Sardynia – Karaibska księżniczka w Europie – lipiec 2014

DSC_0430

Postanowiłem sobie, że 2014 rok upłynie mi pod dyktandem lazurów – najpierw Azja, a w lecie coś bliżej domu i raczej mocno budżetowo – bez szaleństw, bez All Inc., bez tłumów. Chciałem odwiedzić raczej nie do końca turystycznie zadeptane miejsce. Początkowo brałem pod uwagę Formenterę, ale żona szybko wybiła mi to z głowy – 2 tygodnie na wyspie 2×3 km, przecież ty chłopaku, nie dasz rady ze swoim ADHD łazikowym spędzić 14 dni na takiej małej przestrzeni…

Padło na Sardynię…

Bilety samolotowe dla rodziny(2+1) nabyłem jeszcze w zimie – 2600 zł z Wawy do Olbii via Berlin (Air Berlin), a później zająłem się knuciem i planem całego wyjazdu. Urlop jak zwykle zobligowany wakacjami szkolnymi.

Mając e-tickety na poczcie, zacząłem knucie i jak zwykle zwróciłem się do wujka googla o pomoc. Dzięki jego uprzejmości natrafiłem na bloga o Sardynii http://wakacje-sardynia.blogspot.com/  Prowadzi go bardzo fajna dziewczyna, zakochana w Sardynce, bardzo pomocna, generalnie kopalnia wiedzy o moim przyszłym wakacyjnym kierunku.

Początkowo wyobrażałem sobie, że w tydzień objadę wyspę, a w drugim tygodniu rozgoszczę się w jakimś spokojnym miejscu i uskutecznię plażing, smażing i…

Po przeczytaniu wielu artykułów, przewodników, postanowiłem urlop podzielić na dwie części – 6 dni pobytu na Archipelagu La Maddalena z rajskimi plażami, a potem kolejne 8 dni w okolicach San Teodoro… czyli północny wschód wyspy.

Pozostało zatem zarezerwować dyliżans, którym mieliśmy się przemieszczać i zwiedzać. Okazało się, że ceny na Sardynii wariują… najtańszy automat, to koszt rzędu prawie 1000€ na 14 dni + pełne ubezpieczenie to  kolejne 500€.  Stanęło na tym, że zarezerwowałem samochód z manualną skrzynią biegów, mimo że, od przeszło dekady nie mam doświadczenia z trzema pedałami – nogi wszak mam dwie :) – VW Polo za 1160 zł (wielka okazja, bo przeważnie takie samochody kosztowały w okolicach 480€ + full ubezpieczenie 260 € za 14 dni.

Nadchodzi długo wyczekiwany 1 lipca 2014 roku. Poranny wylot do Berlina, 1,5 h stopover i pakujemy się do samolotu do Olbii. Po dwóch godzinach samolot zaczyna schodzić z pułapu wysokości i naszym oczom ukazują się piękne plaże. Zaczynamy Wakacje!!
Na Sardynii lądujemy około godziny 14, odbiór walizek i kierujemy się do wypożyczalni samochodów Europcar. Formalności trwają dosłownie z 10 minut i już za chwilkę pakujemy bagaże do naszego Polo.

Wyjeżdżając z lotniska, wstępujemy jeszcze na drobne zakupy do Auchan (supermarket oddalony od lotniska o jakieś 500 metrów) po piwko, winko, sery i wędliny, a stamtąd kierujemy się na miejscowość Palau – około 50 km z lotniska, skąd odpływają promy na La Maddalenę (bilet open na prom w dwie strony za samochód + rodzinkę 2+1 = 47 €) średnio co pól godziny. Sama przeprawa trwa około 20 minut, a w porcie czeka już na nas właścicielka naszej norki.

Wieczorem idziemy na pierwszą kawkę, lody i włoską pizzę oraz na rekonesans po miasteczku, a że mieszkamy w samym centrum starówki, to wszystkie uciechy mamy na… wyciągnięcie trzech kroków.

DSC_0435DSC_0437DSC_0438flagi Sardynii

DSC_0440Następnego dnia po śniadaniu, które przygotowaliśmy sobie we własnym zakresie, wyruszamy na podbój (czyt. objazd) głównej wyspy La Maddalena – sam archipelag to skupisko większych i mniejszych ponad 50 wysepek leżących przy północno-wschodnim krańcu Sardynii. Bajkowe miejsce, park narodowy, karaibskie plaże, lazur i…. moim zdaniem najpiękniejszy zakątek w Europie, mało zadeptany, a na wyciągnięcie ręki dla każdego, kto potrzebuje ciszy i spokoju.

Wyjeżdżamy z portu i kierujemy się dróżką w prawą stronę wzdłuż wybrzeża.
Parę widoków z drogi

DSC_0441DSC_0442DSC_0445DSC_0446DSC_0447DSC_0452DSC_0450Na La Maddalenie parkingi są bezpłatne, a parkuje sie najczęściej wzdłuż drogi… Dojeżdżamy do pierwszego naszego celu na plażing na Bassa Trinite (Cala Maiore).

DSC_0455DSC_0454DSC_0457DSC_0458DSC_0462DSC_0464DSC_0488Po dwóch godzinach plażowania ruszamy dalej. Po 10 minutach młodzież ma ponownie ochotę się wykapać, więc znajdujemy jakąś lukę wzdłuż drogi i….

DSC_0487

DSC_0476DSC_0481Plaże wyglądają prawie identycznie, turkus, lazur, skałki i wszystkie piękne…

Tego dnia zatrzymujemy się jeszcze przy Monti d’a Rena i Stagno Porto.

DSC_0490DSC_0495DSC_0496Po południu wracamy do naszej bazy, pójdziemy na kawkę, lody i przy okazji poznamy poszwendamy się troszkę po starówce.

Główna ulic starówki Via Garibaldi

DSC_0506DSC_0508DSC_0512główny plac Garibaldiego przy porcie

DSC_0520DSC_0516Następnego dnia, jedziemy na wyspę Caprera, drugą co do wielkości jak i zamieszkaną wyspę Archipelagu La Maddalena. Obie wyspy łączy ze sobą most… Tego dnia pogoda niestety nas nie rozpieszcza, całe niebo spowite jest chmurami, słońce raczej nie ma szans się przebić, więc z oczekiwanych lazurów raczej nici.

Na pierwszy ogień idzie plaża „Cala Serena” – skałki mocno Seszelskie, tylko brak wspomnianego słońca….

DSC_0549DSC_0553DSC_0554DSC_0559DSC_0560DSC_0561Następnie wybieramy się na północny zachód Caprery (10-15 minut autkiem), żeby dotrzeć na Cala Napoletana. Dyliżans parkujemy przed Casa Garibaldi (domem-muzeum Garibaldiego) i wyruszamy w 45 minutowy trek do plaży… przynajmniej tak informują znak.

Po 20 minutach ukazuje się nam już rajska plaża.

DSC_0566cały trek zajął nam 30 minut… nie było łatwo po skałkach, ale z drugiej strony nie był to też czarny szlak.

DSC_0577DSC_0576DSC_0573w słońcu ta plaza wygląda zupełnie inaczej…

DSC_0578Następnego dnia postanawiamy zdobyć plażę Coticcio na wyspie Caprera… tym razem spacerek po skałkach ma wynieść do 75 minut, przynajmniej taką informację uzyskujemy w centrum turystycznym. Pogoda taka sobie, zachmurzenie pełne, więc jest spora szansa, że tam dotrzemy. W słońcu byłoby naprawdę ciężko. Można się tylko domyślać, że parkingiem jest mały placyk, na którym zaparkowane są 2 motory i dwa samochody, skąd prowadzi ścieżka do tej plaży. Żadnych innych oznaczeń nie ma… idziemy na czuja :)

tak wygląda ścieżka do Tahiti Beach (Cala Coticcio)

DSC_0586

na dole kadru czapeczka mojej córki

DSC_0585Po 45 minutach docieramy na plażę, oprócz nas, są może ze 3 rodzinki… szkoda tylko, że znowu brakuje słońca…
DSC_0593DSC_0595DSC_0597idę troszkę połazić po skałkach i nagle, widzę, że obserwują mnie kozice :)

DSC_0602DSC_0608a tak wygląda plaża w słońcu, na które troszkę się naczekaliśmy, ponieważ jak pomyśleliśmy o drodze powrotnej to nikt nie miał zamiaru szybko uciekać z tej plaży :)

DSC_0598DSC_0606Tego dnia mieliśmy w planach jeszcze odwiedzenie południowej części Caprery i kąpiel przy Cala Portese oraz Cala Andreani, ale deszczyk zmienił nam plany.

Następnego dnia w porcie wykupujemy rejs wycieczkowym stateczkiem po okolicznych plażach.. pogoda wreszcie żyleta 😀 Rejs zaczyna się o godz 11 i trwa do 19… koszt 25euro/dorosły, 20euro/dziecko, obiad i winko/napój dla dziecka wliczone w cenę.

Tym razem zobaczymy plaże dostępne od strony wody.

Pierwszy postój wyspa Santa Maria, a tak wygląda miejsce „rozładunku turystów”

DSC_0650na plaży mamy 1,5 h, a potem płyniemy na inną wyspę.

DSC_0651DSC_0653Dalej płyniemy sobie wzdłuż archipelagu wysp…

DSC_0666DSC_0669woda ma niesamowity kolorDSC_0690

DSC_0671DSC_0672DSC_0673DSC_0678DSC_0698Tutaj zatrzymujemy się i dajemy nura do wody.. to taki naturalny basen Passeo Degli Asinelli, otoczony trzema wyspami…

DSC_0701DSC_0706DSC_0714DSC_0726DSC_0741DSC_0754DSC_0765Tutaj z odległości 200 metrów widzimy słynną tzw. „spiaggia rosa” czyli różową plażę na wyspie Budelli. Kolor piasku zawdzięcza otwornicy, której pokruszone wapienne pancerzyki wyrzucają na brzeg fale. Plaża stała się  na tyle słynna, po tym, gdy włoski reżyser Michelangelo Antonioni nakręcił tam w 1964 r. część swego filmu „Il Deserto Rosso” (Czerwona pustynia), że każdy przyjeżdżający nań turysta, chciał ze sobą zabrać „trochę” piasku „na pamiątkę”. Tak skutecznie zbierano ten piasek, że plaża z różowej zaczęła się robić bezbarwna. Założenie w roku 1994 Parku Narodowego i przydzielenie Spiaggia Rosa do strefy A, czyli ochrony ścisłej zahamowało najazd turystów na wyspę Budelli. Obecnie plażowanie w tym miejscu grozi grzywną 1000 €.

DSC_0800DSC_0809DSC_0814jeszcze kilka zdjęć z rejsu

DSC_0831DSC_0832

DSC_0834DSC_0841Dopływamy do Cala Corsara, gdzie mamy kolejne 1,5 h na miłe obcowanie z wodą i światem podwodnym… czyli plażing.

DSC_0840DSC_0847DSC_0851a tu już plaża od strony piachu…

DSC_0855DSC_0858DSC_0863DSC_0866DSC_0873Żegnamy się powoli z plażą i wracamy do naszego portu…

DSC_0877DSC_0882Dopływamy koło 19.00, a więc w momencie, w którym otwierane są restauracje… wcześniej wszystko jest pozamykane, nie ma szans nawet na pizzę 😀

nasza starówka wieczorową porą – główna ulica miasteczka – Via Garibaldi

DSC_0930DSC_0926DSC_0937i plac Umberto, który przemieniał się wieczorami w jarmark i miejsce degustacji regionalnych specjałów.

DSC_0943

Ostatniego już dnia, planujemy plażowanie na południowej części sąsiedniej wyspy Caprera… docieramy na nią jak zwykle mostem, a naszym celem jest Cala Andreani. Po drodze cykamy jeszcze kilka zdjęć innym plażom, całkiem fajne, ale podobno ta Andreani jest naprawdę cudowna.

DSC_0955DSC_0957DSC_0958DSC_0962DSC_0965Dojeżdżamy na Cala Andreani. Odległości między poprzednią plażą, a opisywaną obecnie to 4-5 minutek jazdy szutrową drogą. Polo spisywało się idealnie, bardziej martwiłem o opony, żeby nie zaliczyć jakiegoś zonka i nie tracić czasu na wizytę u wulkanizatora, ale moje obawy były bezpodstawne.

Tutaj Cala Andreani w pełnej krasie :)

DSC_0968DSC_0970DSC_0972DSC_0976DSC_0979Po 2 godzinach takiego plażingu i smażingu włączył mi się szwendacz, wziąłem „klamota”(czytaj aparat) i postanowiłem zobaczyć co dzieje się za wzniesieniem, u podnóża którego, stała nasza furmanka… po przejściu 150 metrów, ukazała mi się kolejna plaża piękna plaża.

DSC_0984DSC_0985Postanowiłem wrócić po swoją ekipę, żeby zmienili otoczenie. Okazało się, że towarzystwo mocno zgłodniało, a że była to niedziela, pora delikatnie popołudniowa, a Włosi wiedząc, że na prawie żadnej z plaż archipelagu Maddalena nie ma cateringu, baru etc, zabierają ze sobą posiłki, to nam nie zostało nic innego, jak zapakować się w samochód i wrócić na naszą wyspę. W barze po drodze „niby hot dog”, hamburger z serem, a cheeseburger bez sera kosztował w okolicach 4-5 ojro i wyglądał raczej mało apetycznie, postanawiamy zatem liczyć na cud i znaleźć jakąś otwartą o tej porze knajpę 😀 .

Krążymy po miasteczku…

DSC_1014DSC_1019DSC_1039DSC_1025DSC_1048niestety wszystko nieczynne, a restauracje otwierają dopiero o godz. 19.00.  Musimy zatem zadowolić się bułeczką z szynką parmeńską, serkiem Pecorino oraz pysznymi oliwkami kupionymi w markecie nieopodal portu. Tam przynajmniej pracują non stop :)

jeszcze kilka ostatnich nocnych zdjęć z La Maddalena

DSC_1084DSC_1095DSC_1098DSC_1108DSC_1112DSC_1117Następnego dnia, z samego rana zdajmy mieszkanie i „błądząc” przez Costa Smeralda, zamierzamy przedostać się do naszej kolejnej miejscówki w San Teodoro – 25 km na południe od Olbii ( w sumie około 80 km). Chcemy przeznaczyć na tą trasę 6 h, aby dokładnie przyjrzeć się temu rejonowi dla „przebrzydle bogatych” 😀 .

Zamykając temat archipelagu La Maddalena, chciałbym poruszyć kwestię cen (lipiec 2014)… Generalnie ceny nie różniły się znacząco od tych, które spotkaliśmy na głównej wyspie czyli Sardynii… kolacja w restauracji – 15-30 € / osoba w zależności od tego, co się zamawiało, pizza 5 € (Margarita) – 12 € wypasiona z owocami morza, pierwszy raz spotkałem się z pizzą z frytkami, rozłożonymi na placku – ta akurat była najtańsza, już za 4,50, piwo w knajpie (duże, 0,5 l) od 4 do 12 €, do tego dochodzi coperto, czyli nakrycie do stołu, w zależności od restauracji 1 lub 2 €/osoba (dzieci zniżki nie mają 😀 ), service 10%, zawsze doliczone do rachunku.

Paliwa na Maddalenie nie brałem, ale na Sardynii, benzyna w granicach 1,75-1,89, a ON 1,61-1,69/l, szczęśliwie miałem diesla i na 800 przejechanych km, zatankowałem raptem za 65 €.
W sklepach ceny soków w kartonach 2-4 €, piwa podobne do naszych  – 0,65l od 0,7 € za jakieś podłe, po 1,55 niefiltrowaną Ichnusę (sardyńskie piwo), Ichnusa zwykła 1,19, Tuborg, Heineken po 1,30, wina bardzo dobre – denominazione controlata z Sardynii już za 1,65 €, Sardyńskie Cannonau – najstarsze wino świata – denominazione controlata już od 2,55 €. Urlopować się, pić i nie umierać 😀
Pieczywo nieprzyzwoicie drogie (tak, jak w sumie wszędzie w Europie), sery typu pecorino, z których słynie Sardynia, Grana Padano 10-12 ojro za kg, te 30 letnie odpowiednio droższe, ale nie na tyle, żeby ich nie spróbować, wszelkie miejscowe wędliny, szynki – 16 miesięczne, w granicach 10-20 €. Warzywa i owoce za to sporo droższe niż u nas, głupie czereśnie – 8 €/1 kg, brzoskwinie w okolicach 4 €, a arbuzy też ponad 1 €/kg…

Następnego dnia zdajemy mieszkanie, żegnamy się z właścicielką naszej norki i wyruszamy na podbój Sardynii… wszystko pięknie, ładnie, tylko pogoda jakaś taka niepewna. Pełne zachmurzenie… wjeżdżamy na prom (bilety zakupione przed przybyciem na Maddalenę), dopływamy do Palau, a tam ulewa… i to ma być to upalne lato w lipcu na Sardynii????????? Bardziej spodziewałbym się pożarów wynikających z suszy niż jakiejkolwiek kropli deszczu!!!
W planach mieliśmy odwiedzić Nuragi w Arzachenie (miasteczko, przez które przejeżdżaliśmy) jadąc do naszej miejscówki w San Teodoro (Nuragi – stożkowate wieże wzniesione nad kamiennym ołtarzem, budowane na Sardynii przez Nuragijczyków w czasach mocno starożytnych). Pierwsze takie budowle datowane są na XV w przed naszą erą. Budowane one były z ociosanych bloków skalnych bez użycia jakiekolwiek zaprawy!! Najwyższe z odkrytych wież osiągały wysokość nawet 20 metrów… niestety ulewa zniweczyła wszelkie nasze plany :(
Nuragi zatem muszą poczekać do kolejnej naszej wizyty na Sardynii… Za chwilkę przestaje padać, więc mamy nadzieję na odwiedzenie kilku plaż i miejscowości z „obrzydliwie” bogatą infrastrukturą, oraz najnowszymi jachtami. Jeśli ktoś interesuje się łajbami i zobaczy w katalogu jakąś najnowocześniejszą i najdroższą łódeczkę, może być pewien, że zobaczy ją na żywo na Costa Smeralda – czyli w miejscowościach, które mieliśmy w planach odwiedzić: Porto Cervo, Porto Rotondo, Golfo Aranci. Jedyne zdjęcie z tego dnia, to fotka zrobiona z samochodu w Porto Cervo… wszelkie plany pokrzyżowała nam ulewa!!

DSC_1130Przed czasem dojeżdżamy do agencji, skąd odbieramy klucze do naszej willi i jedziemy się zakwaterować.
Pytamy się właściciela, czy takie deszcze często zdarzają się w lipcu na Sardynii. Odpowiada mocno zdziwiony, że już przeważnie od początku czerwca, nie pamięta roku, w którym kiedykolwiek z nieba spadłaby kropla wody.. no tak, moja żona nie wzięła parasolki, a to taki talizman, zawsze jak ją bierze, nawet w porze deszczowej, nie spadnie na nas kropla deszczu, jednak jak parasolka zostaje w domu, a urlop zaplanowalibyśmy na Saharze to deszcz murowany :)

Następnego dnia, na szczęście pogoda jest już adekwatna do tego, czego oczekiwaliśmy…  Z samego rana jedziemy na plażowanie na najdłuższej i najsłynniejszej plaży San Teodoro – La Cinta. Bierze ona swą nazwę od kształtu paska, bo Cinta znaczy po włosku „pas”, „pasek” . Na tyłach „paska” plaży Cinta znajduje się wielkie 200 hektarowe jezioro i mokradło – Stagno di San Teodoro – obszar bardzo ciekawy przyrodniczo i rezerwat, gdzie możemy podpatrzeć w naturalnym środowisku ptaki takie jak flamingi czy czaple siwe. Plaża jest szeroka i długa (ok. 4 km), z drobniutkim jak mąka i bialutkim piaskiem, świetna na długie spacery. Jest ona jednak bardzo zatłoczona w sezonie, ale wystarczy przejść około 1 km i możemy się cieszyć zupełną ciszą i spokojem… kilka ujęć z tej plaży…

DSC_1150DSC_1152DSC_1158DSC_1168DSC_1187w oddali ta góra to Tavolara – park krajobrazowy i strefa ochrony… swoją drogą, spędzimy tam jeden z następnych dni. Woda bardzo cieplutka, czysta i bardzo płytko w odległości ponad 100 metrów od brzegu, idealna dla młodszych dzieci – zdjęcia z dnia 8 lipa, więc wakacje, taki raj raptem 3 h od wyjścia z domu 😀

DSC_1140Po plaży wieczorkiem jedziemy do San Teodoro zrobić rekonesans miasteczka. Okazuje się, że o godz. 18.00 zamykają główną ulicę wraz z dojazdami do niej i zaczyna się wszechobecny , jarmark i targ sztuki ludowej połączony ze wszelkimi wyrobami kulinarnymi. Na straganach można popróbować różnej maści serów, miodów, nalewek, konfitur… wszystkich wyrobów z czego słynie Sardynia.
Parkujemy na bezpłatnym głównym parkingu w miasteczku, uprzednio dowiadując się u żandarmów na „migi”, czy rzeczywiście nie musimy płacić za miejsce postojowe. Kilka zdjęć z tego wieczora.

DSC_1193DSC_1209DSC_1219DSC_1220DSC_1241DSC_1246Następnego dnia jedziemy na rekonesans po innych plażach.
Na początek Cala Brandichi, parking oczywiście płatny 2€/godzina, plaża z całą infrastrukturą (leżaki, parasole, bar, toalety), nie to, co na archipelagu Maddalena 😀 w oddali widać piękną Tavolarę

DSC_1252DSC_1270DSC_1275DSC_1279DSC_1281DSC_1294po prawej stronie plaży była wypożyczalnia rowerów wodnych i pontonów  z motorkiem – koszt tych drugich 90 € za 3 h + paliwo +- 40 €. Nie znalazłem jednak aprobaty wśród rodziny/znajomych na wypożyczenie takiego cuda i opłynięcia sobie okolicznych plaż ponton, oczywiście bez driver’a :)

DSC_1298a tu jeszcze jedno zdjęcie z plaży Lu Impostu – sąsiadująca plaża z Cala Barndinchi

DSC_1303Zgodnie stwierdzamy, że troszkę dużo ludzi, których tu, de facto na zdjęciu nie widać, pakujemy się w nasze bryczki i mamy zamiar dojechać do Capo Coda Cavallo – podobno piękny półwysep z jeszcze piękniejszymi plażami.
Po przejechaniu kilku kilometrów, widząc stojące na poboczu drogi samochody, postanawiamy zaparkować tym razem wzdłuż drogi za free, mając nadzieję, że dotarliśmy do celu… Przedzieramy się na plażę, ale jedyne co godne zobaczenia to piękny widok na Tavolarę.

DSC_1307 Plaża nieciekawa, ludzi tłum, przy brzegu od razu dość głęboko jak na warunki sardyńskie…. i woda jakaś taka mało rajska.
DSC_1308Następnego dnia wstajemy rano i zgodnie stwierdzamy, że ktoś poprowadził nam słońce… wyglądam przez okno naszego domku i zamiast spodziewanego lazuru na plaży La Cinta, widzę coś a la Bałtyk… zatem nici z plażowania. Dziś pozwiedzamy sobie okolicę, wybierzemy się może gdzieś w góry… zobaczymy, gdzie nas „koła potoczą”.

Jako pierwsze odwiedzimy dziś miasteczko Posada – malownicza miejscowość położona na zboczu wapiennej góry, na szczycie której jeszcze dzisiaj możemy zwiedzić ruiny jednego z wielu rozsianych po wyspie średniowiecznego zamku della Fava czyli Bobu. Stare miasto leży tuż u jego stóp, prowadzą do niego wąskie i kręte uliczki oraz niezliczona ilość schodków. Przemierzając je czujemy jakby zatrzymał się tutaj czas.

DSC_1316

DSC_1318W tym niebieskim budynku, było centrum informacji turystycznej, wzięliśmy kilka folderów, jakieś mapki i był już plan na kolejne atrakcje…

DSC_1319DSC_1321

DSC_1322

DSC_1323

jeszcze jedno zdjęcie miasteczka, zanim dojdziemy do ruin zamku… wstęp płatny 3 €

DSC_1324

widok na okolicę…

DSC_1328DSC_1333a to już widok z samego szczytu wieży

DSC_1334Po spacerze udajemy się na parking, wyjeżdżamy z Posady i kierujemy się w kierunku Orosei i Dorgale… chcemy troszkę powłóczyć się po miasteczkach…

Po przejechaniu parunastu kilometrów krętymi drogami, zauważam na drzewie karton z napisem Vendita Formaggi … czyli sprzedaż serów. O serach na Sardynii można by całą powieść napisać, a jako, że sam jestem ich smakoszem, postaram się w kilku słowach przedstawić jakich gatunków typowych dla Sardynii możemy się tam doszukać…
Hodowanych na wyspie owiec jest 3 razy więcej niż jej mieszkańców, dlatego najczęściej spotkamy tutaj doskonały ser owczy – pecorino. Eksport tego przysmaku to jedno z głównych źródeł dochodu wyspy. Jeden z gatunków sera owczego o nazwie Pecorino Sardo uzyskał specjalne międzynarodowe „Chronione Oznaczenie Geograficzne”. W pewnych regionach równie częste są sery kozie – formaggio di capra. Popularny jest też „ser żółty” – z mleka krowiego –Vaccino, nazywany często „perette”, co oznacza „gruszki” bo wytwarzany jest w kształcie, który przypomina wielka gruszkę. Spotkać je można wiszące na sznurkach po kilka sztuk w sklepach spożywczych i na targach. Kupując tutaj sery możemy być pewni, że to prawdziwe sery – nie z jakiejś tam mieszanki z dodatkiem sztucznych zapachów, chemii itp…
Ciekawostką jest „oryginalny” ser lokalny – CASU MARZU – (zakazana jest jego sprzedaż w sklepach !!), gdyż, w jego powstawaniu mają swój udział larwy much – można powiedzieć, że cały ser po rozkrojeniu „chodzi i się rusza”.

Skręcamy w polną dróżkę, podjeżdżamy na podwórko, wychodzi gospodarz, ale ni w ząb po angielsku… na migi dogadaliśmy się, czy ma Formaggi, kiwa głową, że tak i zaprasza nas do swojej piwniczki…

Ten pierwszy na dole, po prawej stronie to właśnie Casa Marzu, niestety na degustację nie mamy co liczyć, bo jak już się ten ser „otworzy”, to trzeba go zjeść w całości.. a płacić 50 ojro, jakoś nam się nie uśmiecha…

DSC_1360

DSC_1363Kupujemy pyszny Pecorino i jedziemy dalej – kierunek Orosei. Miasteczko oglądamy z samochodu. Taka typowa włoska osada z wąskimi uliczkami. Następnie dojeżdżamy do Dorgali i tam wchodzimy do marketu kupić jakąś bułkę, szynkę w plasterkach, ewentualnie serek… okazuje się, że dziewczyna za ladą, sprzedająca wędliny i ser świetnie mówi po angielsku, co jest ewenementem na Sardynii. Spędzamy z nią dobrą godzinkę na pogaduszkach, degustując przy okazji rożnych serów – i kupując oczywiście mniejsze lub większe kawałki. Pani jeszcze kroi nam bułeczki i kanapki gotowe… taka szynka parmeńska, 30 miesięczna, do dzisiaj za mną chodzi… jej smak i zapach :)

Podpytujemy też dziewczynę, co w okolicy warto zobaczyć, a ta sugeruje nam wycieczkę do miejscowości Oliena i ewentualnie Orgossolo, jak się wyrobimy z czasem… Odległość niewielka, około 30 km, ale drogi bardzo kręte przez wysokie góry, do celu docieramy po 45 minutach. Miasteczko to słynie z malowideł na fasadach domków.

kilka zdjęć z tego miejsca

DSC_1365DSC_1366DSC_1376DSC_1382DSC_1389czas jakby zatrzymał się w tym miejscu dobre 30 lat temu…

DSC_1390DSC_1393DSC_1395

DSC_1401DSC_1412DSC_1416DSC_1420

DSC_1421DSC_1429DSC_1431

DSC_1433Wracamy powoli do naszej kwatery w San Teodoro, ale postanawiamy zatrzymać się jeszcze dosłownie na chwilę w Siniscola. Gdzieś wyczytałem, że w tym miasteczku znajduje się „dom sera” czyli taki skansen, gdzie można zobaczyć jak wyrabia się typowe sardyńskie sery metodą tradycyjną… Znaków ani drogowskazów żadnych nie ma, postanawiamy więc na migi nawiązać jakiś dialog z klientelą miejscowego baru (to takie miejsce we Włoszech, gdzie można otrzymać najlepsze i najświeższe informacje na temat tego, co dzieje się w miasteczku), a to, że po angielsku nikt tam nie gada to pewnik, ale może jak usłyszą, że zależy nam na odwiedzeniu Casa di Formaggi (domu sera), wytłumaczą nam na migi jak tam trafić…

Siniscola..

DSC_1445w barze – mordowni, każdy bardzo przyjazny, chciał nam postawić lampkę winka, ale na temat Casa di Formaggio nie szło się dogadać.. pokazywali sklepy z serem, ale do takiego skansenu jak chcieliśmy zobaczyć, nikt nie był w stanie wskazać nam drogi…

kilka luźnych zdjęć z miasteczka

DSC_1446DSC_1449DSC_1454DSC_1457Następnego dnia rano mamy zaplanowaną wycieczkę statkiem po najpiękniejszych plażach Cala Gonone… bilety 40 €/dorosły, 20 €/ dziecko w wieku 6-12 lat.
Starujemy o 9.00 rano z La Caletty – 30 km od San Teodoro. Wczesna pobudka, szybkie śniadanko i w drogę. Rejs wykupiliśmy w naszej agencji, która pośredniczyła w wynajęciu domku, u nich też dostaliśmy rabat w wysokości 5 euro/dorosły. Normalnie koszt takiej wycieczki to 45 i 20 € odpowiednio za dorosłego i dziecko.

Nazwa łódki David e Golia i punktualnie o 9.00 wyruszamy w rejs. Po godzinie zabieramy resztę turystów z portu w Orosei i ruszamy na zasadniczą część wycieczki.

Powoli zbliżamy się do naszego pierwszego celu – Cala Luna. Spędzimy tam dobre 1,5 godzinki na plażowaniu.

DSC_1465DSC_1476DSC_1478DSC_1479Statek zrzuca kotwicę, wychodzimy na brzeg… plaża fajna, ale ludzi w huk…

DSC_1523Postanawiamy zatem zaanektować sobie jedną z dziurek.. ze statku wyglądało, że są „niezamieszkane”.

DSC_1485DSC_1486Tutaj zatrzymujemy się na dłuższy czas… i korzystamy z uroków „dziurki”.

DSC_1498DSC_1503DSC_1493DSC_1512Wracamy powoli na statek i płyniemy dalej.

DSC_1527Charakterystyczne dla tej części Sardynii jest to, że na plaży, za plecami której są wysokie góry, to już po godzinie 13.00 mamy tylko cień…. ale są też miejsca, że górki są troszkę niższe i możemy cieszyć się słońcem nawet do godz. 16.

Płyniemy dalej… kierunek Cala Sisine, Cala Briola.
widoczki po drodze

DSC_1530DSC_1536

DSC_1544DSC_1546DSC_1549A to już Cala Sisine, oglądamy ją niestety tylko ze statku.

DSC_1553

DSC_1555

Dopływamy do Cala Briola… mamy ponad 1,5h czasu na relaks na plaży.

DSC_1563DSC_1569

Znowu sporo ludzi, ciekawe jak to wygląda w szczycie sezonu – sierpniu :) Wakacje, europejska perełka, na pustki nie ma co liczyć… no chyba, że w maju.

DSC_1573DSC_1576DSC_1579DSC_1594Kolejny punkt programu to Grotta del Fico – dla chętnych – wstęp dodatkowo płatny 8 €/dorosły, 4 dziecko.

Po drodze jeszcze kilka zdjęć.

DSC_1599DSC_1605DSC_1609Dopływamy do groty. Została ona odkryta dopiero w połowie ubiegłego wieku, a udostępniona do zwiedzania w 2003 roku. Do tej pory spenetrowano 1800 metrów w głąb groty, ale cały czas odbywają się poszukiwania nowych korytarzy.
„Dziurka” dostępna tylko i wyłącznie od strony wody, a zwiedzać ją można tylko od kwietnia do października przy sprzyjających warunkach pogodowych.

kilka zdjęć z wnętrza
DSC_1627DSC_1636

Temperatura panująca we wnętrzu oscyluje w okolicach 19 stopni, można się zatem przyjemnie ochłodzić po takim upale, jaki panuje na statku.

DSC_1646DSC_1662DSC_1663DSC_1669DSC_1673DSC_1675Po zwiedzaniu Groty del Fico, płyniemy na kolejną plażę – Cala Mariolu. Spędzimy tam ponad godzinę plażując i kąpiąc się w krystalicznie czystej wodzie.

Po drodze jeszcze kilka widoczków

DSC_1684

DSC_1691Powoli dopływamy już do wcześniej wspomnianej Cala Mariolu.

DSC_1694DSC_1695Cumujemy i wychodzimy na brzeg… jak widać, część plaży jest już w cieniu, o czym wspominałem wcześniej, a jest przed godz. 15.00

DSC_1699DSC_1700DSC_1705DSC_1707DSC_1719DSC_1728Wsiadamy na statek i przed nami ostatni już punkt programu na dzisiejszym rejsie –  Cala Goloritze. Niestety zobaczymy ją od strony wody i nie zejdziemy na ląd, a szkoda, bo to najpiękniejsza z plaż całej zatoki Cala Gonone. Na tej plaży respektowany jest całkowity zakaz cumowania „obiektów pływających”, ale za to można się na nią dostać od strony lądu. Trek to minimum 2 h w jedną stronę po skałkach. Mam więc jasno określony cel, na kolejną wizytę na Sardynii :)

DSC_1743DSC_1745

DSC_1747DSC_1764DSC_1768Wracamy około godz. 19.00 do portu w La Caletta, skąd rozpoczęliśmy dzisiejszy rejs. Kolację jemy w porcie, a wieczorem okazuje się, że w tym miasteczku również jest taki sam „bazarek” jak u nas w San Teodoro.

Tutaj na zdjęciu pompia – endemiczny cytrus z Sardynii – w tym wypadku w zalewie. Smak pomiędzy cytryną a pomarańczą, z lekką nutą gorzkości.

DSC_1780Następnego dnia wycieczka na Tavolarę – obszar chroniony Area Marina Protetta Tavolara. Pływają na nią łodzie i stateczki z Porto San Paolo (20 minut w jedną stronę), a odpływają co 1-1,5h (między godz. 9 a 13, powrót między 13.30 a 18.00) , bilet kosztuje 15 €/dorosły, dziecko do 12 roku płaci 50%. Wody wokół wyspy są popularnym miejscem do nurkowania.
Obecnie wyspę zamieszkuje kilka rodzin, znajduje się tu też niewielki cmentarz i letnia restauracja. W 1962 zbudowano na wyspie bazę radarową NATO, co wiązało się z wysiedleniem części mieszkańców.

zatem płyniemy…

DSC_1781DSC_1790lądujemy i przed nami Tavolara

DSC_1794zrobimy sobie krótki rekonesans po „okolicach” Tavolary

DSC_1796DSC_1802DSC_1810tutaj się „rozbijamy”

DSC_1811Dzieciaki wskakują do wody, a ja zanim dam nura do morza, sprawdzę jeszcze jak wygląda cmentarz.

DSC_1813DSC_1814Wracając z Tavolary do naszej kwatery, rezerwujemy stolik na następny dzień, a w zasadzie wieczór, na kolację w agroturismo. Choć nazwa miejsca kojarzy się z naszą „agroturystyką”, to na Sardynii taki biznes ma zupełnie inne znaczenie… to miejsce, gdzie miejscowi i czasem też turyści, jadą za miasto na kolację. Rzadko, ale zdarza się też, że agroturismi oferują noclegi, ale nie jest to ich głównym, jak w wypadku naszych polskich agroturystyk, źródłem ich utrzymania. Aby móc we Włoszech prowadzić agriturismo, trzeba znaczną część podawanych gościom produktów wytwarzać we własnym zakresie. I właśnie dlatego miejscowi (którzy na czym, ale na jedzeniu znają się doskonale) lubią jadać w agroturismo. Możemy być pewni, że zjemy tam najlepsze sery, pieczone na miejscu pieczywo, zerwane prosto z drzewa oliwki z rosnących zwykle dookoła drzew oliwnych, zjemy mięso z hodowanych na miejscu zwierząt, napijemy się doskonałego, domowego wina i posmakujemy wytwarzanych na miejscu nalewek.

Kolacja w agroturismo nie wygląda do końca tak samo jak w restauracji – przede wszystkim nie ma karty menu – gospodarz każdego wieczoru przygotowuje po prostu wielką, złożoną z wielu dań ucztę. Niestety w menu brak ryb i owoców morza, ponieważ ideą tych miejsc jest serwowanie kuchni „wiejskiej”, opartej na płodach ziemi i hodowli zwierząt.

Następnego dnia mamy w planach dotrzeć w końcu na cypelek Capo Coda Cavallo, ale zanim zjedziemy na plażę zatrzymujemy się na punkcie widokowym.

DSC_1850z drugiej strony taki widoczek…

DSC_1851 szczerze mówiąc, przygotowanie byliśmy na coś zupełnie innego, parkingi niewspółmiernie drogie, zatem sięgamy po plan B i jedziemy na plażę Salina Bamba

DSC_1870DSC_1852DSC_1860DSC_1867Ten dzień spędzamy wyjątkowo leniwie, wszak już jutro wracamy już do Polski.
Wieczorem o 19.00 zabookowana kolacja w Agriturismo Li mori – wszelkie dane kontaktowe na zdjęciu.
DSC_1883Koszt 33€ dorosły, dziecko 18 €.

DSC_1888Nasze menu to na początek pane carasau – sardyński chlebek z oliwą, półmisek tradycyjnych wędlin, półmisek serów, gnocchi, ravioli, pomidory suszone w oliwie, oliwki i inne drobne przekąski, micha mięs (kurczak i wieprzowina + podsmażane ziemniaki), micha sałaty, do tego wino białe i czerwone oraz woda bez limitu. Moim zdaniem taka kolacja warta każdych pieniędzy.
a teraz kilka zdjęć z wnętrza..
DSC_1889DSC_1892DSC_1891Jedyny problem to brak możliwości zakupu wędlin… w sklepie o takie delikatesy bardzo trudno…
Na koniec po deserach i kawce, naparsteczek Mirto na lepsze trawienie…

Mirto to najbardziej słynna sardyńska, mocna nalewka powstała z owoców wysokich krzaków rośliny o tej samej nazwie, które przypominają nasze mocno wyrośnięte krzaki jagód.

na koniec zdjęcie naszej nory … nie byłbym sobą gdybym z wyjazdu nie przywiózł choć jednego zdjęcia wschodu/zachodu słońca…

DSC_1832Istotna sprawa na koniec, jeśli nie wybieramy się do hotelu, a pobyt planujemy w kwaterach prywatnych dochodzą nam stałe opłaty za pościel ( w naszym przypadku 45 €/ rodzina 3 osobowa), sprzątanie apartamentu kolejne 45 €, media, wi-fi to koszt 20€.

ostatnie widoki na Sardynię z „góry”

DSC_1923DSC_1930DSC_1935Myślę, że niewiele się pomylę, jak określę Sardynię PIGUŁKĄ NAJPIĘKNIEJSZYCH ŚWIATOWYCH PLAŻ, dostępnych w ciągu 3 h od wyjścia z domu.

 

 

 

About the Author: