Pustynia, wydmy, gepardy  czyli 5000 km przez Namibię – kwiecień 2012

Ktoś zapyta, czemu akurat Namibia? Nie dość, że droga, nieodkryta, mało popularna, to jednak cholernie ciekawa… najstarsza pustynia świata, najwyższe wydmy na świecie, Etosha – wspaniały park narodowy z przeogromną ilością dzikich zwierząt, drugi co do wielkości na świecie kanion rzeki Fish, kolebka gepardów, długo można by wymieniać.

Namibia to kraj kontrastów, z jednej strony powierzchnia ponad dwukrotnie większa od Polski, a z drugiej strony zaludnienie ok 2 mln mieszkańców. Ogromne przestrzenie, panoramiczny horyzont bez żywej duszy, krajobraz pustynny, półpustynny aż po sawannowy.

Więcej impulsów nie potrzebowałem.

Po zapoznaniu się z ofertą rodzimych biur podróży, które proponują objazd po Namibii w kwocie często przekraczającej 17 tys. zł, zdecydowałem ze taki objazd zorganizuje sobie sam… no może nie sam tylko przy pomocy wujka googla i jego kontaktów.

Dość szybko namierzyłem kilka miejscowych biur podróży i po porównaniu kosztów i trasy, najlepszą ofertę przedstawił Bocian Safaris (Polak, który na miejscu prowadzi biuro wraz z żona Namibijką). Zaczęliśmy ustalanie trasy, która w ostateczniym zarysie wyglądała następująco: lądujemy w Windhoek, potem Fish River Canyon, Aus, Namib Naukluft, Sesriem, Sossusvlai, Deadvlai, Walvis Bay, Swakopmund, Ugab Rhino, Twyfelfontein, Palmwag, Otjitotongwe (farma gepardów), Opuwo, wioski Himba, Epupa Falls, Ruacana, Etosha, Waterberg i z powrotem do Windhoek. Lot zabookowany w Air Namibia na trasie Frankfurt -Windhoek , a na miejscu w sumie 16 dni, ponad 5000 km drogami szutrowymi w kurzu, noclegi rozłożone pół na pół między namioty i lodge. Ktoś zapyta, a czemu spaliśmy w namiotach… już wyjaśniam… przykładowo 1 nocleg w lodży w okolicach wydm – to wydatek rzędu 1000 EURO/2 os. więc tam gdzie tanio (do 100 euro za noc/os) braliśmy domki, a tam gdzie drogo, spaliśmy w namiotach na łóżkach polowych.

Skoro trasę już mamy opracowaną to zaczynamy rozglądać się za biletami lotniczymi.. opcje są 3:

  1. British Airways/Lufthansa via Joahannesburg(RPA) i stamtąd do Windhoek
  2. Air Berlin,
  3. Air Namibia z Frankfurtu

Zapisuję się na wszelkie możliwe newslettery w oczekiwaniu na jakąś promocję. Mijają 3 miesiące, a promocji ani widu ani słychu… Najbardziej odpowiada nam opcja lotu Air Namibią (loty nocne – z Frankfurtu wylot o 20, na miejscu jesteśmy o 5 rano dnia następnego, powrót godz. 20, Frankfurt witamy o 7.00 czyli 2 dni do przodu w porównaniu do Lufthansy/British Airways, gdzie loty odbywają się w ciągu dnia…

Mając już bilety, pozostaje sprawa zorganizowania wizy. Wizę wyrabia się w Berlinie lub Londynie… Opcja standartowa – 45 Euro (trwa 3 dni, od momentu wpłynięcia dokumentów do Ambasady), opcja express 75 euro (6 godzin). Do wizy potrzebny jest program miejscowego biura podróży, zaświadczenie tego biura o prowadzonej działalności jak i szczegółowy program wyprawy z adresami miejsc, gdzie będziemy nocować… Chore to według mnie, ale cóż, takie są wymogi. Żeby było śmieszniej, wszystko potem jeszcze raz sprawdzają na lotnisku jak się przyleci do Windhoek

 

 

Jako środek transportu mamy Land Rovera popularnie zwanego landryną… w środku 10 wygodnych foteli, miejsce na bagaż + lodówkę. Jedziemy w 8 osób więc mamy jeszcze trochę miejsca na swoje gadżety.

Krótka charakterystyka naszego dyliżansu… nie przyspiesza, nie skręca, nie hamuje, za to wjedzie wszędzie i przejedzie każdą drogę, nawet taką, która drogą nie jest, a tak poważnie… rewelacyjna fura na taką wyprawę.

Powoli kończę przynudzanie, a zacznę wstawiać zdjęcia, bo żadne słowa nie zastąpią tego, co można zobaczyć w Namibii… tak jak pisałem wcześniej o 5 rano lądujemy w Windhoek, wysiadamy z samolotu i do przejścia do odprawy mamy jakieś 300 metrów po płycie lotniska.

DSC_3430Wita nas noc, ciemno jak w d*** u miejscowego, powietrze rześkie, jakieś takie mało afrykańskie, ale zapach zwiastuje prawdziwą przygodę. Na lotnisku procedury wizowe trwają wydawałoby się w nieskończoność, kwitki, karteluszki, pierdoły, w końcu uff.. mamy wszystkie stemple, bagaże i wychodzimy z lotniska i jest już piękny dzień. Odbiera nas Erastus (kierowca/kucharz/przewodnik) w jednej osobie, jedziemy na śniadanko, szybka wymiana gotówki na miejscowe Dolary (10N$ = 1 Euro) i w drogę.

DSC_3431Tego dnia czeka nas daleka droga na samo południe do Fish River Canyon (650 km po asfalcie). Najnudniejszy dzień naszej wyprawy, ale od kanionu ma być już tylko coraz ciekawiej i piękniej… pożyjemy zobaczymy.

DSC_3437DSC_3434DSC_3436Do lodgy w Fish River Canyon docieramy w nocy i nagle zaczyna lać… Okazuje się, że landryna ma jeszcze jedną zaletę – dobrą wentylację, więc przez niektóre otwory woda zaczyna kapać do środka :) . To wszystko przez otwierany dach, który będzie naszą wielką zaletą podczas safari w Etoshy – możliwość obserwacji zwierząt ze wszystkich stron, a nie tylko przez okna. Na miejscu szybka kolacyjka, pianka i lecimy spać, żeby rano jeszcze przed wschodem słońca dojechać na punkt widokowy do kanionu, który prezentuje się tak…

DSC_3441DSC_3442i ze wschodzącym słońcem
DSC_3459DSC_3456DSC_3465Po obfotografowaniu kanionu, wracamy do naszej lodgy na śniadanko. Okazuje się, że spaliśmy w super miejscu, czego w nocy i podczas deszczu nie było widać – okolica naszej norki…

DSC_3469DSC_3470DSC_3471DSC_3475DSC_3476

Swoją drogą, wraki starych samochodów towarzyszyć nam będą przez całą Namibię… Po śniadaniu wyruszamy w kierunku Ai Ais, a droga wygląda tak….
DSC_3468po obu stronach płaskie góry…

DSC_3490Niesamowite jest to, że sama droga raz brunatnoczerwona za chwilę jak po przecięciu nożem staje się jasnożółta, by za chwilę przejść w kolor brudnozielony… Krajobraz zmienia sie na tyle często, że ma się wrażenie jakby się podróżowało w kalejdoskopie. Po drodze mijamy pojedyncze anytlopy kudu…
DSC_3498Docieramy w końcu do Ai Ais.

DSC_3503Ai Ais to miejsce gorących źródeł, gdzie można odpocząć i zrobić sobie krótką przerwę w podróży, można też skorzystać z masażu. Jednak +30 w cieniu, którego nie ma, powodują, że każdy ma raczej ochotę na zimne piwko niż gorące źródła. Ruszamy zatem dalej i spotykamy dzikie strusie – jeden „próbuje się ścigać” z landryną :) .

DSC_3505DSC_3508Pewnie uciekłby od nas jak najdalej, ale wzdłuż drogi jest płot, który skutecznie mu to utrudnia. Na horyzoncie oczywiście żadnej żywej duszy, nie licząc strusi. Droga i krajobrazy wyglądają tak…
DSC_3510DSC_3517DSC_3520nagle trach i łapiemy gumę… 10 minut przerwy, szybka zmiana koła i śmigamy dalej w kierunku Aus. Tutaj rzeka Orange i w oddali RPA.

DSC_3524DSC_3525po kilku chwilach jesteśmy w górach…

DSC_3527

Lecimy dalej, a w zasadzie jedziemy, choć z drugiej strony nie jedziemy… tylko zmieniamy drugie koło :) . Znowu dziura w oponie, na szczęście w każdym samochodzie są po 2 zapasy – taki urok dróg…

Po godzince dojeżdżamy na camping w Aus i nagle w ciągu minuty niebo zasłaniają chmury i zaczyna się gradobicie… Kuźwa, gdzie my jesteśmy, czy to naprawdę Afryka?? Po 3 minutach, tak szybko jak grad się pojawił, tak szybko znowu poprzez chmury zaczęło przedzierać się słońce i tak wyglądały okoliczności przyrody po 3 minutowym gradobiciu… :) . Zdjęcia oryginalne, bez żadnych farbek.

DSC_3535DSC_3542DSC_3545DSC_3539DSC_3540W Namibii są najpiękniejsze zachody i wschody słońca jakie kiedykolwiek i gdziekolwiek widziałem…

DSC_3541DSC_3544DSC_3543DSC_3548DSC_3549I to by było na tyle z kiczem, zamiast spania pod namiotami dostajemy taki szałasik koedukacyjny z dachem i paleniskiem w środku, żeby można było zrobić grilla na kolację…  Tu już zdjęcia ze środka szałasika i nasz maestro, czyli Erastus… kierowca, przewodnik i kucharz w jednej osobie, który przyrządza najlepszą na świecie jagnięcinę z grilla :)
DSC_3552DSC_3558Lecimy dalej, znaczy się wstajemy… a o której? no przecież wiadomo, że przed wschodem słońca :) . Nasz szałasik w ciągu dnia prezentuj się tak…

DSC_3559Szybkie śniadanko i jedziemy zobaczyć dzikie konie (legenda głosi, że konie te uciekły na początku XX wieku z zamku Duwisib, tworząc tym samym kolejny gatunek dzikich zwierząt w Namibii). Kierowca w tym czasie ma kupić 2 nowe opony… jak się później okaże, ani koni nie widzieliśmy, ani opon nie udało się kupić :) . Jedziemy więc bez żadnych zapasów, opon nie ma, bo może nie ma ich jak dostarczyć?? podmyło przecież tory :)

DSC_3560ale co stało się z końmi?? …powinny być tu,  no chyba ze zostały przykryte pierzyną mgły.

DSC_3561Nie ma co tracić czasu na te konie., co my konia na wolności nie widzieliśmy? Jedziemy więc dalej, dziś śpimy na Campingu w Sesriem pod wydmami –  jednym z głównych gwoździ programu, dla którego tłukliśmy się tyle kilometrów z Europy.
w międzyczasie naszą uwagę zwraca coś dziwnego na drzewie…

to taki apartamentowiec wikłaczy, mieszka tam ~300 rodzin ptaszków…

DSC_3576DSC_3578DSC_3580Po drodze dumnie kroczy….stonoga a może dwieścienoga..??

DSC_3590

DSC_3568DSC_3575DSC_3598o … samochód na drodze…to naprawdę coś niebywałego, takich widoków często nie spotyka się na południu Namibii…

DSC_3602pierwsze antylopy Springbok

DSC_3572Na tych terenach żyją jeszcze oryxy, zebry górskie, steenboki, oraz żyrafy i gepardy, ale nie mamy szczęścia ich zobaczyć… :( . Na camping docieramy wczesnym popołudniem, rozbijamy namioty, obiadek i jedziemy zobaczyć Sesriem Canyon

DSC_3662DSC_3663Kanion Sesriem…

DSC_3637

DSC_3649

 DSC_3653

DSC_3660Wracamy wieczorkiem, szybka kolacja, bo następnego dnia musimy wstać około 4 rano, żeby zdążyć na wschód słońca na wydmach…

Kilka faktów na temat Pustyni Namib. Miejsce to pretenduje do miana najbardziej ekstremalnego i nieprzyjaznego miejsca na ziemi. Żyjące organizmy muszą przystosować się do najbardziej suchego i najcieplejszego miejsca na ziemi. Kiedy w nocy temperatura spada do okolic 0 stopni, w dzień ziemia nagrzewa się do temp. 65 stopni… Same wydmy kształtowały się przez ponad 80 milionów lat, wcześniej góry, które przemieniły się w piasek są teraz 300 metrowymi szczytami. Jest to  najstarsza pustynia świata, a wydmy najwyższe na świecie… Tak więc wstajemy rano przed 4.00, żeby jak najszybciej zameldować się przed bramą wjazdową do parku. Bramy otwierają koło godz. 5.00 … w kolejce jesteśmy jako drudzy, a za chwilę strażnik podnosi szlaban i szybko pędzimy pod Dunę 45 (najwyższa wydma – wysokość ponad 300 metrów) żeby zobaczyć na niej wschód słońca.

DSC_3672DSC_3676DSC_3698DSC_3694DSC_3701DSC_3683DSC_3684DSC_3693

DSC_3700DSC_3714DSC_3705

DSC_3707DSC_3713DSC_3717prawda, że pięknie?? :)

taki kolor wydamy mają w pełnym słońcu :) powoli zaczyna robić się coraz cieplej…

DSC_3723DSC_3724o i oryx się trafił… szkoda, że nie pozował jak w tapecie Windowsa :)

DSC_3726tutaj zaczyna prawdziwy off-road…  :) , coś, co tygryski lubią najbardziej… nie ma mowy, żeby się zatrzymać, trzeba cały czas jechać do przodu, żeby nie utknąć na dobre…
DSC_3733DSC_3735DSC_3744DSC_3769Okazuje się, że 3 tygodnie wcześniej, cała droga była zalana… takiego deszczu nie było tu od niepamiętnych czasów, droga zalana więc nieprzejezdna… chyba bym się zapłakał gdybym nie mógł zobaczyć Deadvlai, które ciągle przed nami…

DSC_3777DSC_3746Zatrzymujemy się na parkingu i idziemy do Deadvlai… Niesamowity żar leje się z nieba,  w cieniu pewnie ze 45 stopni, tylko, że tam nie ma cienia… więc w słońcu powyżej 65 :) . Nieistniejące już jezioro Deadvlai powstało ponad 1000 lat temu na wskutek wylania rzeki.  W tym miejscu wyrosły akacje, które zdążyły się nawet ukorzenić, teraz zostały już tylko szkielety tych drzew. Droga do tego magicznego miejsca prowadzi przez wydmy i piach.

po 10-15 minutach spacerku…ukazuje się nam ten cud natury

DSC_3779DSC_3780DSC_3786DSC_3787DSC_3794DSC_3798

DSC_3801podłoże twarde jak beton…

DSC_3805DSC_3806najchętniej zostałbym tam na dłużej i napawał się pięknem tego miejsca, gdyby nie lejący się z nieba żar… Z żalem powoli opuszczamy wydmy i udajemy się do naszego obozowiska w Sesriem, po drodze jeszcze ostatnie spojrzenie na wydmy…

 DSC_3822

DSC_3823po drodze jeszcze spotykamy strusia…

DSC_3814DSC_3831kolejny oryx

DSC_3826DSC_3836W  obozowisku szybki posiłek, prysznic i w drogę do Walvis Bay. Do przejechania mamy 370 km w kurzu :) jest super, po drodze takie widoczki… tym razem coś dla fanów motoryzacji.

DSC_3841DSC_3842DSC_3847kierowcy tankują nasze dyliżanse, my napełniamy paliwkiem nasze buteleczki  i dalej w drogę…

DSC_3850DSC_3845DSC_3854DSC_3837Mijamy znak zwrotnik Koziorożca, pamiątkowe zdjęcia, szampan i dalej w drogę… Zwrotnik koziorożca mijaliśmy już pierwszego dnia, jadąc inną drogą z Windhoek do kanionu rzeki Fish, jednak wtedy nie mieliśmy czasu na zdjęcia.

DSC_3857

DSC_3870przed zmierzchem docieramy do Walvis Bay, wcześniej jeszcze zaliczając Dune Seven na przedmieściach tego portowego miasteczka. Zachód słońca mało spektakularny, jesteśmy już w końcu wybredni po tym, co zobaczyliśmy wcześniej.

DSC_3873Widok z duny za zachodzące słońce… Następnie zbiegamy szybko na dół, pakujemy się do samochodu i jedziemy do guesthousu… (na drogach asfaltowych konieczne jest zapinanie pasów bezpieczeństwa) w przeciwieństwie do dróg szutrowych :) . Pytam naszego drivera, czy koniecznie muszę zapinać pasy,  Erstaus z uśmiechem odpowiada – po co, jest już ciemno… Uwielbiam ten afrykański klimat… Docieramy do guesthousu, wreszcie normalne wyrko, pachnąca świeżością biała pościel, łazienka. Przed snem spotykamy się jeszcze z Jurkiem i jego żoną Helmi oraz córeczką Nanoną (organizatorzy całego naszego zamieszania). Idziemy na kolację do knajpy na ostrygi i wypasione owoce morza…  :) . Tym razem wreszcie możemy pospać… dopiero o 9.00 wypływamy na ocean w poszukiwaniu delfinów i waleni.

Wstajemy rano, pogoda mało afrykańska, rześko, około 15 stopni bez słońca, podobno to typowe dla tego miasteczka, słońce ma wyjść koło 11.00… Zobaczymy, szybkie śniadanko w guesthousie i jedziemy na łódki :)

DSC_3881koło łódki zaczynają krążyć pelikany…

DSC_3883DSC_3884DSC_3923DSC_3925DSC_3926kapitan naszej łodzi otwiera tylne wejście i na pokład wskakuję foczka…

DSC_3885DSC_3904Trochę jak w cyrku, ale to taka atrakcja dla turystów :) . Kotika można pogłaskać, zrobić sobie z nią zdjęcie…

Płyniemy dalej, w końcu głównym punktem programu mają być delfiny i walenie, w oddali wrak statku

DSC_3935a na mieliźnie sporo kotików w oczekiwaniu na słońce…

DSC_3945w międzyczasie nasz kapitan podaje ostrygi na lodzie i inne przekąski + szampana…

DSC_3972i pojawiają się pierwsze delfiny…

DSC_3980DSC_3977DSC_3981Waleni niestety nie udaje nam się zobaczyć. Po  3 godzinach pływania wracamy na ląd. Dziś mamy taki lajtowy dzionek, po obiedzie jedziemy do Swakopmund, kolejnego portowego miasteczka, oddalonego o około 30 km od Walvis Bay.

DSC_4024DSC_4070Pewnie każde z Was kojarzy safari w Afryce poszukiwaniu The Big Five czyli lwa, słonia, bawoła, nosorżca i lamparta….my udajemy się następnego dnia z rana na pustynię w celu zobaczenia The Little Five… Przybrzeżny pas wydmowy pustyni Namib może wydawać się jałowym i pozbawionym życia kawałkiem różnie uformowanego piachu… nic bardziej mylnego. Pustynia tętni życiem, a główną rolę odgrywają małe stworzonka, które przystsowały się do tych ekstremalnych warunków. Życie zapewnia im codzienna poranna mgła, która jest jedynym źródłem wody. Do Little Five zaliczamy kameleona (Namaqua Chameleon), żmiję karłowatą (Sidewinder Snake), złotą jaszczurkę (Shovel-Snouted Lizard), gekona (Palmato Gecko) oraz pajączka (Cartwheeling Spider ). Co ciekawe nie zalicza się do tego grona skorpion. Na safari wybieramy się z Tommy’m znanym z wielu programów dla National Geographic czy Animal Planet. Tutaj nasze fury, którymi będziemy bawić się w piachu.

DSC_4158nasz przewodnik

DSC_4083

nagle nasz driver zatrzymuje samochód, wychodzi, wkłada rękę w piasek i jak dziecko zaczyna przekopywać w poszukiwaniu skarbów… i… wyjmuje gekona :)

DSC_4103DSC_4110Coś niesamowitego… jak oglądałem w TV taki program o Litlle Five, byłem przekonany, że to wszystko jest wyreżyserowane i te gadziny czekają przygotowane na to by wystąpić przed kamerą. Teraz przekonujemy się, że to wszystko jest live…  Najlepszy numer jest ze żmiją karłowatą. Zatrzymujemy się, przewodnik wyskakuje z samochodu i leci w te pędy na wydmę, wraca po kilku chwilach i w kapeluszu trzyma taką oto gadzinę…

DSC_4125

DSC_4128Żmija długości 30-40 cm, nie jest zbyt szczęśliwa ze spotkania z nami i szybko zakopuje się w piach :) . Po chwili driver odstawia ją na wydmę, po czym żmijka idzie w swoją stronę… Wreszcie mamy kameleona. Nasi kierowcy mają przygotowany dla niego posiłek w postaci robaczków, kameleon wyrzuca z siebie długaśny jęzor zakończony przyssawką, którym łapie swój posiłek :) .

DSC_4181DSC_4182DSC_4189DSC_4230DSC_4184no i mamy kolejne trofeum –  złotą jaszczurkę

DSC_4240 tu jeszcze jedna pełzająca jaszczurka, która w zetknięciu się z piachem, momentalnie eis zakopuje…

DSC_4244jedziemy dalej zdobywać kolejne trofea… oto malutki wąż :)

DSC_4148

DSC_4248udaje nam się zobaczyć jeszcze jednego, dużego (jak na swoje warunki) kameleona

DSC_4270nie udaje nam się niestety zobaczyć tylko pająka z tej małej piątki… Po 4 godzinach ruszamy w stronę cywilizacji…

DSC_4297DSC_4300Wracamy na obiad, a przed nami jeszcze dziś Cape Cross z wielką kolonią kotików afrykańskich i malownicza droga do naszego obozowiska w korycie rzeki Ugab. Na razie koniec z luksusami, najbliższe 3 noce spędzamy pod namiotami… Po drodze zaliczamy jeszcze wrak statku na wybrzeżu szkieletowym, który osiadł na mieliźnie w 2009 roku.

DSC_4329Dobijamy w końcu do Cape Cross, największej na świecie kolonii kotików afrykańskich. Na 400 metrowym pasie wybrzeża tłoczy się prawie 300 tysięcy tych zwierząt, smród niesamowity, co wrażliwsze niewiasty zostają w samochodzie… :)

DSC_4339DSC_4343

DSC_4341DSC_4356DSC_4345DSC_4358

powoli zaczyna się ściemniać i nagle Toyota łapię gumę, a wręcz rozrywa oponę, więc przymusowy postój na wymianę koła…

DSC_4361Na camping docieramy już po zmierzchu, więc rozbijamy się po ciemku…
Wstajemy rano i dopiero teraz możemy zobaczyć w jakich okolicznościach przyrody mieliśmy okazję spać. Noce są naprawdę ciemne, a jedyne światło dają gwiazdy :) tak ugwieżdżonego nieba nie wiedziałem nigdzie na świecie…musicie uwierzyć na słowo, zdjęć nie mam, ale wracając do campingu, spaliśmy w korycie wyschniętej rzeki Ugab.

DSC_4362DSC_4368Wszędzie tabliczki ostrzegające o możliwości spotkania dzikich lwów i słoni. Camping na własne ryzyko i prośba o niedokarmianie zwierząt… brzmi co najmniej dwuznacznie :)

DSC_4392a tutaj prysznic… brak bieżącej wody, więc ciepłą wodę podgrzewa się na ogniu w beczce, a zimna dostępna jest z innego źródła… :) Wodę podgrzaną wlewa się do wiadra, odkręca kranik i prysznic gotowy…
DSC_4375DSC_4389DSC_4377

DSC_4382

DSC_4384do Twyfelfontein mamy tylko 75 km.. ale jak się później okaże, trasę pokonamy w 4,5 h!!!!

DSC_4374„podgląd” na cały camp

DSC_4396i powoli opuszczamy camping i udajemy się w drogę… teraz już wiecie czemu 75 km pokonujemy przez 4,5 godziny :)

DSC_4416DSC_4417

DSC_4420DSC_4425

DSC_4426a tutaj najstarsza endemiczna roślina świata welwitchia…

DSC_4432w międzyczasie w oddali podglądamy pustynne zebry

DSC_4437Organ Pipes

DSC_4451DSC_4447

i docieramy w końcu do Twyfelfontein…
Żar leje się z nieba, temperatura w cieniu 38stopni, bierzemy przewodnika, zimne piwko w dłoń i idziemy pooglądać kamienie. Twyfelfontein wpisane jest na listę kulturowego dziedzictwa UNESCO. Ryciny naskalne dają nam wyobrażenie o życiu ludzi w tym niegościnnym miejscu przed 10 000 lat…

DSC_4468

DSC_4476DSC_4477

DSC_4470

DSC_4481po 45 minutach mamy już dość i wracamy do sklepiku po zimną pianką… :).  Żegnamy się z ptaszkiem i jedziemy na nocleg do Palmwag.

DSC_4488po drodze mijamy antylopy Kudu

DSC_4500oraz wioski tubylców

DSC_4501DSC_4517DSC_4520między wioskami pięknie pozują do zdjęć żyrafy

DSC_4515Śpimy w Palmwag, a jedną z atrakcji tego miejsca jest nieogrodzony rezerwat zwierząt. Żyrafy, springboki, oryxy, słonie i zebry oraz pojedyncze osobniki lwów i lampartów, żyją zupełnie na wolności nieograniczone żadnymi płotami… 2 osoby z naszej ekipy wykupują sobie game drive i ruszają w poszukiwaniu dzikiej zwierzyny, a część z nas idzie na nad oczko wodne zobaczyć wschód słońca…

DSC_4548Po śniadanku wyruszamy w drogę, bo do godz. 14.00 musimy zameldować się na farmie gepardów w Otjitotongwe… W drodze na farmę spotykamy liczne stada springboków.

DSC_4559towarzyszą nam takie krajobrazy

DSC_4581DSC_4568DSC_4572DSC_4577Namibia może pochwalić się najliczniejszą populacją gepardów ze wszystkich krajów afrykańskich. Koty te są objęte całkowitą ochroną, bardzo trudno je spotkać w rezerwatach przyrody, unikają ludzi, więc prawdopodobnie jedynym sposobem, aby z bliska zobaczyć geparda jest odwiedzenie jednej z wielu farm… Ustalając program z Bocian Safaris, wybieram farmę w Otjitotongwe, gdyż nie dość, że będziemy mieli możliwość obserwacji tych dzikich kotów w ich naturalnym środowisku, dodatkowo z gospodarzami mieszkają 3 oswojone kociaki, z którymi będzie można sobie zrobić piękną fotkę do rodzinnego albumu :) . Należy tylko przestrzegać kilku podstawowych zasad… żadnych gwałtownych ruchów, bez śmiechów i głośnego zachowania oraz okulary przeciwsłoneczne zostawiamy w samochodzie… Tutaj oswojone kotki, zaletą jest to, że można im robić fajne portrety.

DSC_4619DSC_4591DSC_4605DSC_4621a tutaj (na pace samochodu) jedziemy w poszukiwaniu dzikich kotów… Kierowca ma dla nich posiłek i nagle kotki wyczuwając porę posiłku zaczynają się ujawniać :)

DSC_4656

DSC_4654DSC_4663DSC_4665DSC_4673Następnego dnia rano opuszczamy farmę gepardów i udajemy się do Opuwo (stolicy Koakolandu) czyli regionu zamieszkującego głównie przez plemiona Himba i Herero. Robimy tam spore zakupy dla Himba (ryż, mąka, woda, słodycze dla dzieciaków i inne najpotrzebniejsze do życia artykuły), których odwiedzimy w ich tradycyjnej wiosce. Mamy dla nich również przygotowane różne gadżety z Polski (długopisy, zeszyty, pisaki, smycze, baloniki i inne kolorowe pierdoły).

Himba to pasterze, nauczyli się żyć bez wody, nigdy się nie myją, a do mycia rąk używają piasku. Całe ciało natomiast okadzają słodko pachnącym dymem… Kobiety swoje ciało smarują czerwoną sproszkowaną ochrą wymieszaną ze zwierzęcym tłuszczem. Kolor czerwony symbolizuje krew i życie, a wszystkie kobiety noszą bransolety zakrywające kostki – najbardziej intymną część ciała. Ich liczba stanowi o statusie rodziny oraz chroni przed ukąszeniami węży.

Izolacja Himba pozwala im zachować tradycyjny sposób życia. W tłumaczeniu Himba oznacza mrównika, a nazwa wzięła się stąd, że jedzenie wykopują z ziemi.
Każdy z Himba należy do dwóch klanów – jednego ze strony matki i jednego ze strony ojca. Majątek przechodzi z matki na córkę, ale dzieci są własnością mężczyzny. To tyle tytułem wprowadzenia :) .

Tutaj przykład kobiety Himba

DSC_4679

Tutaj kobieta Herero. Oba plemiona są ze sobą mocno spokrewnione. I aż dziwne, że kobiety z plemion Herero ubrane są w piękne wiktoriańskie stroje, natomiast Himba chodzą praktycznie nago.

DSC_4586

dojeżdżamy do Opuwo, gdzie robimy zakupy i spotykamy się z naszą przewodniczką Qeen Elizabeth (znaną również z przewodników LP), która zawiezie nas do typowej wioski Himba. Kilka pstryków z tego miasteczka…

DSC_4718DSC_4721DSC_4917DSC_4918

DSC_4716

DSC_4920

DSC_4723po drodze mijamy różne domostwa…

DSC_4688oraz chatki termitów

DSC_4703DSC_4730po drodze spotykamy kobiety Himba, które z baniakami podążają na osiołkach po wodę. Często odległość od wioski do ujęcia wody wynosi ponad 20 km.DSC_4732DSC_4733DSC_4734Dojeżdżamy do wioski, żar leje się z nieba…

tutaj zamężne kobiety

DSC_4746DSC_4755

DSC_4753DSC_4759DSC_4743

DSC_4791a tu panna na wydaniu (12 letnie dziecko??), mówi o tym fryzura…

DSC_4768DSC_4738Kilka zdjęć z wioski… ta chatka nakryta kocami to lodówka :)

DSC_4795DSC_4784

chata w środku

DSC_4786A tu najstarsza przedstawicielka rodu, podobno 57 letnia kobieta. Jak mówi nam przewodniczka, pierwszy raz w życiu widzi ona białych ludzi… Trochę nie chce mi się w to wierzyć, chociaż z drugiej strony są to ludzie wędrowni i jak tylko zaczyna brakować trawy dla bydła, wszyscy przenoszą się w inne miejsce, gdzie taka trawa jeszcze rośnie. Chaty oczywiście porzucają i w nowym miejscu budują nowe.

DSC_4801a tu wspominana wcześniej Qeen Elizabeth – pierwsza od lewej (na Queen to ona raczej nie wygląda, stąd pewnie pseudonim Qeen)

DSC_4788 na koniec naszej wizyty Himba rozkładają swoje rękodzieło, które można kupić na pamiątkę…

DSC_4814Dzisiejsze popołudnie  i nocleg mamy zaplanowane w lodgy w Opuwo… do dyspozycji mamy basen – pełen wypas :) . Na kolację bufet na ciepło – steki z antylopy Eland, Kudu, Springbok i inna dziczyzna. Następnego dnia po śniadaniu, jedziemy jeszcze na bazar do Opuwo i stamtąd wyruszamy do Epupa Falls przy granicy z Angolą. Nie chodzi nam bynajmniej o jakieś zakupy, ale z pewnością, w miejscu tym spotkamy wiele kolorowo ubranych kobiet plemienia Herero.

DSC_4924Panie nie są chętne do pozowania…dosłownie 3 zdjęcia

DSC_4934

 DSC_4926DSC_4930Ruszamy w drogę w kierunku Angoli…mijamy różne wioski

DSC_4937jeszcze 3 tygodnie temu płynęła tutaj rzeka

DSC_4970DSC_4975zatrzymujemy się, żeby złapać trochę pozytywnej energii od baobaba :)

DSC_4990docieramy w końcu do Epupa Falls na camping Omarunga.

Dwa zdjęcia z punktu widokowego… Po drugiej stronie rzeki Angola :)

DSC_5041DSC_5044a tutaj widok z naszego namiotu

DSC_5060

DSC_5023Następnego dnia wyruszamy w drogę do Ruacana Falls. Okazuje się, że musimy się wrócić aż do Opuwo i dopiero stamtąd jechać nad wodospad… Rzeka Kunene wylała i nie ma innej możliwości dotarcia do tego pięknego miejsca. Skoro jesteśmy w Opuwo, wyskakujemy jeszcze do sklepu, żeby uzupełnić lodówkę zimnym piwkiem…

Dojeżdżamy w końcu do Ruacana Falls…

DSC_5134Halo, gdzie jest woda? Erastus, gdzie Ty nas przywiozłeś? Miał być spektakularny widok… a jest jedna wielka kupa… skał :( . Nasz driver gdzieś dzwoni i okazuje się, że Angolczycy zakręcili kurek z wodą, powstała tama i aktualnie trwa produkcja prądu… nie tak to miało wyglądać :( .

Następnego dnia wjeżdżamy już do Etoshy – jednego z największych parków narodowych na świecie, zajmujących powierzchnię 22270 km².  Sercem parku jest Etosha Pan (miejsce suchej wody) – rozległa, pozbawiona roślinności, płaska depresja o powierzchni 4590 km² (widoczna z kosmosu), będąca domem dla wielkich stad zwierząt. Z wielkiej piątki brakuje tu tylko bawołów.

DSC_5300Otwieramy w naszej landrynie dach, tak żeby każdy mógł stać na swoim siedzeniu i wyruszamy na łowy… :)

W parku poruszamy się po szutrowych drogach, nie wolno przekraczać prędkości 60km/h… (w parku Krugera w RPA, drogi były asfaltowe, a prędkość max. to 40km/h). Tuż po pominięciu bramy mamy już pierwsze zwierzęta… tutaj Oryxy, dostojnie stoją i patrzą się na nas :)

DSC_5302Nagle zza krzaków wychodzi słoń. Niezbyt duży, jak na zamieszkujące ten park okazy (największe słonie w Afryce, ich wysokość może dochodzić do 5 metrów wysokości), dumnie kroczy i pozuje do zdjęć.

DSC_5304DSC_5309w drodze do naszego pierwszego obozowiska w Namutoni spotkamy jeszcze żyrafy.

DSC_5316Dziś śpimy pod namiotami. Jeden kicz na koniec dnia.

DSC_5322Szykujemy się głównie na rano, bo każdy nasz z 3 tutaj spędzonych dni będzie wyglądał tak samo… :) . Pobudka przed świtem, tak, żeby jak najszybciej wyjechać w poszukiwaniu zwierząt, powrót koło 9-10 na śniadanie, potem zbieramy namioty i przenosimy się do kolejnego obozowiska w Etoshy. Po drodze oczywiście jeździmy w poszukiwaniu zwierząt. Następnie rozbijamy się, basen, trochę odpoczynku i po południu, koło godz. 15 wyruszamy na kolejne safari i wracamy do obozowiska przed zamknięciem bram około godziny 18.00.

Zatem skoro świt ruszamy :) i już za chwilę widzimy szakala,

DSC_5348

DSC_5351marabuty,

DSC_5357perliczki.

DSC_5396i małe stado zebr.

DSC_5369Generalnie z ubarwieniem zebr jest tak, jak z liniami papilarnymi u człowieka, nigdy się nie powtarzają.

W pewnej chwili Erastus bierze lornetkę i mówi, że za chwilę zobaczymy lwy… Tutaj na razie ewentualny posiłek.

DSC_5377DSC_5405zwierzęta zachowują się jakoś niespokojnie, inaczej niż wszystkie do tej pory spotkane w Etoshy. Podjeżdżamy bliżej i dwójka młodych samców z samicą czają się na śniadanko…

DSC_5417DSC_5412DSC_5409DSC_5429zwierzęta zorientowały się, co się kroi i uciekają… tym razem nie będzie posiłku, zostaje tylko woda. Skoro lwy nic nie upolowały, to nie znaczy, że my mamy być głodni :)  Wracamy do obozowiska na śniadanko, pakowanie namiotów i wyruszmy do drugiego obozowiska w Halali, by za chwilę spotkać niespodziewanie nosorożca… Wyszedł prosto na nas na drogę :) .

DSC_5453

DSC_5451Dojeżdżamy do bajorka, a tam kwitnie życie towarzyskie :)

DSC_5459

DSC_5466po angielsku ten ptaszek nazywa się Lilac-breasted roller

DSC_5472

Nad kałużą, zajmowaną przez żyrafy, pojawiła się antylopa kudu. Nie była jednak mile widziana i została wykopana przez długie szyje… walka o wpływy to nie tylko domena ludzi :)

DSC_5493DSC_5495DSC_5497Powoli zachodzie słońce, ale jeszcze przed zjazdem do bazy, odwiedzamy kolejne oczko wodne.

DSC_5514Kilkanaście metrów od nosorożca, przez moment widzieliśmy lamparta, ale zanim złapałem na nim ostrość, kiciuś zaszył się w trawie i już się więcej nie ujawnił :( . Czekaliśmy na niego z pół godziny, ale trzeba było wracać do obozowiska, gdyż punktualnie o 18.00 zamykają bramy, a spóźnialskich czekają cholernie wysokie grzywny… Pędzimy więc co sił w rumakach naszej landryny i minutę przed 18 meldujemy się w obozowisku. Kurzyło się za nami niemiłosiernie i na szczęście nie było żadnego nosorożca ani słonia na drodze, bo spotkanie z takim zwierzaczkiem mogło skończyć się groźnym wypadkiem…

jeszcze jeden kicz na koniec dnia

DSC_5522Po kolacji idziemy jeszcze nad bajorko. Przy każdym obozowisku jest oczko wodne, gdzie czasami w nocy przychodzą zwierzęta spragnione wody.

DSC_5517Następnego dnia wstajemy jak zwykle skoro świt, pakujemy się do landryny i wyruszamy na łowy. Dziś mamy prośbę do naszego kierowcy…. chcemy zobaczyć King Lion’a… Z samego rana mamy szczęście, przy drodze spotykamy dwa piękne kotki…

DSC_5528DSC_5534DSC_5553DSC_5555

DSC_5551

DSC_5575jadąc dalej, za moment widzimy piękne stado zebr

DSC_5583DSC_5591DSC_5593podjeżdżamy pod kolejne bajorko, ale tam nic szczególnego się nie dzieje… a czemu nic??, ponieważ w nomenklaturze przewodników po Etoshy, na uwagę zasługują jedynie koty, nosorożce i słonie.. reszta to jest NIC :) .

DSC_5619oryxy

DSC_5634DSC_5631DSC_5812Dojeżdżamy do naszego, ostatniego już obozowiska Okaukuejo w Etoshy… Dziś zamiast pod namiotami, śpimy w lodgy :) SUUUUUPER niespodzianka :) ze strony organizatorów naszej wyprawy. Idziemy się rozejrzeć po terenie i obadać, gdzie jest oczko wodne, przy którym często zbierają się zwierzęta. Jak już wspominałem wcześniej w każdym obozowisku jest takie oczko wodne, odgrodzone od terenu campu wysokim płotem. Można to porównać teatru. Sceną w tym wypadku jest oczko wodne, a widownią gęsto poustawiane ławki, z których to można obserwować spektakl dzikich zwierząt. W nocy często takie oczko podświetlane jest mocnymi halogenami :) . Dochodzimy do bajorka i okazuje się, że mamy nad głowami gniazdo wikłaczy.

DSC_5640Po chwili, w oddali, zauważamy dumnie kroczącego słonia. Dochodzi do wody i przegania towarzystwo zwierząt, bo chce mieć całe oczko dla siebie :)

DSC_5642

DSC_5649DSC_5669Po napiciu się, słoń zaczyna się ochlapywać i chłodzić błotem… taki spektakl trwa często ponad godzinę :) . Zresztą, zwierzęta przy oczku wodnym są niemal cały czas, nie trzeba wyjeżdżać na żadne safari :) .

DSC_5689Jeszcze jedno spojrzenie na bajorko i skoro słoń się już wycofał,  to zebry spokojnie mogą napić się wody.

DSC_5842DSC_5839DSC_5833Zbieramy się powoli, jedziemy na kolejne safari. Może znowu spotkamy jakieś kotki :) . Zebry, oryxy i inne antylopy nie robią już na nas większego wrażenia. Często słychać głosy z naszej grupy, że są one tak powszednie jak krowy przy drogach w Polsce… Jak postanowiliśmy to ruszamy, po drodze nie widzimy NIC, ale za chwilę, w oddali prawdopodobnie są lwy… Zatrzymujemy się i rzeczywiście, pewnie chwilę wcześniej odbyło się tutaj polowanie, a teraz rodzinka kotów zajada późny obiad… Szkoda, że są one od nas tak daleko…

DSC_5740DSC_5742DSC_5757DSC_5758Wracamy do Campu, bo zaczyna się ściemniać… ostatni kicz z naszego oczka wodnego.

DSC_5774

DSC_5915Dziś to się wreszcie wyśpimy w naszych lodgach :) … wygodne łóżka, świeża biała pościel, łazienka w pokoju, świtało, prąd….wracamy powoli do cywilizacji :)

Następnego dnia wstajemy już nie tak rano, zrobimy sobie jeszcze ostatnie szybkie safari, żeby pożegnać się ze zwierzętami i później wyruszymy w kierunku Waterbergu na nasz ostatni nocleg przed wylotem. Mamy do przejechania około 250 km po dobrych drogach.

W zaroślach spotykamy malutką antylopę DickDick

DSC_5807DSC_5806sekretarza

DSC_5830oraz pięknie przytulone zebry.

DSC_5825Powoli żegnamy się z Etoshą, ale jesteśmy pewni, że do Namibii jeszcze wrócimy.

DSC_5820Wracamy na nasz camp, idziemy jeszcze raz rzucić okiem na nasze oczko wodne

DSC_5849zwróćcie uwagę, jakie te słonie są ogromne, w porównaniu do „standardowych” zebr :)

DSC_5850DSC_5853i wyruszamy w drogę.

Na koniec samego safari taka dygresja: W odróżnieniu od typowych safari w Kenii, Tanzanii czy RPA, gdzie kierowcy, kiedy namierzą jakąś zwierzynę, to porozumiewają się sobą krótkofalówkami. Game drive w Namibii cechuje się tym, że tutaj potrzebujemy naprawdę super „łowcy zwierzyny”.  W Etoshy każdy jest zdany na siebie,  każdy wypatruje trofeów tylko dla siebie. Tylko dzięki Erastusowi  i firmie Bocian Safaris mogliśmy zobaczyć tak piękny zwierzyniec :) . Tutaj mała reklama firmy, któa zorganizaowała nam tą super wyprawę  www.namibia.com.pl .

Jedziemy na nasz ostatni nocleg w Namibii do Waterberg Lodg. Płaskowyż Waterberg wznosi się na 400 metrów ponad otaczający horyzont…

DSC_5883DSC_5891

DSC_5891Śpimy w takich domkach

DSC_5884w towarzystwie

DSC_5905oraz

DSC_5913Tym razem na kolację mamy możliwość spróbowania mięsa z krokodyla, oryxa, springboka i innej dziczyzny. Wszystko smakuje wybornie. Rano jest opcja wykupienia game drive’u, na którym można spotkać bawoły, ale nikt nie ma ochoty wstawać o 5 rano. Z drugiej strony widzieliśmy tyle zwierząt w Etoshy, że mamy alibi, aby trochę pospać przed nocnym lotem do Europy :)

Następnego dnia, w drodze na lotnisko, zatrzymujemy się jeszcze w Okahandja. W miasteczku tym jest prawdopodobnie najlepszy sklep z biltongiem (suszonym mięsem z dziczyzny – kudu, oryxa, wołowiny etc..) oraz największy w Namibii targ z rzemiosłem, gdzie możemy wydać nasze ostatnie N$.

DSC_5915Jesteśmy pewni, że jeszcze do Namibii wrócimy :) . Ten kraj nas wręcz oczarował swoją różnorodnością :)

KONIEC

Jak się okazuje, wracamy do Namibii w sierpniu 2015 roku :) . W planach dodatkowo Botswana i Zimbabwe :) Animal Planet przed nami :)

 

About the Author: