Borneo – Sabah, Sarawak czyli wyprawa do krainy lasów deszczowych – marzec 2013

Po wyprawie do Namibii, przyszła kolej na Azję, a dokładnie Borneo, równie mało uczęszczane i popularne jak moje ostatnie wakacje w Afryce. Poszukiwanie biletów zacząłem w sierpniu ubiegłego roku i nagle Lufa wystartowała z promocją na loty do Singapuru. Cena około 2100 zł za przelot Warszawa-Frankfurt-Singapur, do tego lot na trasie FRA-SIN największym samolotem pasażerskim Airbus A380. Takiej okazji nie mogłem wypuścić z rąk i w ten oto sposób stałem się szczęśliwym, a jak się później okazało, bardzo szczęśliwym posiadaczem przepustki do nieodkrytego raju.

Wydawało mi się, że ten kierunek można potraktować lajtowo, bez specjalnego doprecyzowania planów, wystarczy dobry przewodnik, blade pojęcie, co chce się zobaczyć… i pełen spontan. Bilety na marzec kupione w sierpniu roku poprzedniego, więc sporo czasu na czytanie różnych relacji i zapoznanie się z tematem BORNEO. W międzyczasie odwiedziłem jeszcze targi podróżnicze w Warszawie i stoisko Malezyjskiej Izby Turystycznej, pogadałem trochę z „tambylcami” i okazuje się, że do takiej wyprawy trzeba się dobrze przygotować. Z marszu wiele nie da się zobaczyć, Borneo nie jest nastawione na komercję i często ciężko o miejsce noclegowe w miejscu, które chce się odwiedzić. Na takiej chociażby wyspie żółwi na morzu Południowochińskim jest tylko 20 miejsc noclegowych i dziennie przyjmują 2 speedboaty z turystami o określonych godzinach, żeby nie przeszkadzać żółwiom składającym jaja. Podobnie sprawa ma się z noclegiem w tzw. Longhousach, czyli w długich domach u Łowców Głów (Ibanów).

Zacząłem szperanie po Internecie i szukanie firmy, która mogłaby mi taką wyprawę zorganizować. Znalazłem firmę, polecaną przez Malezyjską Izbę turystyki, – Amazing Borneo i w mig dogadaliśmy się co do ceny i świadczeń, wpłaciliśmy 50% zaliczki na poczet wyprawy i mając już program, zaczęliśmy rozglądać się za lotami wewnętrznymi na Borneo. Bezkonkurencyjna okazała się AIR ASIA i łącznie za 5 przelotów wewnętrznych zapłaciliśmy około 900 zł ( ze wszystkimi podatkami, bagażem 20kg, ubezpieczeniem, oraz opłatą za płatność kartę kredytową). Wybór miejsca w samolocie olaliśmy, podobnie jak posiłki.

Kolejnym punktem w przygotowaniach do wyprawy było znalezienie hotelu w Singapurze (pierwszy nocleg) i w Kota Kinabalu na ostatnie 3 doby, żeby odpocząć w cywilizowanych warunkach po noclegach w dżungli i lesie deszczowym… Jeśli chodzi o SIN sprawa stała się bajecznie prosta… po obejrzeniu zdjęć z basenu w hotelu Marina Bay Sands , wybór mógł być tylko jeden. Idealna okazja, żeby nie zbankrutować – 1 nocleg. Na popularnym bookingu cena 2000 plnów za dobę bez śniadania, a z niemieckiego TUI – 150 euro za osobę ze śniadaniem :). W Kota Kinabalu, wzięliśmy hotel Shangri-La Tanjung Aru. Na bookingu cena w naszym okresie wahała się w okolicach 3000 za nocleg, a z niemieckiego Thomasa Cooka – 250 euro za 3 noclegi za śniadaniami… grzechem byłoby nie skorzystać…:)

Nadchodzi długo wyczekiwany 9 marca 2013 roku, który to dzień, jest pierwszym naszej wyprawy. Samolot do Frankfurtu mamy o 14.15, u Helmutów meldujemy się punktualnie o 16.10. Wylot do Singapuru mamy o 21.40, więc jeszcze parę godzinek przed nami. Pogoda nie zachęca do opuszczenia lotniska, więc robimy „window shoping” idziemy na obiadek na Wursta ze słodką musztardą i jakoś ten czas leci.

Z Frankfurtu wylatujemy punktualnie, samolot robi wielkie wrażenie, miejsca na nogi naprawdę sporo, do tego program rozrywkowy w zagłówkach, filmy, muzyka, gry, oraz 4 kamery, przez które możemy śledzić trasę… Lot mija szybciutko, o 16.40 lądujemy w Singapurze (różnica w czasie 7h), bagaże dolatują razem z nami wychodzimy na przed lotnisko w poszukiwaniu bezpłatnego shuttle bus’a, który zawiezie nas bezpośrednio do podziemi hotelu Marina Bay Sands. Na zewnątrz ze 32 stopni, wilgotność 90% i za chwile zaczyna padać deszczyk?. Nie tak to miało wyglądać, do Mariny jedziemy przecież tylko na jeden nocleg… a tu deszcz?. Tego nikt z nas nie brał po uwagę? KU*** MAĆ. Okazuje się, ze zanim dojechaliśmy, deszcz przestał padać, a niebo w miarę się wypogodziło… czyżby jakiś dobry prognostyk?

Z parkingu schodami ruchomymi udajemy się do recepcji, dajemy swoje vouchery i prosimy o jak najwyższe piętro z widokiem na miasto. Miła Pani coś tam sprawdza i bardzo nas przeprasza, ale niestety te wyższe piętra są już pozajmowane z widokiem na miasto i jedyna opcja to zakwaterowanie nas w jednym pokoju… W żartach pytam, czy aby na pewno nie będziemy spali na jednym łóżku :). Pani widząc nasze nietęgie miny, opowiada o pokoju, że każda sypialnia ma własną łazienkę, garderobę, jest duży living room… na koniec dodaje ze taki pokój kosztuje 14 000 S$…. za nocleg… Myślę sobie, trzeba było tak od razu, a nie świrować, że umieści 6 biednych Polaczków w jednej klitce i jeszcze mamy mieć uśmiech na twarzach po kilkunastu godzinach w podróży :) .

Recepcja

DSC_8113Odbieramy karty magnetyczne i idziemy szukać windy, która zawiezie nas do pokoju, ale albo czegoś nie zrozumiałem, albo… no właśnie, idę jeszcze raz zapytać, w jaki sposób mamy się dostać do naszego apartamentu. Pani tłumaczy dokładnie, gdzie znajduje się winda (zupełnie z innej strony niż wszystkie inne, a jest umiejscowiona bardzo dyskretnie, poza zasięgiem wszystkich ludzi) i tym razem trafiamy już bez problemu. W przeciągu 3-4 sekund znajdujemy się na właściwym poziomie – 52 piętrze…

Otwieramy drzwi,  a na wejściu stoi wielki fortepian… czy my dobrze trafiliśmy?  Miał być pokój, a nie sala koncertowa…

DSC_7844nasza sypialnia

DSC_7815nasza łazienka, o wyposażeniu typu mydełka, bajery, waga elektroniczna, szczoteczka do zębów + pasta – nie ma sensu pisać…wanna z hydromasażem, deska od WC otwierana na fotokomórkę i podgrzewana deska sedesowa, oraz panel na ścianie zamiast spłuczki, kilkanaście opcji oświetlenia łazienki, automatyczne rolety… taki mamy klimat :)

DSC_7812wspominana wcześniej spłuczka do WC

DSC_7853łazienki naszych znajomych

DSC_7823DSC_7819prywatny salonik do mycia głowy przez… służbę?? przy okazji można obejrzeć TV… w sumie naliczyłem w naszym pokoju 19 plazm o przekątnej nie mniejszej niż 46″…

DSC_7825living room

DSC_7828DSC_7835DSC_7843biuro

DSC_7838odnowa biologiczna  – siłownia i 2 sauny

DSC_7839

DSC_7841DSC_7840sala do karaoke

DSC_7847Jedyne, do czego można by się przyczepić to brak kominka, ale jak to się mówi, darowanemu koniowi…

„Mimo wszystko”suita wypasiona, ale czy warta ceny ?? Miałbym 1000 innych pomysłów, żeby spożytkować te 40 000 PLN za noc, tym bardziej, że nie dane nam było skorzystać ze wszystkiego choćby w 30%, ale widok z basenu bezcenny… mógłbym zamieszkać  nawet w magazynie, byleby mieć tylko wstęp na taki basen :) .

Całość przybytku to zaledwie 509 metrów kwadratowych… i tak zamiast zrzucić klamoty i lecieć od razu na basen, który był celem naszej wizyty w tym hotelu, to 2 h spędziliśmy na fotografowaniu i  zaznajamianiem z techniką, w jaką został ten pokój wyposażony.

jako przykład ekranik do zapalania i zgaszania światła, sterowania żaluzjami, budowania nastroju w pokoju :)

DSC_8060Jeszcze jedno zdjęcie z naszego salonu.

DSC_7864sprawdzę, gdzie odbędzie się pokaz świateł

DSC_5407 i możemy udać się na 57 piętro, gdzie znajduje się basen. Dwa zdjęcia na miasto, jutro zrobimy sobie sesję na basenie :) .

DSC_7888DSC_7892Woda nieoczekiwanie chłodna… nie zimna, ale chłodna.

O 21.30 rozpoczyna się przed naszym hotelem pokaz laserów i świateł, na którym koniecznie chcieliśmy być. Kilka pstryków z tego wydarzenia…nigdy wcześniej nie robiłem zdjęć takich fajerwerków, więc metodą prób i błędów coś tam udało mi się zarejestrować.

DSC_7917DSC_7922DSC_7949DSC_7954DSC_7955DSC_7962Od czwartku do niedzieli są 2 takie pokazy  – o 20.00 i 21.30, a w pozostałe dnie, tylko raz odbywa się taki show, który trwa 15 minut… więc w sam raz, żeby się nie zanudzić. :) .

Po pokazie idziemy jeszcze na kolację, zbliża się godzina 22.00, więc w centrum handlowym Mariny powoli zamykane są knajpki w Food Court (Hindusa polecał znajomy, ale u nie go nie było już nic do żarcia). Wybieram jakieś regionalne jedzonko. tyłka nie urywa, do tego mały browar 0,33, za 5S$ (w przeliczeniu 12 plnów). No cóż jutro o tej porze będziemy już Na Borneo. Idziemy się jeszcze przejść, zrobić kilka zdjęć nocnych, bo rano wypadałoby wstać na wschód słońca :) .

DSC_7971DSC_7973DSC_7981jak zwykle budzik nastawiony, żeby zobaczyć wschód słońca.. na szczęście nie muszę daleko lecieć… 3 kroki od łóżka :)

DSC_8006DSC_8010a teraz kilka pstryków z samego basenu (łódka wsparta na trzech wieżowcach na wcześniejszych zdjęciach) … woda zimna – około 23 stopni – musieli ją chyba specjalnie ochładzać, bo na zewnątrz niezmiennie 30-35 stopni… generalnie lipa. Na basenie rozdawana jest darmowa woda, drinki 14 S$ (1S$= ~ 2,6 pln). Za to widok za milion $ – zapraszam

DSC_8011DSC_8012

DSC_8023Palmy naturalne, żywe..

DSC_8032DSC_8027

DSC_8040Musimy zmykać na śniadanie, wszak o 11.00 musimy zdać pokój, ale możemy jeszcze korzystać z basenu do naszego wyjazdu z hotelu.

Samo śniadanie, przy rezerwacji na bookingu kosztował0o 50 S$ :) , kilka zdjęć… bufet nie do przejedzenia, samych ryb wędzonych było 7 rodzajów, były również śledzie…

DSC_8048DSC_8050DSC_8052DSC_8055DSC_8056DSC_8057DSC_8046to raptem promil zdjęć, z tego co byto dostępne na bufecie śniadaniowym :) .

Po takim obżarstwie, zdajemy niestety klucze, ale dostajemy opaski, które uprawniają nas do wstępu na basen. Bagaże oddajemy do przechowalni i idziemy przejść się po mieście, wszak wylot mamy dopiero o 18.20 do Kuching. Bookujemy jeszcze bezpłatny transfer na lotnisko na 16.00.

przedzieramy się przez centrum handlowe, które jest jednym kompleksem wraz z hotelem… nie licząc stacji metra i kasyna :)

DSC_8071do niektórych sklepów możemy podpłynąć łódką

DSC_8073

Kilka ujęć z okolic hotelu.

DSC_8077DSC_8078

DSC_8084nie może oczywiście zabraknąć symbolu Singapuru – syrenolwa…

DSC_8088DSC_8091słynny durian

DSC_8096

Lot na trasie Singapur – Kuching (Borneo) mamy wykupiony na promocji w cenie 87 S$ Air Asia. Samolot nowy, obłożenie na poziomie 20-25%, na lotnisku czeka na nas przedstawiciel Amazing Borneo i zawozi do hotelu w centrum miasta. Wieczorem idziemy jeszcze coś zjeść :) , po godz. 22.00 docieramy na chiński market z ceratkami, zamawiamy owoce morza – krewetki tygrysie, kalmary, bez ryżu – zapychacz nam niepotrzebny :) (obiad na 2 osoby 35 zł) + piwo chińskie Tsingtao 0,33 po 3,50 – jak się później okaże, jest to najtańsze piwo na całej trasie… niestety z tego wieczoru nie mamy żadnych zdjęć :( .

Noclegi w Kuching, stolicy prowincji Sarawak, zarezerwowane mamy w hotelu Harbour View, a widok z okna zgoła inny, od tego singapurskiego…

DSC_8122Następnego dnia po przylocie zaplanowany mamy Park Narodowy Bako. Po śniadanku (zupka miejscowa, makaron z sosem, ryż z warzywami, wędliny, parówki na ciepło, jajka w różnej postaci, owoce i soki) wyruszamy w kierunku parku. Podróż zajmuje nam 40 minut. Okazuje się, że poziom wody jest zbyt niski, żeby łódką dostać się do parku, więc zamiast o 9.30, możemy wystartować najwcześniej o 13.30. Wtedy będzie już przypływ i na 100% będziemy mogli wyruszyć w poszukiwaniu wildlif’u – zdjęcie z przystani.

DSC_8126Aby jakoś stracić te 4 godziny oczekiwania na przypływ, przewodnik proponuje nam obejrzenie 200 letniej chińskiej świątyni Muara Tebas Temple i spacerek po mieście…

DSC_8136DSC_8141

DSC_8143DSC_8145DSC_8146DSC_8150Po mieście jakoś nie chce nam się chodzić, wilgotność rzędu 90%, żar leje się z nieba… wypijemy zimne piwko i jakoś przeczekamy :)

widoki z tarasu knajpki… to można chyba uznać za wildlife??

DSC_8157DSC_8163Wracamy do przystani i okazuje się, że możemy wyruszyć łódką do Parku Narodowego. Poziom wody sporo się podniósł, ale czy my w ogóle wypłyniemy??

DSC_8128Kilka faktów na temat parku – założony w 1957 roku, jest najstarszym, a zarazem najmniejszym parkiem narodowym w stanie Sarawak i zajmuje powierzchnię 27 kilometrów kwadratowych. Położony jest w malowniczej części Borneo, z lasami deszczowymi, licznymi strumieniami i wodospadami, bogactwem fauny i flory oraz czystymi plażami i skalistymi przylądkami. W parku wytyczonych jest 16 różnych tras dla zwiedzających – od tych najkrótszych i najmniej wymagających, do całodniowych wędrówek, które umożliwiają zwiedzającym zobaczenie unikatowych i wyjątkowych zakątków parku.

W Parku Narodowym Bako można znaleźć praktycznie każdą roślinę rosnącą na wyspie Borneo. Bako jest również domem dla około 150 zagrożonych wyginięciem nosaczy, które są gatunkiem endemicznym na Borneo. Inne gatunki żyjące w parku to makaki, lutungi, warany, gryzonie z rodziny wiewiórkowatych, świnie brodate oraz wydry. Park Bako to dom dla dużej liczby jaszczurek i węży, z których większość nie jest groźna dla człowieka. Park ten jest również idealnym miejscem do obserwacji ptaków – zanotowano tutaj występowanie ponad 150 gatunków. Do nocnych zwierząt żyjących w parku należą lotokoty, pangoliny, kanczyle, wyraki, lori, łaskuny muzang oraz wiele gatunków nietoperzy żywiących się owocami i owadami.

Dopływamy do parku

DSC_8178DSC_8184DSC_8187flaga stanu Sarawak

DSC_8195informacja o chronionej faunie, którą możemy spotkać w parku

DSC_8200

i wyruszamy na 1,5 h trek.

DSC_8202

DSC_8215

widzimy pierwsze dzikie świnie…

DSC_8205wilgotność 90%, +35 stopni … idealnie opasuje stwierdzenie naszego przewodnika… „czy pada deszcz, czy nie pada” to jesteś dokładnie tak samo mokry 😀
Odgłosy lasu deszczowego są niesamowite, pełno cykad, świerszczy, gdzieś w oddali słychać małpy, śpiewy ptaków… nawet cywilizacja w postaci telefonii komórkowej nie dociera… BAJKA
Wychodzimy z dżungli

DSC_8225DSC_8227DSC_8235DSC_8237DSC_8241No dobra, ale nie po to lecieliśmy przez pół świata, żeby łazić po lesie i „zbierać grzyby”… koniecznie chcieliśmy zobaczyć nosacze (proboscis moneky), endemiczny gatunek żyjący tylko na Borneo. Oto kilka „portretów”… małpy te są bardzo płochliwe, unikają ludzi, nam jednak się udało…

DSC_8272DSC_8311DSC_8315nie mogło oczywiście zabraknąć wszędobylskich makaków…

DSC_8348oraz zielonego, groźnego węża..

DSC_8321Dziwne, że nie spotkaliśmy żadnych komarów, bo przecież warunki do egzystencji mają wymarzone, chyba że pot im nos zalewa i nie czują klimatu :) . Nosacze będą jeszcze pod koniec wyprawy, jak ustalałem trasę, zarezerwowaliśmy wizytę w Labuk Bay Proboscis Moneky – sanktuarium, gdzie 2 razy dziennie odbywa się ich karmienie w zamkniętym rezerwacie. Spotkanie nosaczy w naturalnych warunkach graniczy z cudem, nam się udało w Bako i potem jeszcze na safari na rzece Kinabatangan…
Na koniec kilka ujęć z dżungli.
DSC_8337DSC_8339DSC_8350Na wieczór wracamy do naszego hotelu w Kuching, a następnego dnia wyruszamy na 3 dniową wyprawę do Ibanów – łowców głów, mieszkańców długich domów…

Wczesne śniadanko, pakujemy się w małe plecaki i wyruszamy na przygodę z Ibanami… przed nami ciężka droga, około 250 km po asfalcie kiepskiej jakości ~ do 5 godzin, potem jeszcze 1,5 godziny łódką. Po drodze zatrzymujemy się w miasteczku Serian na targu z owocami/warzywami i robimy drobne zakupy. Każdy z nas miał ochotę na pyszne azjatyckie mango, ale okazuje się, że w tym rejonie to nie jest sezon na te owoce, więc zadowalamy się małymi banankami, rambutanami i innymi śliwko podobnymi owocami.

DSC_8351DSC_8357DSC_8364rambutany

DSC_8375nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował każdego nieznajomego owoca… konsystencja liczi, smak naszej renglody, pestka nie daje się odczepić od miąższu.

DSC_8382a to wbrew pozorom nie są longany, to takie małe liczi o smaku esencjonalnego grapefruita.

DSC_8366DSC_8360tutaj taka śliwka, zupełnie bez smaku… za to pestka odchodzi dobrze

DSC_8376DSC_8378na targu można nabyć też młode rekinki…

DSC_8392Ruszamy w dalszą drogę, a na rozprostowanie kości zatrzymujemy się jeszcze na plantacji pieprzu…

DSC_8400

DSC_8403

DSC_8406mamy też okazję zobaczyć, jak rośnie kakao

DSC_8408DSC_8411DSC_8412W Batang Ai wsiadamy na łódkę i płyniemy do Nanga Sumpa Longhouse.

DSC_8468Skoro płyniemy do długich domów, to łódki też są długie…a to już nasz przewodnik – Iban.

DSC_8429Kierowca naszego busa zostaje na lądzie, okazuje się, że on też jest Ibanem i jego ojciec polował na ludzi jeszcze 60 lat temu, między innym w wiosce, do której płyniemy…. Z naszym driverem umawiamy się za 3 dni, że będzie na nas czekał na lądzie :) .

DSC_8426DSC_8433DSC_8444po półtorej godzinki podróży w jednej pozycji (wąsko, siedzi się nisko i każde przechylenie grozi wywrotką) dopływamy wreszcie do celu…

DSC_8447Idziemy obejrzeć nasz apartament, gdzie spędzimy 2 noce… styl zupełnie inny niż w Singapurze, ale nie jest źle :)

DSC_8453kwatera z zewnątrz

DSC_8460we wspólnej łazience na cały ośrodek siedzi sobie na ścianie patyczak…

DSC_8449

Po kolacji idziemy się integrować z Ibanami :)

DSC_8474Ibani to największa grupa etniczna zamieszkująca malezyjski stan Sarawak na Borneo. Żyją w „długich domach” na palach ustawionych nad rzekami. „Długi dom” to jednocześnie wioska, w której mieszka kilkadziesiąt lub kilkaset osób. Powstaje jak budowla z klocków, do której w razie potrzeby dostawia się kolejny element. Ze wspólnego dla wszystkich korytarza wchodzi się do pomieszczeń zwanych „bilek” zajmowanych przez jedną rodzinę. Podwórko to szeroka i długa drewniana weranda, do której z dołu można się wspiąć po wyciosanych w jednym palu bardzo stromych schodach. Korytarz jest jednocześnie sypialnią mężczyzn. Kobiety i dzieci nocują w pokojach. W centralnym miejscu „długiego domu” znajduje się mieszkanie wodza wioski. Wyróżnia się ono ilością i jakością ozdób na zewnętrznej ścianie. Wśród nich są święte kamienie, zwierzęce zęby, paciorki, plecione kosze, kapelusze, dzidy, tarcze a także ludzkie czaszki w rotangowych siatkach.

„Tuai rumah” – wódz uchodzi za najmądrzejszego w wiosce. Stara się być również najsilniejszy i najsprawniejszy, wszak te cechy Ibani cenią najbardziej. Jest prawodawcą i sędzią obyczajów, arbitrem decydującym o terminach sadzenia i zbierania ryżu, główną wyrocznią i tłumaczem zjawisk przyrody. Wódz pełni często także funkcję szamana. Ibani wciąż boją się szpitali i wolą polegać na rodzimych „medykach”. Wierzą, że naturalna selekcja spowodowana jest wolą bogów – mają przetrwać najsilniejsi. Walczą z chorobami podpatrując naturę. Szamani potrafią również sporządzać doskonałe trucizny z liści i korzeni roślin. „Ipoh” to najmocniejsza z nich. Zabija w ciągu trzech minut. W wiosce Ibanów bardzo ważną osobistością jest człowiek wykonujący tatuaże. Malowidło to jest oznaką zarówno majętności jak i odwagi. Sadzę kuchenną zmieszaną z osłodzoną wodą wbija się pod skórę przy pomocy bambusowej igły i małego młoteczka. Tatuaż pokrywa niekiedy całe ciało. Najboleśniejszym miejscem, na którym najczęściej dochodzi do zakażeń jest szyja.

Mimo iż młodzi Ibani coraz częściej stają się chrześcijanami, w ich wioskach wciąż królują leśne duchy, tabu, bożki. W ibańskiej społeczności obowiązuje jednożeństwo i rzadko dochodzi do rozwodów. Wyjątek stanowi małżeństwo wodza. Jeśli jego żona okaże się niegospodarna i niegościnna, wódz może ją zmienić na inną. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Ibani należeli do najbardziej okrutnych plemion na Borneo. Wyruszali na wyprawy wojenne, by polować na głowy mniej wojowniczych plemion uprawiających ryż górski, zajmujących się łowiectwem i zbieractwem. Do dziś niesnaski plemienne mogą prowadzić do bitew, o których rządzący Malezją czy Indonezją nigdy się nie dowiedzą. Polowania na głowy były częścią rytuału wojennego, dodawały splendoru najlepszym łowcom. Kawaler pragnący zdobyć rękę ukochanej, musiał najpierw udowodnić swą odwagę rzucając jej do nóg głowy wrogów. Obecnie Malezyjczycy zapewniają, że niechlubny proceder zanikł już zupełnie, ale zapuszczający się w głąb tropikalnych lasów nie są jednak tego do końca pewni.

Ludzkie czaszki oplecione siatkami z rotangu to najcenniejsze ozdoby „długich domów” Ibanów. Na dłoniach niektórych starszych mężczyzn widnieją wytatuowane kropki. Każdy znak to jedna ścięta głowa. Zapytani o polowania na ludzi Ibani twierdzą, że od dawna tego nie robią. Jeśliby jednak spotkany w dżungli obcy okazał się nieprzyjazny i agresywny, to kto wie, jakby to się mogło dla niego skończyć…

tradycyjny longhouse

DSC_8713apartament wodza – proszę się nie sugerować obecnością TV, oglądają filmy tylko na video, nie dochodzi do nich żadna platforma cyfrowa, nie ma żadnej sieci komórkowej…

DSC_8720inne mieszkanka

DSC_8740DSC_8742DSC_8744DSC_8745

kwatery z zewnątrz

DSC_8714DSC_8719ale skoro przyszliśmy się integrować, wódz zapraszana podłogę i stawia zapas winka ryżowego – miejscowego wyrobu pędzonego przez każdego szanującego się Łowcę Głów. Wieczorem każdy z Ibanów już jest „ledwo ciepły”.

DSC_8478Ten siwy z lewej strony to wódz, pamięta jeszcze czasy polowań na sąsiednie plemiona.

DSC_8477DSC_8479jeszcze kilka zdjęć z wnętrza longhousu

DSC_8500DSC_8764DSC_8706DSC_8703DSC_8503

DSC_8728DSC_8767Po wypiciu kilku szklaneczek winka, wracamy do siebie na salony. Temperatura spadła do +30, wody w kranie ciepłej brak, ale w sumie nie będziemy składać zażaleń do dyrekcji, bo chłodna woda jest o wiele przyjemniejsza do umycia się. W apartamencie zamiast okien mamy wiklinowe zasłonki, pełno wszędzie szpar, dziur więc spaliśmy pod moskitierą, żeby nie mieć nieproszonego gościa w nocy. Punktualnie o o 22.00 wyłączany jest prąd, nic nie widać, więc wypadałoby iść spać, ale te odgłosy dżungli… świerszcze, cykady, o 2.30 piejące koguty… trzaskające gałęzie i nawoływanie się małp, przed godz. 5.00 pięknie śpiewające ptaki…. to nie była najlepsza noc, żeby się wyspać, a może za mało winka??

Następnego dnia, po śniadaniu idziemy na trek po dżungli. Ale najpierw musimy się przedostać na drugą stronę rzeki… rozsiadamy się w naszych czółnach i po chwili jesteśmy po drugiej stronie rzeki. Zachwyceni jesteśmy bogactwem środowiska naturalnego, tych roślin, tej zieleni… dzikości, tej orkiestry cykad, świerszczy, ptaków, odgłosów małp.

DSC_8518

DSC_8535

Tutaj drzewo lateksowe, po uderzeniu maczetą świeży kauczuk wydostaje się na korę – może służyć jako naturalny plaster na ranę…

DSC_8523

pełno dzikich ananasów

DSC_8540dziki imbir

DSC_8529grzybki

DSC_8530trawa cytrynowa

DSC_8537maniok

DSC_8538dziki ryż

DSC_8539

Po 1,5 godzinnym treku, cali mokrzy, mimo, że nie padało, płyniemy wykąpać się pod wodospadem…
nasz kapitan

DSC_8556

DSC_8520

DSC_8690DSC_8694jeszcze złowimy kilka rybek na lunch

DSC_8696DSC_8700Dopływamy w końcu nad wodospad. Chłodna woda okazuje się zbawieniem… w wodzie mamy zapewnione Fish Spa, pełno małych rybek, które skubią naskórek :) . Podczas naszej kąpieli, Ibani przygotowują dla nas lunch.
DSC_8576

DSC_8613

DSC_8621DSC_8628

w oddali nasze kąpielisko

DSC_8629

a tu okoliczności przyrody, w których jedliśmy lunch, zakłócone przez dym z ogniska…

DSC_8637

DSC_8636

ryż gotowany na ogniu w bambusie

DSC_8647mięsko pieczone w bambusie

DSC_8654reszta dań już podana…

DSC_8664DSC_8671

DSC_8672Po obiadku wracamy do kwater. Dobrze, ze zdążyliśmy wrócić – tak lunęło, że takiego oberwania chmury jeszcze w swoim życiu nie widziałem, mimo, że tropikalne deszcze przeżyłem wielokrotnie…

DSC_8771mała zajawka tego, co zobaczyliśmy :)

DSC_8751W tym miejscu kończymy przygodę z Ibanami. Następnego dnia wracamy do Kuching, a wieczorkiem idziemy na spacer po mieście.
DSC_8794DSC_8797DSC_8808DSC_8844

DSC_8819DSC_8833uderzamy na kolację

DSC_8856

bamboo shells… rewelacyjne w smaku

DSC_8864DSC_8863DSC_8866DSC_88743 tygrysie krewetki, krab, pół talerza bamboo shells, do tego podsmażone warzywka – cena całości 35 zł + piwko 0,66 – 12 zł :) ryżu nikt nie zamawiał, bo to zbyteczny zapychacz przy takich cenach :)

Następnego dnia rano, przed wylotem do Kota Kinabalu (lot Air Asia o 14.30, cena biletu 161 MYR, wraz z ubezpieczeniem, bagażem 20 kg i wszystkimi opłatami), odwiedzamy Semenggoh Willdlife Centre – ośrodek z Orangutanami. Dwa razy dziennie odbywa się tam karmienie tych naczelnych. Do centrum rehabilitacji najczęściej trafiają zwierzęta zranione lub sieroty. Podczas karmienia, orangutany przychodzą ze swoich legowisk, zjadają banany, papaje i inne owoce i idą dalej leniuchować. Niezbyt długo można je oglądać, ale to i tak lepsze niż nie widzieć ich wcale… Niestety leje i to porządnie, stąd zdjęcia nie najlepszej jakości…

DSC_8990

DSC_8922

DSC_8914DSC_8891DSC_8883a tu samiec Richie

DSC_8936DSC_8941DSC_9006Z Sanktuarium rudzielców udajemy się prosto na lotnisko w Kuching. Lot do Kota Kinabalu trwa 1h20 minut, na lotnisku odbiera nas przedstawiciel Amazing Borneo i jedziemy do hotelu Gala Center w samiuśkim centrum. Zrzucamy tobołki i idziemy rozejrzeć się po okolicy.

DSC_9026DSC_9029DSC_9016są nasze ulubione mango :) okazuje się, ze owoce pochodzą z Filipin, gdzie jest teraz na nie sezon –  jesteśmy przecież na Filipino Market

DSC_9018DSC_9017

DSC_9040DSC_9041DSC_9035DSC_9038DSC_9031DSC_9051od samego patrzenia i zapachów, robimy się głodni… zajmujemy ceratkę i zamawiamy owoce morza. Tu jest jeszcze taniej niż w Kuching, zestaw 9 kalmarów z grilla – 10 zł…
Biesiadujemy tak, co chwilę zamawiając jakieś inne robaki, aż zastaje nas wieczór…
DSC_9050Stan Sabah (Kota Kinabalu) jest zupełnie inny od stanu Sarawak (Kuching), tak jakby zupełnie inny kraj. Zdecydowanie bardziej podoba mi się w KK – czyściej, bardziej europejsko. Kuching to taka wielka chińska dzielnica, choć bardziej adekwatnie byłoby nazwać to chińskim miastem.

Parę strzałów z pięknego zachodu słóńca z portu…

DSC_9059DSC_9070DSC_9072Niebo nad Borneo PŁONIE…..

Następnego dnia, z samego rana wyjeżdżamy na całodzienną wycieczkę. Głównym celem jest Park Kinabalu oraz Treetop Canopy Walkway. Pierwszym punktem programu jest zwodzony most w Jambatan Tamparauli.

DSC_9095Most jak most, ale praca nad łowieniem ryb należy raczej do przyjemności :) .DSC_9098Następnie zatrzymujemy się w Nabalu i mamy okazję zobaczyć najwyższy szczyt Malezji, Mount Kinabalu 4095 m.n.p.m.

DSC_9099Kolejnym punktem programu jest ogród botaniczny w Kinabalu Park – miejsce występowania 4500 różnych roślin, 1500 odmian orchidei z czego 77 endemicznych dla tego miejsca.
Kilka pstryków z parku…
DSC_9116DSC_9134DSC_9137DSC_9139

DSC_9161

DSC_9142

DSC_9186

po godzinnym spacerze, jedziemy na lunch…

DSC_9180DSC_9181po obiadku gwóźdź programu – Treetop Canopy Walkway czyli przejście wiszącymi pomostami zawieszonymi na wierzchołkach drzew… tylko najpierw trzeba się tam dostać, ponad 500 metrów wspinaczki w upale +35, wilgotności 90%

DSC_9189

widok z góry :)DSC_9195DSC_9199długość wszystkich kładek 157 metrów

DSC_9213DSC_9218

DSC_9210po spacerze wśród wierzchołków drzew schodzimy na dół i relaksujemy się przy gorących źródłach, a w drodze powrotnej do Kota Kinabalu, zatrzymujemy się jeszcze, żeby zobaczyć największy na świecie kwiat – Raflezję. Jego średnica może dochodzić do 100 cm !!!!!. Nam udaje się zobaczyć mniejszy okaz – około 70 cm, ale i tak robi niesamowite wrażenie. Jak komuś taka Raflezja kwitnie w ogrodzie, od razu pojawiają się informacje przy drodze, o możliwości zobaczenia tego cudeńka. Wejście oczywiście płatne (w naszym przypadku 20 MYR/osobę) i w ten sposób dorabiają sobie miejscowi raz na kilka lat.

Ciekawostką jest to, że kwiat kwitnie maksymalnie przez 7 dni, raz na 4-5 lat.

jak jest nierozwinięty, wygląda tak

DSC_9227a tu już rozwinięty w pełnej krasie

DSC_9221DSC_9223Wieczorkiem wracamy do hotelu i idziemy na kolację – standard – Filipino market i owoce morza…

DSC_9231DSC_9234kolacja kosztuje grosze, a piwo majątek, choć akurat miejscowy barman załatwiał nam małe piwo za 5 MYR – cena nieosiągalna na rynku :)

Wieczorem poszedłem do supermarketu po jakieś słodycze… a tu taka niespodzianka :)

DSC_9236

Następnego dnia o 7.00 rano mamy wylot do Sandakanu… a tam zamieszki, 3 dni wcześniej Filipińczycy zabili kilkunastu żołnierzy malezyjskich. Nie nastraja to nas optymistycznie, tym bardziej, że każdy z miejscowych unika tematu i nie chce o tym rozmawiać…
Następnego dnia wstajemy o 4.30, żeby na 5.30 być już na lotnisku. Lot do Sandakanu trwa 35 minut, więc samolot nawet dobrze nie osiągnie pułapu wysokości, a już musi schodzić do lądowania…
przelatujemy koło Mount Kinabalu…

DSC_9244DSC_9248Za chwilę zniżamy się do lądowania w Sandakanie.

Przed nami 2 dni safari na rzece Kinabatnagan w wypatrywaniu wildlifu i wyspa żółwi..

Odbieramy nasze bagaże, lokalny przedstawiciel biura już na nas czeka, pakujemy się do busa… i jest normalnie… zero wojska, policji, nie czuć żadnej napiętej atmosfery. Nasz kierowca/przewodnik niechętnie jednak odpowiada na  pytania o konflikt między Filipińczykami a miejscowymi, często zmieniając temat..

Dziś jedziemy do lodgy przy rzece Kinabatangan… po drodze odwiedzamy jeszcze Gomantong Caves. Jaskinie Gomantong, to kompleks gigantycznych jaskiń, w których wykwalifikowane ekipy zbieraczy pozyskują jadalne, ptasie gniazda. Z gniazd robi się specjalną zupę, znany i ceniony przysmak kuchni chińskiej, jedna z najdroższych potraw świata. Gniazda zbiera się tylko dwa razy w roku, zwykle w okolicy lutego oraz sierpnia i jest to podobno nie lada widok, gdy grupa mężczyzn ryzykuje życie wspinając się po ratanowych i bambusowych drabinach, na wysokości nierzadko przekraczającej 90 metrów. W jaskiniach tych żyją miliony karaluchów i nietoperzy, cała dróżka pokryta jest łajnem tych drugich, a smród jest niewobrażalny… Dobrze, że samo przejście po kładkach trwa kilka minut, inaczej przesiąklibyśmy tym fetorem. Kompleks jaskiń otoczony jest lasem deszczowym, w którym można spotkać całe bogactwo borneańskiej przyrody – od owadów po orangutany.

DSC_9257przedzierając przez las deszczowy mamy okazję zobaczyć bardzo rzadkie gibony czarnogłowe…

DSC_9288DSC_9295kilka pstryków z wnętrza jaskini

DSC_9318DSC_9325DSC_9327

 dojeżdżamy do rzeki Kinabatnagan, ładujemy nasze bagaże na łódkę i za kilka minut meldujemy się w lodgy na drugim brzegu…

DSC_9333po zakwaterowaniu biorę klamota w dłoń i idę się rozejrzeć po okolicy

DSC_9339DSC_9349DSC_9360DSC_9345Po obiadku i odpoczynku, o 15.30 wyruszamy łódką na rzeczne safari w poszukiwaniu wildlifu… w rzece pływa olbrzymia ilość krokodyli, więc kąpiele na ochłodę odpadają…

DSC_9673a tak wyglądają okoliczności przyrody, z którymi będziemy przez dwa najbliższe dni obcować… zwierząt wypatrywać będziemy głównie na drzewach i brzegu rzeki.

DSC_9382tutaj pierwsze trofeum – orangutan…

DSC_9376Nasz przewodnik dostaje cynk, że parę kilometrów w górę rzeki zobaczyć można słonie borneańskie, zwane też pigmejskimi. Są to najmniejsze słonie na świecie, których wysokość rzadko kiedy przekracza 200 cm, a odkryte zostały na Borneo w 2003 roku.

DSC_9388DSC_9397DSC_9431DSC_9432DSC_9441Tego dnia udaje nam się jeszcze zobaczyć nosacze

DSC_9455DSC_9463 i wszędobylskie makaki

DSC_9547DSC_9557DSC_9503

Następnego dnia wstajemy skoro świt i pakujemy się od razu na łódkę. Dziś naszym celem będą głównie ptaki…

DSC_9582DSC_9622DSC_9623DSC_9653i mamy pierwszego hornbill’a (dzioborożca)

DSC_9691DSC_9697DSC_9709Po 2 godzinach porannego safari wracamy do lodgy na śniadanko, a następnie idziemy pobawić się w błocie z pijawkami :) … ktoś kiedyś słusznie zauważył, ze chodzenie po błocie wciąga, bardzo wciąga…
Myślałem, że jestem solidnie przygotowany na ten trek, te niebiesko coś, to leech socks, czyli skarpety przeciwko pijawkom kupione na Amazaonie za jedyne 17 funtów. Dobrze, ze przewodnik namówił mnie na wypożyczenie kaloszy, z pewnością utopiłbym w błocie swoje adidaski a i do końca nie jestem pewien, czy nie zostawiłbym ich gdzieś po drodze…
DSC_9732

 a teraz jeszcze kilka fotek ze spacerku.. podążamy w kierunku jeziora Ox Bow.

temperatury się pewnie domyślacie… tak, tak + 35 stopni, a wilgotność jak zwykle na poziomie 95% :)

DSC_9733DSC_9740DSC_9741

jezioro

DSC_9757wracamy… pot zalewa wszystko, oczy, noc, aparat.. wszystko… Taki las deszczowy to naprawdę jest wyzwanie :) nasza błotna dróżka :)

DSC_9760

DSC_9761i wszędobylskie pijawki, które tylko czekają, żeby się przyssać. Wszędzie ich pełno, na każdym liściu, a my przecież przedzieramy się przez dżunglę…

DSC_9763Po dwóch godzinach zabawy w błocie, wracamy na obiadek, potem krótka sjesta i jak zwykle o 15.30 wyruszamy łódką na kolejne safari..

DSC_9789Tym razem zobaczymy zarówno ptaszki jak i małpy… wpłynęliśmy w jakaś odnogę rzeki Kinabatangan.
jakieś dziwne makaki z czarnymi głowami…
DSC_9810płyniemy dalej

DSC_9815DSC_9826DSC_9832na drzewie zaszył się jakiś jaszczur

DSC_9835DSC_9837karmienie ptaszków – kingfisher’ów. Siedzi sobie młody na gałęzi, przyleciała akurat mama z rybką, a ten nie wie co robić… gapić się na te wszystkie lufy z łódki, czy na posiłek:) takie widoki są bezcenne :)

DSC_9856DSC_9857DSC_9859DSC_9862DSC_9883DSC_9892Żegnamy się powoli z rzeką Kinabatangan… na koniec dnia kilka kiczyków :)
DSC_9908

DSC_9916DSC_9921Następnego dnia wyruszamy na wyspę żółwi Turtle Island. Odpływamy z Sandakanu…

kwatery Filipińczyków

DSC_9932DSC_9933DSC_9934a to już jedna z trzech wysp żółwi

DSC_9935Turtle Islands Park (Taman Pulau Penyu), w skład którego wchodzą 3 wyspy – Selingan, Bakkungan Kechil i Gulisaan leżą na Morzu Sulu, około 40 kilometrów na północ od Sandakan. Park słynie z zielonych i szylkretowych żółwi, które codziennie wieczorem składają jaja na plażach tych wysp.

A to już wyspa Selingan, na której będziemy nocowali… wyspa ma wydzieloną plażę, na której można się kąpać, oraz taką, na którą wstęp jest wzbroniony, ze względu na miejsca lęgowe żółwi. Mapka poglądowa

DSC_9946

Mimo, że to wyspa żółwi, to żółwi nie będzie w ciągu dnia. Żółwie przypływają w nocy tylko, żeby złożyć jaja, nie można im jednak robić zdjęć z lampą, nie można także używać statywów, więc kto chce zobaczyć ten spektakl, musi po prostu tam jechać… Poza tym jest możliwość zobaczenia tylko jednego żółwia, który przypłynie jako pierwszy.  Taki żółw, najpierw robi sobie dużą dziurę na plaży, a następnie składa tam jaja. Żółwie przypływają pod wieczór/ w nocy i nigdy nie wiadomo kiedy przypłyną. Nam się udało i nie musieliśmy długo czekać, bo składanie jaj żółw zaczął już o 21.30, ale zdarzały się takie przypadki, że ludzie czekali do 2 czy 3 w nocy…

kilka pstryków z plaży dostępnej do kąpieli

DSC_9953

DSC_9938DSC_9939DSC_9942DSC_9937jaszczury, których przysmakiem są żółwie jaja…

DSC_9949A to jest plaża, na którą przypływają żółwie.

DSC_9947

po kolacji, wszyscy obecni na wyspie (czyli ze 20 osób, bo tyle jest miejsc noclegowych), czekają w restauracji na sygnał od obsługi parku, kiedy będzie można obejrzeć żółwia składającego jaja. Okazuje się, że pierwszy żółw przypłynął o 20.00, przez 1,5 h kopał dziurę na plaży i o 21.30 zaczął składać jaja… Jak pisałem wcześniej, nie można robić zdjęć z flashem, nie można używać statywu, więc tylko jedno zdjęcie poglądowe…

211„Nasz żółw” złożył 99 jaj. Najmniej złożonych jaj jednorazowo przez żółwia to 3 sztuki, najwięcej – 163 jaja. Następnie mamy możliwość zobaczyć jak młode, dopiero co wyklute żółwie wypuszczane są do morza… Wiek dorosły osiągnie niecały 1% wypuszczonych do morza żółwi… smutne to :(

Opiekunowie parku, zbierają jaja żółwicy i przenoszą je do specjalnie wykopanych dziur, chroniąc je tym samym przed jaszczurami, dla których te jajka to prawdziwy przysmak… każda dziura z jajkami jest opisana, z dokładną ilością tych jajek oraz datą ich złożenia. Po wykluciu się młodych żłóbków, są one przenoszone nad brzeg morza i wypuszczane do wody…

DSC_9969Przed budynkiem zarządu wyspy, na telewizorze wyświetlane są informacje o ilości żółwi, które przypłynęły na każdą z wysp, ile z tych żółwi złożyło jaja, ile tych jaj dokładnie złożono, godzinie przypłynięcia pierwszego żółwia, oraz godzinie rozpoczęcia składania jaj przez żółwia…

DSC_9970Powoli żegnamy się z wyspą żółwi, jeszcze tylko uwiecznimy wschód słońca…

DSC_9957Zjemy śniadanko i ładujemy się na łódkę i wracamy do Sandakan. Stamtąd jedziemy jeszcze do Labuk Bay, przyjrzeć się z bliska nosaczom…

DSC0193kilka portretów

DSC_9973DSC_9972

 DSC_9974DSC_9978DSC_9979DSC_9980

karmienie na platformach

DSC_9982DSC_9985DSC_9986DSC_9987DSC_9988

DSC_9989DSC0192Dziś wracamy do Kota Kinabalu za zasłużony odpoczynek w hotelu Shangri-La.

_DSC0340_DSC0366

 _DSC0523_DSC0533KONIEC :)

About the Author: