC_7501DSC_7502DSC_7506DSC_7509DSC_7517DSC_7518DSC_7523bielik afrykański

DSC_7524tutaj w krzakach siedzi sobie kukal senegalski

DSC_7527żabiru afrykański

DSC_7531udaje nam się wypatrzyć gadożera brunatnego

DSC_7534antylopy koby liczi

DSC_7543tutaj długoszpan afrykański

DSC_7548a zaraz za nim wyłania się cała rodzina hipciów

DSC_7559DSC_7561Na te hipcie moglibyśmy się tak gapić godzinami, ale ruszamy dalej…

tutaj małe stadko bawołów

DSC_7567Bawół afrykański to gatunek bydła, które nigdy nie zostało udomowione. Stało się tak głównie ze względu na jego nieprzewidywalny charakter, przez który jest bardzo niebezpieczny dla człowieka. Wbrew dość powszechnej opinii, nie wywodzi się on od tych samych przodków co bydło domowe, a jego pochodzenie wciąż pozostaje niejasne.
Bardzo ciekawą konstrukcję mają rogi bawoła, które u dorosłego osobnika łączą się ze sobą u podstawy, tworząc ciągłą osłonę z kości. Jest ona na tyle wytrzymała, że czasem, nawet kula z pistoletu nie może jej przebić :) .
Głównym składnikiem diety bawołów jest trawa, ale jedzą również, ale jedzą również krzewy i części drzew.
Liczebność stada u bawołów jest bardzo zróżnicowana, zazwyczaj są to grupy hierarchiczne, w których centrum znajdują się samice oraz ich potomstwo. W stadzie jest również miejsce dla dominującego samca, od którego inne męskie osobniki trzymają spory dystans. najsilniejszego w stadzie bawoła poznaje się po grubości rogów.
Bawoły afrykańskie uważane są za zwierzęta wyjątkowo groźne. Rocznie od ich ataków ginie rocznie ponad 200 osób.
DSC_7570DSC_7576tutaj czapla nadobna ( ta z niebieskim dziobem) i warzęchy czerwonolice (łyżkodzioby)

DSC_7578DSC_7584Dojeżdżamy na nasz camp w południe, odpoczniemy sobie trochę, bo szkoda wypalać benzyny o takiej porze dnia… zwierząt wiele się nie zobaczy… ale u nas na campie też kwitnie życie.. tutaj dzięcioł kardynał

DSC_7610toko buszmeński

DSC_7628tymal łuskogłowy

DSC_7636a między naszymi krzesłami biegają płochliwe wiewiórki…

DSC_7640a to zdjęcie wykonane przez moją 9 letnią córkę Smile

DSC_7644około 15.30 zbieramy się na safari…. okazuje się, że każdego dopadł leń, więc jadę z Markiem i nasze dzieciaki …jednym samochodem (mam nadzieję, że jak wrócę, namioty będą już rozstawione i kolacja przyszykowana Biggrin )

Wyjeżdżamy tylko za bramę campu i już widzimy pierwszą żyrafę.

Żyrafa jest obecnie najwyższym zwierzęciem na świecie.
Żyrafa jest ssakiem roślinożernym żywi się głównie liśćmi i korą. Jej przysmak stanowi akacja. Samce mierzą zazwyczaj powyżej 5 metrów wysokości. Rekordzista mierzył 609 cm. Samice dorastają do około 4,5 m. a ważą do 900 kg.
Żyrafy mogą nawet ponad 30 lat, a większość z nich żyje w stadach liczących nawet po kilkadziesiąt osobników. Często przebywają razem z zebrami i antylopami. W tych mieszanych stadach pełnią rolę one wartowników stad. Żyrafy nie są zwierzętami terytorialnymi. W ciągu dnia żyrafa spędza od 16 do 20 godzin na jedzeniu. Śpią na stojąco, a ich wzrost wcale nie przeszkadza im dobrze biegać. Galopują one bowiem z prędkością 45-55 km/godz. Nawet noworodek żyrafy ma wysokość około 180 cm i waży on wtedy 70 kg.

DSC_7653tutaj widzimy czajkę koroniastą, która zakłada gniazda na ziemi

DSC_7658DSC_7663zebry,odpoczywające i obserwujące czy nie zbliża się jakiś drapieżnik,

DSC_7674z zebrami jest tak samo jak z liniami papilarnymi u ludzi….nigdy nie ma identycznych

DSC_7680DSC_7681DSC_7686szakal czaprakowy

DSC_7691impale

DSC_7693tsessebe

DSC_7695kręcimy się tak po parku, ale kotów niestety nie ma…

DSC_7711powoli się ściemnia… a Afryce błyskawicznie zapada zmrok… a do tego kolory… takie, jakich nie spotkałem nigdzie na świecie..

DSC_7704już słyszymy na CB, jak nas dziewczyny nawołują…. czyżby kolacja była gotowa?

Ta noc nie należy do najprzyjemniejszych, po polu namiotowym grasuje spora wataha hien, co chwilę słychać jakieś trzaski, piski, porykiwania, odgłosy wywracanych śmietników, tłuczonego szkła… hieny w swoim żywiole nie zostawią najmniejszego okruszka z naszej kolacji…widać napić też się lubią Wink

Wybija 5:30 nie ma rady trzeba wstawać, pakować namioty. Po hienach zostały jedynie ślady porozrzucanych, w promieniu 50 metrów, naszych opakowań po jedzeniu i piciu. Możemy więc spokojnie się pakować i wyruszać ku kolejnej przygodzie… Dziś przed nami lot nad deltą Okavango.

Po drodze może ktoś skorzysta z fryzjera?? wypadałoby ładnie wyglądać przed wejściem do samolotu Wink .

DSC_7718

Trzecia co do wielkości rzeka w Afryce południowej – rzeka Okavango – nie uchodzi do morza, tylko „wsiąka” w pustynię Kalahari. Ale nim wsiąknie rozlewa się szeroko i na obszarze wielkości Szwajcarii tworzy deltę pełną kanałów, lagun, dzikich zwierząt – prawdziwą oazę nieskażonej afrykańskiej natury. W roku 2014 Delta Okavango została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jako ciekawostka – waluta Botswany nosi nazwę „pula” czyli deszcz, co dowodzi jak wysoko ceniona jest woda w tym kraju.

Dojeżdżamy do Maun (tankujemy za 480 PUL) pod międzynarodowe lotnisko, skąd odbywają się loty nad deltą Okavango, Erastus idzie do swojego przedstawiciela po wykupienie nam lotu, a my mamy chwilkę przerwy… mi włącza się szwędacz, idę sobie popatrzeć na okolicę i nagle natrafiam na biuro, które również oferuje takowe loty… Przedstawiam sytuację, pytam o ceny, trasę mówię, że jest nas 10 chętnych na jakiś najbliższy lot i menager proponuje nam wylot o godzinie 11.00. Cena za osobę 650 Pula lub 65 USD… nieźle, bo jak wczoraj podczas kolacji rozmawialiśmy z Erastusem, to cena fakultetu miała wynosić 125 USD… Za chwilkę wraca nasz uradowany przewodnik i oznajmia nam, że wytargował dla nas cenę 115 USD… lot o 10, czyli za pół godziny Biggrin .Pytam się, czy to za jedną osobę, czy za parę, bo my mamy ofertę za wspomniane wcześniej 65 USD, lot godzinny, zamiast 45 minut i widzimy to samo, a nawet więcej niż oferta Erastusa… on zakłopotany mówi, że to chyba jakaś pomyłka… Pomyłka??, czy ja wyglądam na pomyłkę?

Idę z jeszcze jednym kolegą i naszym przewodnikiem do „jego” biura odwołać nasz lot, Erastus wzbrania się, mówi, że sam to załatwi, ale my chcemy dowiedzieć się, jaka jest trasa tak drogiego lotu… Biggrin , bo może rzeczywiście warto podwójnie zapłacić… Biggrin . Jak już weszliśmy do biura agencji, Erastus szybko w niezrozumiałym dla nas języku coś przekazał kobiecie… okazuje się, że lot kosztuje 115 USD, bo mają nowiutkie samoloty… jak ja nie lubię, jak ktoś mnie robi w ch*** Biggrin

Pytam jeszcze Erastusa, czy jeśli wsiądziemy do samolotu o godzinie 11.00 zamiast o 10.00, to czy to nie wpłynie na realizację naszego programu, ten odpowiada, że spoko, damy radę ze wszystkim. Zbliża się czas naszego fakultetu, idziemy na lotnisko, przechodzimy normalną kontrolę, bo to w końcu międzynarodowe lotnisko, choć wygląda raczej na takie mocno lokalne i za chwilę pakujemy się do małej nowiutkiej Cesny. Ja zajmuję miejsce w drugim rzędzie, bo tuż obok pilota mocno przeszkadza „podpórka” skrzydła w robieniu, mam nadzieję, bardzo spektakularnych zdjęć. Do samolotu wchodzi 5 osób + pilot.

tutaj mapka poglądowa delty Okavango i okolic….

gotowi…? to startujemy

DSC_7722Samolot mały, zakładamy na uszy słuchawki, poprzez które możemy się komunikować i startujemy…. lecimy na wysokości 500-300 metrów bo samolot co chwilę „gubi wysokość”… rzuca nami niemiłosiernie, żołądek co chwilę znajduje się pod gardłem lub pod jelitami Wink

Teraz już nie przeszkadzam swoimi wpisami… czas na pokaz zdjęć Smile . Delta Okavango w całej swojej okazałości….

 DSC_7733DSC_7741DSC_7761DSC_7775DSC_7781DSC_7782DSC_7788DSC_7790DSC_7797DSC_7799DSC_7806DSC_7814DSC_7816DSC_7826DSC_7827DSC_7831DSC_7835DSC_7841DSC_7846DSC_7854DSC_7856DSC_7861DSC_7872DSC_7876DSC_7879DSC_7889DSC_7895DSC_7907DSC_7909DSC_7911DSC_7917DSC_7920DSC_7939DSC_7940DSC_7950DSC_7963Po 50 minutach niesamowitych widoków podchodzimy do lądowania. Przedmieścia Maun…

DSC_7969Po lunchu przed godziną 16.00 dojeżdżamy do Parku Narodowego Makgadikgadi Pans (solniska). Okazuje się, że jest już za późno, żeby zobaczyć największe solnisko i w recepcji parku kierują nas na Baines Baobab. Jest to tylko taka namiastka tego co chcieliśmy zobaczyć… czyżby zemsta Erastusa, że nie przytulił kilkuset „bucksów” ?? Nie chce mi się w to wierzyć, ale generalnie zrozumieć mentalność miejscowego ciężko, a i nie chciałbym być rasistą, ale pewnych rzeczy to ja nigdy nie pojmę Biggrin . Specjalnie wcześniej pytałem tego dnia, czy nasz późniejszy lot nie zaburzy naszego planu… Mogliśmy przecież od razu śmigać na solniska, żeby zobaczyć to, co mieliśmy w planach, a lot nad Okavango zabookować na kolejny dzień. Wracaliśmy przecież ponownie do Maun, a na nocleg dotarliśmy przed 15.00 czas więc był, żeby zorganizować to zupełnie inaczej… Diablo Diablo Diablo .

Wjazd do Makgadikgadi Pans oczywiście po stałych kosztach… 120 Pula dorosły, dziecko 8-17 połowa stawki, samochód 50 PUL i nie ważne, że wjeżdżamy na 2 godzinki…

Olbrzymie solnisko Makgadikgadi to dno gigantycznego jeziora, nad którego brzegami być może spacerowali pierwsi ludzie. Jeśli w istocie tak było,  to podróż do tego niesamowitego świata, to tak naprawdę powrót do źródeł cywilizacji. Jezioro to zajmowało prawdopodobnie powierzchnię 80 tys. km2 i miało głębokość 30 m. Uchodziły do niego rzeki Okavango, Zambezi i Cuando, a zaczęło wysychać ok. 10 tys. lat temu. Współczesnymi pozostałościami tego jeziora są liczne bagna (m.in. Makarikari czy Delta Okavango), solniska (solnisko Makgadikgadi) oraz niewielkie jeziora (np. Ngami). Obszar ten porastają olbrzymie baobaby Adansonia Digitata, które tworzą niesamowity krajobraz. Rosnące tu okazy uchodzą za jedne z najpiękniejszych w Afryce – najgrubsze osiągają 10 metrów średnicy pnia, to jest ponad 30 metrów obwodu  i mają 3,5 – 4,5 tys lat.

Zaraz za bramą wjazdową widzimy kruka srokatego

DSC_7976a tu już zdjęcia z solniska

DSC_7985i przede wszystkim piękne, zapierające dech w piersiach, olbrzymie baobaby.

DSC_7989organizator zamieszania z córką w nowo nabytych koszulkach

DSC_7993DSC_7998DSC_8003Nocleg zaplanowany mamy na campie Planet Baobab, na który docieramy po zmierzchu.

Kolacja, jak to na campie, dużo soków i innych pysznych dań, choć tego wieczoru baliśmy się trochę jedzenia… w końcu chłop (Erastus) stracił  trochę zielonych przez nasz lot nad Okavango u konkurencji Biggrin

zapraszam na wschód słońca na naszym campie… Planet Baobab

DSC_8027DSC_8030DSC_8035Tak też można zamieszkać na tym campie… ale my tym razem grzecznie w namiotach, na dachu samochodów.

DSC_8036Następnego dnia po wczesnym śniadaniu wyruszamy w kierunku Namibii. Tankujemy po drodze za 540 PUL, mijamy Maun, Ghanzi, krajobraz jaki nam towarzyszy to bezkresne pustkowie pustyni Kalahari.  Miasteczka zaś, charakteryzują się „delikatnym” nieładem architektonicznym, szczególnie widocznym w Botswanie Biggrin . Wczesnym popołudniem dojeżdżamy do granicy z Namibią w miejscowości Mamuno, tam tankujemy jeszcze za 180 PUL, żeby pozbyć się miejscowych pieniędzy, które w Namibii będą raczej bezużyteczne. Resztę wymieniamy na granicy w stosunku 1:1 Diablo

Przeprawa graniczna trwa dosłownie kilka minut, ponieważ wzięliśmy sobie wcześniej przy wyjeździe z Namibii na zapas deklaracje wjazdowe. Wypełnione wcześniej, stempelek do paszportu i witaj Namibio… ale to oznacz, że nasz wyjazd zbliża się już do końca.. zostały nam zaledwie dwa noclegi. Jeden w pobliżu farmerskiego miasteczka Gobabis , gdzie można spotkać sporo starej daty, białych farmerów ale i też bardzo dużo ludności Herero, którzy również posiadają sporo farm.

jedyne zdjęcie z tego dnia  – kobieta Herero, w swoim tradycyjnym stroju

DSC_8136Następnego dnia, po wyspaniu się w logdy prowadzonej przez Holenderkę i po takim wschodzie słońca…

DSC_8129Wyruszamy do N/a’an ku sê Wildlife Sanctuary. Rezerwat ten założony został dzięki dobrowolnym darowiznom ludzi, a jego dalsza działalność uzależniona jest głównie od czasu wolontariuszy. Naankuse Lodge zajmuje powierzchnię 10.000 hektarów w tym naturalnym środowisku i jest częścią charytatywnego przedsięwzięcia non-profit  – dochody z prowadzenia lodge są inwestowane w działalność tejże organizacji. Aby lepiej przybliżyć jego położenie to nadmienię, że ośrodek usytuowany jest o nieco ponad 40 km na wschód od stolicy Namibii – Windhoek. Sama nazwa N/a’an ku sê, w wolnym tłumaczeniu w języku buszmeńskim oznacza „Bóg nas chroni” , „Bóg czuwa nad nami”.

Naankuse Wildlife Sanctuary prowadzi program ochrony zwierząt mięsożernych, przedszkole dla szczeniaków oraz ośrodek medyczny dla społeczności San Bushman.

Ośrodek oferuje zakwaterowanie w luksusowych willach, basen, restaurację i bar. W styczniu 2011 roku Brad Pit i Angelina Jolie wybrali Naankuse na partnera swojej fundacji Shiloh Jolie-Pitt, na cześć swojej córki urodzonej w Namibii.

tutaj brama wjazdowa do parku

DSC_8138Jedziemy ładnych parę kilometrów do recepcji. Mimo, że jesteśmy koło południa, to nasze wille są już dla nas gotowe. Odbieramy klucze, dostajemy mapkę dojazdową i w drogę…

Tak, jak staram się unikać robienia zdjęć z wnętrz wybranych hoteli, to tym razem willa w Naankuse wywarła na mnie ogromne wrażenie… to był naprawdę mocny akcent na zakończenie imprezy Biggrin

Kuchnia i Living room z pięknym widokiem na otaczającą nas sawannę

DSC_8144Widok z drugiej strony wraz ze schodami prowadzącymi do dwóch sypialni i łazienki

DSC_8153i panorama na nasz „prywatny” kawałek sawanny.

DSC_8157Po południu wykupujemy sobie fakultet karmienia dzikich zwierząt… punktualnie o 15.00 podjeżdża po nas taki samochód, zbieramy jeszcze naszych znajomych z innych domków i ruszamy ku kolejnej przygodzie…

DSC_8182Jako pierwsze posiłek dostają pawiany

DSC_8173DSC_8179są trochę nieufne, ale pozują na tyle, że można zrobić niezłe zdjęcie.

DSC_8183następnie jedziemy dalej w miejsce, gdzie przebywają karakale…

DSC_8194DSC_8196DSC_8207Karakal czyli ryś stepowy żywi się głównie zwierzętami ważącymi mniej niż 5 kg, w tym myszoskoczkami, postrzałkami i góralkami. Jest na tyle zdolnym i sprawnym drapieżnikiem, że potrafi zapolować na większe ofiary np. springboki czy stenboki. Jako zwierzę przystosowane do suchego gorącego klimatu potrafi przetrwać dłuższy czas bez wody. W okresach suszy wystarczają mu płyny ustrojowe schwytanych ofiar. Jego wielkim talentem jest wykonywanie wysokich skoków w trakcie polowania na ptaki. Karakal to łowca w dzień lub w nocy, jeśli jest zbyt gorąco preferuje nocne łowy, gdy temperatura spada poniżej 20 stopni. Jako zwierzę o prawdziwej kociej naturze, karakal jest samotnikiem, czasem można go obserwować w parach.
Terytorium karakala ma bardzo szeroki zakres, wynoszący u samców średnio 100-430 km2. wielkość uzależniona jest od pory roku, a terytorium samca często pokrywa się z obszarem kilku samic.
Wbrew pozorom są to zwierzęta łatwe do oswojenia.
DSC_8208Jedziemy dalej, mamy nadzieję, że uda nam się zobaczyć z bliska lamparty…

Lampart to zwierze podobne wyglądem do tygrysa, jednak mniejsze od niego i posiadające inną w wyglądzie sierść, która jest błyszcząca i posiada ciemne, okrągłe plamy o średnicy do ok. 2 cm, gęsto występujące na całym ciele. Kolor sierści na grzbiecie jest żółto-pomarańczowy, na brzuchu biały. Występują także całkowicie czarne osobniki, u których występuje więcej ciemnego pigmentu. Budowa ciała lamparta pozwala na wykonywanie skoków na długość do 8 metrów, do tego jest bardzo szybki i zwinny, jednak po krótkim czasie osiąga zmęczenie.
Lamparty żyją zazwyczaj w pojedynkę, czasem w stadach rodzinnych w ilości do 6 osobników. Prowadzą nocny tryb życia, kiedy to polują, w dzień odpoczywają. Terytorium zajmowane przez samca ma powierzchnię o wielkości do 40 km. Przeciętna długość życia lamparta wynosi ok 20-25 lat.
Lampart poluje na mniejszą zwierzynę, np. lisy, szakale, zające, gryzonie, mangusty, perliczki.. rzadziej na antylopy czy bawoły. Wykorzystuje do tego swoją zwinność i szybkość, jednak nie jest w stanie długo podążać za ofiarą ze względu szybkiego zmęczenia. Czasami upolowaną ofiarę wciąga na drzewo w jego konary.
Ciąża trwa 90-112 dni. Młode osobniki tuż po porodzie ważą ok 300 g, rodzą się w ilości 1-6. do ok. 8 dnia życia są ślepe.

DSC_8228DSC_8230DSC_8235DSC_8239DSC_8241DSC_8249DSC_8259DSC_8277DSC_8278DSC_8299Jedziemy dalej, tym razem podglądamy wiekową parkę gepardów…mają ponoć ponad 14 lat i widać jak są zmęczone życiem… to już raczej ich ostatnie miesiące…

DSC_8306Ciało geparda jest smukłe i muskularne z długimi łapami, mimo iż wygląda na wątłego i delikatnego. Klatka piersiowa jest obszerna, a talia wąska. Ma małą głowę i krótki pysk, wysoko umieszczone oczy, duże nozdrza i małe okrągłe uszy. Jako jedyny z kotowatych nie potrafi chować pazurów. Futro geparda jest płowe z okrągłymi czarnymi plamkami i czarnymi liniami po bokach pyska. Dorosłe samce ważą przeciętnie 42-65 kg z kolei samice 30-45 kg. Długość ciała wynosi od 112 do 150 cm, wysokość w kłębie od 60 do 80 cm , podczas gdy ogon mierzy do 90 cm. Samce są przeważnie większe niż samice, mają także nieco większą głowę i i bardziej muskularne ciało.
Samice rodzą od 3 do 5 młodych po ciąży trwającej od 90 do 95 dni. Młode ważą po urodzeniu od 150 do 300 g. Od matki odłączają się między 13. a 20. miesiącem życia. Gepard może żyć ponad 20 lat. W przeciwieństwie do innych kotów, dorosłe samice nie mają swoich terytoriów i raczej unikają się wzajemnie. Samce czasami tworzą małe grupy, zwłaszcza jeśli pochodzą z tego samego miotu.
Gepardy są drapieżnikami, jedzą głównie małe (do 40 kg) ssaki, takie jak gazele, impale, młode gnu i zające.
Po podejściu do ofiary na dystans około 10 m rozpoczyna się pościg. Polowanie zazwyczaj kończy się w ciągu minuty. Jeśli gepardowi nie uda się szybko złapać zdobyczy, woli poczekać na inną okazję niż marnować energię. W przeciwieństwie od innych wielkich kotów polujących głównie nocą, gepard jest drapieżnikiem prowadzącym dzienny tryb życia. Gepardy biegają z maksymalną prędkością na odcinkach nie dłuższych niż 500 metrów. Nie wciągają pazurów, co stanowi wyjątek wśród kotów. Wyróżniają się bardzo długim w stosunku do reszty ciała ogonem. Pozwala on im utrzymać równowagę podczas szybkiego biegu, podobnie jak wiecznie wyciągnięte pazury.
DSC_8308DSC_8310DSC_8319DSC_8326Przed lwami zobaczymy jeszcze stadko likaonów

DSC_8347DSC_8358Likaony należą do zwierząt aktywnych za dnia. Żyją w watahach, po kilka do kilkudziesięciu osobników. W każdej grupie panuje hierarchia, w której przewodnikiem jest stary samiec. Likaony rozdzielają pożywienie najpierw dla młodych, starsze jedzą później. Mocno zauważalna jest hierarchia podporządkowanych i dominujących likaonów. Obrazują ją charakterystyczne zachowania , osobnik podporządkowany łasi się, kuli ogon, liże dominującego, który w tym czasie stoi prosto i dumnie.
Likaony polują wg określonej strategii. Za pomocą wzroku i węchu wynajdują ofiarę, za którą potrafią podążać przez długi czas z prędkością nawet 60 km/h. Po zmęczeniu ofiary przystępują do niej z kilku stron, a każdy z likaonów ma swoją określoną rolę w polowaniu. Zdobycz ginie po ok. 1 minucie od upolowania. Jej mięso zostaje całkowicie zjedzone w ciągu kilkunastu minut. Polują głównie na zebry, gnu, impale, gazele, orz inne antylopy, a także na gryzonie, ptaki, i co ciekawe… także owady :) .
DSC_8374DSC_8378DSC_8379Jedziemy do lwów – to już ostatni punkt w programie dzisiejszego fakultetu.

Jako ciekawostka samce żyją krócej niż samice. Jeśli wcześniej nie zginą w walce, mogą dożyć wieku ponad 10 lat. Notowano pojedyncze przypadki 16-letnich samców żyjących na wolności. Taki wiek, 15-16 lat, dla samic jest natomiast wiekiem przeciętnym.
Lew jest bardzo dużym kotem, ustępującym rozmiarami jedynie największym podgatunkom tygrysa. Masywne ciało z czterema potężnymi, silnie umięśnionymi łapami, zakończonymi ostrymi pazurami, wyposażone w silne szczęki, jest doskonale przystosowane do powalania i zabijania nawet bardzo dużych zwierząt. Na krótkich dystansach może osiągnąć prędkość do 60 km/h. Jest raczej sprinterem, a nie długodystansowcem.

Młode rodzą się w liczbie od 1 do 6 (w większości przypadków od 1 do 4) po ciąży trwającej 100–114 dni. Nowo narodzone lwiątka mają cętki. Ważą od 1 do 2 kg. Młodymi opiekuje się całe stado. Często, gdy lwice ruszają na polowanie, lwiątka pozostają pod opieką jednej lub dwóch „ciotek”, które troszczą się o nie do powrotu matek. Jest to zachowanie niepowtarzalne w rodzinie kotowatych.
Lwy są mięsożercami polującymi głównie na ssaki kopytne, jak antylopy, zebry, gazele, bawoły afrykańskie, żyrafy i guźce oraz sporadycznie młode większych ssaków, takich jak słonie, hipopotamy czy nosorożce. Gdy brakuje pokarmu, zdarza im się napadać na zwierzęta hodowlane, zjadać gryzonie, ptaki czy padlinę, a nawet ludzi.
Na terenach otwartych lwy najczęściej polują w nocy. Tam, gdzie są wysokie trawy lub gęste krzewy, polowania zdarzają się również w ciągu dnia. Samce rzadko uczestniczą w polowaniach. Przyłączają się do łowów na dużego zwierza, takiego jak bawoły. Wówczas siła samca jest niezbędna do przytrzymania, a następnie powalenia ofiary ataku. Samice zwykle polują stadnie.

Żaden kot poza lwem nie ma grzywy ani kłaczka na ogonie. Samiec opiekuje się stadem jedynie przez 3 lata. Później jest przeganiany z niego przez młodsze, rządne władzy podrostki, które przejmują kontrolę nad grupą. Lew może przespać 20 godzin w ciągu doby, a jeśli już sie obudzi, to może biec z prędkością nawet do 80km/h!

Ciekawostką jest też, że wszystkie lwice w stadzie są spokrewnione ze sobą.

Zapraszam na zdjęcia….

Miny mają takie, że nie wiadomo komu lepiej

DSC_8400DSC_8404DSC_8408DSC_8415

DSC_8422wydaje mi się, że w tym wypadku za bardzo naruszyłem prywatność lwa… kotek stara się mnie postraszyć Biggrin

DSC_8428DSC_8429nie dawałem za wygraną, bo chciałem mieć fajne ujęcie w biegu Biggrin

DSC_8441DSC_8442DSC_8446DSC_8454DSC_8462DSC_8473DSC_8478DSC_8485Wracamy do głównej recepcji i restauracji… a na niebie fajna gra świateł Smile

DSC_8342DSC_8382DSC_8388Jesteśmy na miejscu… i wszyscy z obsługi, jak to wszędzie przyjęte pytają, czy nam się podobało….No bardzo się podobało, prawda? A czy na jutro można dzieciaków wprowadzić do małych gepardów? Jak najbardziej Yahoo

Kolacja, wracamy do naszych willi… Jest to niestety już nasz ostatnia noc na tej wyprawie.. kolejną spędzimy w samolocie w drodze do Warszawy via Frankfurt.

Z przyzwyczajania budzimy się skoro świt…

DSC_8505DSC_8506DSC_8514DSC_8521DSC_8527Niedługo przyjeżdża po nas busik i jedziemy na zabawę z małymi gepardami Biggrin .

Za chwilkę jesteśmy już na miejscu… mijamy sporo wolontariuszy, którzy mają całe ręce roboty ze zwierzyńcem, który otacza ich dookoła… ale my tu przyjechaliśmy pobawić się z gepciami Smile.

DSC_8537DSC_8548Tutaj dwóch urwisów dopadło moją córę Wink , widać, że im się blondyna spodobała i już chcą się z nią bawić…

DSC_8581DSC_8633DSC_8634Okazuje się, że futerko młodych gepardów jest o wiele bardziej sztywne i szorstkie niż dorosłych lwów, a języki mają tak ostre jak papier ścierny…

jeszcze kilka portretów…

DSC_8586DSC_8632DSC_8656DSC_8664kilka ujęć ze wspólnych zabaw tych uroczych kociaków

DSC_8647DSC_8679DSC_8740jeden był już trochę starszy od reszty, a i bardziej dziki, ale udało mi się go sprowokować, żeby pokazał zęby i posyczał na mnie Biggrin .

DSC_8604Wracamy na śniadanie…

Po posiłku mamy jeszcze chwilkę zanim wyruszymy do Windhoek… przyglądam się takiej fajnej kolorowej jaszczurce…. albo to ona przygląda się mi Biggrin

agama skalna

DSC_8761DSC_8779Opuszczamy już niestety ostatnią naszą lodgę i jedziemy do stolicy na ostatnie zakupy… tutaj takie małe targowisko w centrum miasta… Plemię Himba ze swoimi wyrobami, jakoś nie są zbyt szczęśliwe, że ukradkiem robię im jedno zdjęcie…

DSC_8790włóczymy się tak trochę po centrum handlowym, wydajemy ostatnie N$ i koło godziny 17… jedziemy na lotnisko.

DSC_8799

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

About the Author: